Adam Lach

Stigma to opowieść o sześćdziesięcioosobowej rodzinie rumuńskich Romów, mieszkających we Wrocławiu i nazwa albumu autorstwa Adama Lacha, który właśnie pojawił się na rynku. Obrazy i tekst układają się w sceny z życia codziennego. Cisza jest tutaj najgłośniejsza, i to co wydarza się między słowami, na obrzeżach zdjęć. Ich autor opowiada o tym jak budował zaufanie do swoich bohaterów, jak współpracował nad książką ze swoją narzeczoną i jak mama ukształtowała jego wrażliwość.

Ile czasu spędziłeś na romskim koczowisku we Wrocławiu?
Byłem tam więcej niż pięćdziesiąt razy przez okres ponad dwóch lat.

Kiedy zrobiłeś pierwsze zdjęcie?
Po trzech dniach ktoś mnie poprosił o portret, więc zrobiłem. Ale tak na poważnie, z własnej woli, po miesiącu.

Zawsze najpierw budujesz zaufanie?
Zawsze. Społeczność romska jest hermetyczna, chciałem do nich wejść, ale też udowodnić sobie parę rzeczy fotograficznie. Obecnie obserwujemy w fotografii dwie dominujące drogi, pierwsza newsowa, reporterska, oparta na jaskrawych emocjach, jej rolą jest reagować na wydarzenia, dokumentować. I dobrze. Drugi nurt, tak zwany nowy dokument, powstaje w oparciu o rzeczywistość połączoną z artystycznym zamysłem. A on wiele wybacza fotografowi, nie budzi zaskoczenia, historie opowiada szablonowo. Nie utożsamiam się w pełni z żadną z tych dróg, wywodzę się ze szkoły, w której trzeba było gdzieś wejść, ubrudzić się i przeżyć swojego bohatera. Poczuć go. Wchodząc w strukturę romską miałem właśnie to poczucie wnikania w głąb wielopokoleniowej rodziny, pomyślałem że poprzez emocje rodziny można opowiedzieć o kondycji człowieka. Nie chciałem opowiadać tego za pomocą teatralnych gestów, laurek, pięknych zdjęć, niczym z National Geographic.

Wroclaw 10.03.2013 Poland Roma girl, Karolina. Karolina escaped from her parents home (from different part of Poland) because of big love to Alex, one of the slums inhabitant. Family of Sixty Romanian Romas, living in slums in Wroclaw (south-western Poland). They live in conditions similar to those in animal shelters. Without running water, heating, with a daily budget of about 1 Euro per person. Photo: Adam Lach / Napo Images
Photo: Adam Lach / Napo Images, „Stigma”, www.lachadam.com/stigma

Stereotypy dotyczące Romów są bardzo powszechne w naszej kulturze, musiałeś w sobie jakieś zwalczyć?
Gdybym im uległ odciąłbym sobie możliwość zrobienia kilkunastu fotografii. Lubię być zaskakiwany, dzięki temu mogę odkrywać nowe światy. Poznawanie jest dużo istotniejsze od fotografowania. Wiem, że jak się widzi jednego pijanego Roma na ulicy, lubimy wszystkich Romów nazywać pijakami. Lubimy czuć się lepsi, zamiast skorzystać z okazji i zobaczyć, że grupa Romów żyjąca na obrzeżach miasta jest lustrem nas samych. Nie podoba nam się gdy ktoś żyje poza wyznaczonymi, bezpiecznymi granicami. Oni nie mają numerów kont bankowych. To się nam nie podoba, nie lubimy tego, nie rozumiemy, więc wykluczamy. W bańce mydlanej robi się coraz więcej miejsca, bo wyrzucamy z niej tak zwanych innych. A żeby ich poznać trzeba spędzić z nimi dużo czasu, zużyć sporo energii.

Miałeś na to ochotę?
Musiałem mieć. Oni większość czasu się nudzą, siedzą, patrzą przed siebie. Przyjeżdżałem na trzy dni i siedemdziesiąt procent czasu nic nie robiłem, siedziałem, obserwowałem, zasypiałem z nimi. Trochę tak jak podróż samochodem, co jakiś czas porozmawiasz z kierowcą, czasem zaśniesz, włączysz radio, a czasami wyciągniesz aparat.

Jak na ciebie reagowali?
Przyszedłem tam jako fotograf, więc musiałem ich oswoić z aparatem, ale nie robiłem zdjęć. Byli sympatyczni, zaciekawieni. Na początku byłem kimś kto potencjalnie może im dać pieniądze, ale to się nigdy nie stało. Czasami zdarzyło się nam przywieźć leki na ból głowy do jednego baraku, albo coś do jedzenia do baraku obok. Ale mniej więcej po trzech miesiącach kolejny barak zaczął się wkurzać, że nic nie dostał. Ukróciliśmy to, bo wiedzieliśmy, że nic prawdziwego z nimi nie przeżyjemy. Dostosowali się, odpuścili. Romowie naprawdę nas polubili, zaufali, do dzisiaj dzwonią, piszą smsy. Teraz mamy tam pojechać, w ramach interwencji. Pewna Romka poprosiła nas byśmy porozmawiali z jej mężem, bo ten sprawia problemy, a wszyscy tam uznali, że nas posłucha.

Współautorką książki jest Katarzyna Dybowska, twoja narzeczona. Wspólne życie i praca nie były problemem?
Przeciwnie, to dla nas frajda. Po kilku miesiącach samotnych wyjazdów pojechała ze mną, a potem robiła to przez prawie dwa lata. Przyjeżdżała bez dyktafonu czy kartki papieru, po prostu tam była, słuchała. Dopiero później wróciła w konkretnym celu, by doprecyzować szczegóły historii. Oni ją błyskawicznie zaakceptowali, zaczęli się zwierzać. Jedną z bohaterek w książce jest Mändra, kobieta po czterech ciążach, przeżyła śmierć dziecka, ma na utrzymaniu nie tylko swój barak, ale też męża, który woli kupować dzieciom słodycze, gdy oni nie mają pieniędzy na jedzenie. Jest kobietą pełną świadomości, a ta świadomość ją boli. W wieku dwunastu lat związała się ze swoim obecnym mężem, kiedy miała czternaście lat urodziła pierwsze dziecko, a teraz jest w wieku Kasi, ma dwadzieścia jeden lat. Dużo ze sobą rozmawiały. Lubię szukać ludzi wykluczonych, którym niewielu daje prawo głosu.

Dlaczego? To jest również twoje doświadczenie?
Nie. To chęć udowodnienia sobie pewnej siły, ale też zaspokojenia ciekawości. Jest w tym potrzeba rozbijania baniek mydlanych, w których żyjemy. To nie jest tak, że wybieram sobie takie miejsca, i takich ludzi, bo powstaną z tego ładne zdjęcia.

Ale powstają z tego ładne zdjęcia.
Tylko nie one są celem. Te spotkania utwierdzają mnie w przekonaniu, że stigma, czyli romskie piętno nie jest ich piętnem, tak jest z prawie każdą wykluczoną grupą ludzi. To my, pozostali nakładamy piętno. Chcę to pokazywać. Jestem współtwórcą tego piętna, mam tego świadomość. Romowie tak jak każda grupa ludzi zbudowana jest tak naprawdę na cichych emocjach.

Wroclaw 27.03.2012 Poland Florica family in their barack. From left: Aleksander (mental handicapped after car crash), Adam, Florica, Elvecian, Bunia (mental handciapped) and Taissa who is seven months gone. Family of Sixty Romanian Romas, living in slums in Wroclaw (south-western Poland). They live in conditions similar to those in animal shelters. Without running water, heating, with a daily budget of about 1 Euro per person. Photo: Adam Lach / Napo Images
Photo: Adam Lach / Napo Images, „Stigma”, www.lachadam.com/stigma

Czym one są?
Dotykiem, spojrzeniem, zbliżeniem, ciszą, bezradnością. Cichych emocji nie zauważysz na pierwszy rzut oka. Jak jesteś u swoich rodziców to w jednej mikrosekundzie rozpoznasz, że coś jest nie tak, po geście, spojrzeniu, ale aby to się stało musisz być w środku. „Stigma” nie jest zbudowana na sytuacjach. Człowiek leży i płacze, ucieka, człowiek zjada hamburgera, człowiek zabija – to są momenty kulminacyjne, od których ja się odwracam. Ciekawą mnie ci, którzy podczas robienia takich zdjęć znajdują się poza kadrem. Układanie albumu trwało z przerwami siedem miesięcy, z ponad siedmiuset zdjęć trzeba było wybrać te tworzące opowieść. Chodziło nam o oddanie pewnej filmowej narracji, rodem z filmów Mike’a Leigh. Są tam zdjęcia niewygodne, niepasujące, wybijające oglądającego z rytmu. Tak jak chwile, które spędziłem w barakach. Albumem chciałem właśnie oddać tę gęstość miejsca, która charakteryzuje koczowisko.

Co cię najbardziej zaskoczyło?
Ich otwartość, ciepło, zaufanie którym mogłem ich obdarzyć. Czułem się zrozumiany. Oni są nomadami. Zostałem kiedyś sam z Mändrą, popatrzyła na mnie i powiedziała, że chciałby być jak te trzy małpki, nic nie widzieć, nic nie słyszeć, nic nie mówić tylko uciec do lasu – wtedy poczuje się wolna. Zaskoczyła mnie, zszokowała. Miałem poczucie, że widzę włóczykijów, ludzi wolnych, którzy niewiele potrzebuję i niewiele mają. Zrozumiałem wtedy, że pomimo swojego nomadyzmu pozostają związani relacjami, widokiem tych samych twarzy od dziesiątków lat, tajemnicami rodzinnymi. Czują się osaczeni nie tylko dlatego, że barak może zostać zburzony, że nie mieszkają w blokach z łazienkami, ale dlatego że obok nich są ludzie, z którymi żyją od wielu lat, chociaż nie zawsze by chcieli. Spory rozwiązują na swoje, specyficzne sposoby.

Jakie?
Ta historia jest w książce. Jedna z familii nakazała drugiej przyjść na kolanach pod krzyż, by prosić o przebaczenie i przyrzec, że więcej nie powtórzy zła, które wyrządziła. I faktycznie tamci wykopali dół, postawili krzyż, i szli do niego na kolanach przysięgać.

Co robisz by nie nudzić się bohaterem, opowieściami, tymi wszystkimi godzinami, podczas których dzieją się tylko godziny?
Rzeczywiście rzadko zdarzały się niezwykłe sytuacje, raz zaatakował mnie jakiś gryzoń, innym razem zauważyłem za oknem płomienie, głównie wpadaliśmy w ten ich letarg, nudę. Bywa że nie mogę znieść moich bohaterów. Z Romami już po trzech dniach się sobą nudziliśmy. Wtedy wychodzę, wyjeżdżam na tydzień, dwa. Dlatego lubię tematy rozłożone w czasie, bo mogę spokojnie pracować i na świeżo powracać. To oczywiście wydłuża pracę, bo trzeba zawsze na nowo wejść, pierwsze godziny są po to by się spotkać, zobaczyć, dopiero później można wyciągnąć aparat.

Pamiętam twój reportaż o Marii, transseksualistce z Wrocławia, napisałeś że była załamana po zobaczeniu obnażających ją fotografii.
Była zła, załamana. W działaniach dokumentalnych jestem szczery, biorę odpowiedzialność za bohatera. Zanim zacząłem robić zdjęcia spędziliśmy trzy dni rozmawiając, pijąc wódkę. Powiedziałem jej: ty nie będziesz ładna na moich zdjęciach, chcę pokazać cały brud, który się w tobie znajduje. Zgodziła się. Ona była załamana prawdą zdjęć.

Skąd wiesz, że pod zdjęciami dostała lustro a nie efekt manipulacji obrazem?
Poznałem ją, przyjąłem od niej sporo emocji. Ważne jest dla mnie, że w trakcie bycia z nią nie zmieniłem się jako fotograf, nie zrobiłem zdjęć by ją pocieszyć. Czułem, że na tym właśnie polega moja odpowiedzialność wobec siebie i bohatera, nie mogę żadnego z nas oszukać. Powiedziałem jej, że pracuję z nią dopóki nie zobaczę jej prawdziwej nagości. Byłem pierwszym facetem, przed którym kompletnie się rozebrała. Wiedziałem, że jestem dla niej pewną formą terapii.

Dlaczego robisz zdjęcia?
Lubię opowiadać. Podnieca mnie też muzyka, ale obraz jest dla mnie najbardziej sensualną rzeczą, lubię go dotykać. Uwielbiam momenty ciszy w obrazie, opowiadanie które ona tworzy. Zachwycają mnie prace Larrego Towella. „Mennonici” to moim zdaniem jeden z najważniejszych projektów fotograficznych w historii. Towell przez dziesięć lat robił zdjęcia, w końcu ktoś z Agencji Magnum podpowiedział mu, że czas to wydać. Jak oglądam te zdjęcia to widzę człowieczeństwo.

Jak się zaczęła twoja współpraca z New York Timesem?
Zadzwonili do mnie w 2008 roku, nie pytałem jak mnie znaleźli. Podczas żałoby narodowej dostałem od nich niezwykłe zlecenie, wynajęli mnie na tydzień żebym przygotował dla nich relację. A co najważniejsze – dostałem wolną rękę. Byłem zaskoczony. To jeden z tych materiałów, który zakończył się wylewaniem emocji. Było nas kilkudziesięciu fotografów, po wszystkim upiliśmy się, żeby jakoś sobie poradzić z natłokiem widoków i emocji.

Podobno twoja przygoda z fotografią zaczęła się od tego, że zepsułeś tacie aparat.
Miałem jakieś piętnaście lat, początki liceum. Kupiłem sobie Zenita, poszedłem na ulicę robić zdjęcia. Później pożyczyłem od ojca Canona, kot zeskoczył na łóżko, aparat spadł na podłogę. Kolejna była Praktika, na której spędziłem studia. Zaczęło się dosyć banalnie, nie marzyłem nigdy o robieniu zdjęć.

Bo chciałeś byś lekarzem.
Chirurgiem! Jestem fanem ludzkiego ciała, uwielbiam je. Kiedy miałem drzazgę, brałem skalpel, robiłem małe nacięcie i pincetą wyciągałem, patrzyłem jak to wszystko w środku wygląda. Mój tata jest ginekologiem, w domu było mnóstwo książek o medycynie sądowej, oglądałem je przerażony i zafascynowany. Żyły mnie brzydziły, ale mięśnie wprawiały w zachwyt. Tylko, że biologia mi nie szła. W końcu pojawiła się Nirvana, Pearl Jam, Beatlesi i fotografia.

A kiedy pojawiło się zainteresowanie tymi poza granicą, wykluczonymi?
Mieszkałem we Wrocławiu obok tak zwanego trójkąta bermudzkiego – to był pierwszy temat, którego zacząłem dotykać. Byłem studentem z dziwną fryzurą, siedem razy chudszym od nich i miałem ksywę „pedał”- mieszkańcy kojarzyli mnie i pewnie dlatego nie zabili. Zaczęliśmy się poznawać. Materiał schowałem na kilka lat, dopiero niedawno do niego wróciłem. Lubię zajmować się tym co mnie porusza, wkurza, smuci, jakoś dotyka.

 

Wroclaw 25.03.2012 Poland Fire caused by local inhibitants, in order to intimidate the Roma family. Roma are struggling not only with severe everyday life, but also with the city officials and neighbors. Among the local inhabitants they have a reputation of beggars, thieves and crooks, which is the cause of frequent acts of aggression against them.  Family of Sixty Romanian Romas, living in slums in Wroclaw (south-western Poland). They live in conditions similar to those in animal shelters. Without running water, heating, with a daily budget of about 1 Euro per person. Photo: Adam Lach / Napo Images
Photo: Adam Lach / Napo Images, „Stigma”, www.lachadam.com/stigma

Co cię wkurza?
Brak świadomości i szacunku do zwierząt, do tego co jemy. Staram się uświadamiać ludzi wokół siebie. Wkurza mnie jak traktujemy inne istnienia. Kiedy ktoś przy mnie bez sensu zabija owada, mam ochotę zrobić mu to samo. Od dziecka nie jem mięsa, nie jestem ani religijny ani wierzący, ale każde życie jest niezwykłe, trzeba je uszanować.

Z taką wrażliwością nie jest ciężko?
Czasami oczywiście płaczę. Ale nie możesz sobie na to pozwolić podczas robienia zdjęć. Widziałem wielu reporterów, którzy płaczą po pracy, nie tylko tych wracających z wojny.

Mówiłeś, że fotograf na zdjęciu najbardziej poszukuje siebie – czego zatem poszukujesz?
Gdybym wiedział to już bym znalazł. To jest jakiś napęd, jest w tym poszukiwanie siebie, własnej reakcji, wiedzy, ale również ciekawość człowieka, zachowań. Człowiek jest tematem zawsze nieskończonym, i choć nie lubię go, denerwuje mnie – ciągle po niego sięgam. Jest w tym pewnie szukanie akceptacji i pozytywów naszej rasy. Stąd pewnie w moich projektach ci wykluczeni,  bezbronni, którzy uczucia mają na wierzchu, nie chce im się grać, udawać. Wykorzystuję te społeczności czyniąc z nich ambasadorów człowieka. Nie chcę tych, którzy krzyczą. Potrzebuję cichych materiałów, cichych uczuć, a żeby je znaleźć musisz dużo na siebie przyjąć.

Co ukształtowała twoją wrażliwość?
Mama. Widzimy te same rzeczy, podobnie się zachowujemy. Wyczuwa i dostrzega, a potem gdzieś się chowa, wypuszcza wszystko w ciszy i powraca. Silna i pełna dobra kobieta, bardzo uczciwa. W fotografii chodzi przede wszystkim o uczciwość. Nawet jeśli pojawia się myśl by oszukać, należy się tej myśli wstydzić. Uczciwość jest największą siłą, i mam ją od mamy.

Adam Lach – fotograf, współzałożyciel agencji Napo Images i wiceprezes Fundacji Napo. Publikował swoje zdjęcia m.in. w „The New York Times”, „Le Monde”, „L’espresso”, „Die Zeit”, „International Herald Tribune”, „Solid Ground”, „Newsweek”, „Le’Magazine”, „Svenska Dagebladet” oraz „Polityka”, „Newsweek”, „Przekrój” i „Wprost”. Laureat kilkunastu nagród konkursów fotografii prasowej. Jego prace były prezentowane m.in. w Paryżu w HSBC GALLERY, na Biennale Sztuki w Pradze oraz na wystawie dokumentu w Chinach.

Wywiad został opublikowany w magazynie Zwierciadło nr 8/2014, Robert Rient