Anita Lipnicka

Zaczynam swój post-Porterowski etap w życiu. Przyszedł czas na  zmianę dla nas obojga. Byliśmy ze sobą dwanaście lat. Po czymś takim zostaje w sercu olbrzymia dziura. Ale pojawia się też  wolna przestrzeń, przez lata bałam się jej, tej wolności, przestrzeni. W końcu przyszła pora się z nią zmierzyć – mówi Anita Lipnicka, piosenkarka.

 

„Z okazji mojej 40stki, chciałabym życzyć wszystkim, aby byli dzielni i radzili sobie beze mnie” – napisałaś niedawno w statucie na Facebooku.
I zaczęłam nosić rozpuszczone włosy! Stwierdziłam, że już dosyć, że nażyłam się już dla innych. Wyczerpały mi się baterie, potrzebuję regeneracji. Czas zacząć myśleć czego ja bym chciała od świata, czego bym mogła jeszcze zapragnąć. Zapomniałam, że mogę, że jest tak dużo możliwości. Dlatego te życzenia, bo żeby poczuć siebie na nowo potrzebuję zmian.

Dlatego budujesz dom nad rzeką?
Między innymi. To ma być azyl, miejsce na lato i święta. I buduję go sama, w sprawach technicznych pomaga mi brat i jego teść, ale to ja wszystko od początku do końca zaplanowałam, wybrałam miejsce, materiały, wykonawców, wymyśliłam jak wszystko ma wyglądać. Jest drewniany, bo mam dość życia w betonie i chcę prawdy. Na początku bałam się tego pomysłu, bo jak ja dam radę, tyle wysiłku, i ta odpowiedzialność. Ale teraz już go pokochałam, ten dom przypomina mi czego chcę, sam sobą mi o tym opowiada. Od  frontu ma olbrzymie okna, odpowiadające na pragnienie światła, przejrzystości. W środku jest piec kaflowy, który grzeje, ale nie parzy. Za oknem drzewa. Przez ten dom patrzę czego potrzebuję, poza byciem mamą, która wszystko ogarnia na czas. Poza byciem córką, która wspiera i ratuje mamę z opresji. Poza byciem partnerką, która ma tendencje do zatracania się w związkach. Mój brat  na urodziny życzył mi więcej zdrowego egoizmu, tego bym umiała zająć się sobą. Takie mam zadanie na kolejną dekadę.

Czterdzieści lat życia za Tobą – jakie to ma dla Ciebie znaczenie?
Symboliczne przede wszystkim. Widzisz? Zaczęłam nosić sukienki. Dobrze mi po tej czterdziestce. Przestanę być taka miła. Uderzyło mnie ostatnio, gdy Gustaw, mój bratanek, zapytał mnie czy to wymaga dużego wysiłku być cały czas taką miłą. Powiedziałam mu, że to ogromny wysiłek i żeby go w ogóle nie podejmował, żeby się nawet nie starał, tylko rozrabiał. Z kolei moja dziewięcioletnia córka, Pola, miała w szkole napisać wypracowanie o mamie. I napisała tak „moja mama jest za dobra, stara się by wszyscy byli zawsze zadowoleni”. Pomyślałam wtedy – kurwa mać, coś jest na rzeczy, skoro już dzieci mnie tak widzą. Teraz chcę być dobra dla siebie.

Jak będziesz to zmieniać?
Wiem, że to proces, że zmiana nie przyjdzie łatwo. Jak się z tym nie urodziłeś, trudno to w sobie aktywować. Należy zacząć od nawiązania kontaktu z własnymi emocjami. To wcale nie jest proste. Ja się przecież ukrywam pod tym byciem miłą, stąd te wszystkie propozycja z telewizji, do programów typu talent show – pani Anitko, pani jest taka sympatyczna, pani by pasowała do tego jury.

Odmówiłaś tym wszystkim propozycjom.
Tak, bo nie widzę tam siebie. Nie tylko dlatego, że nie chcę już być miła. Nie widzę się też w roli żadnego guru, osoby, która ocenia i decydującej o losach innych. Chcę robić tylko to,w co wierzę, to co sprawia mi przyjemność i jest w zgodzie ze mną.

W tym okresie zmieniania, zostaje w tobie, albo na zewnątrz ciebie, coś trwałego?
Córka, przyjaźnie, rodzina, muzyka. Dobre rzeczy, które przyszły z tych czterdziestu lat zostawię. Nie wyrzucam do kosza całego życia, ale teraz jestem w trakcie rewolucji, zmiany i ciężko mi odnosić się do trwałości. Raczej rozglądam się za nowym. Próbuję też dociec, co ściągało mnie na dół, co hamowało, czego chcę się pozbyć.

Terapia pomaga?
Już kilka razy próbowałam tej drogi, ale nigdy tak intensywnie. Po raz pierwszy czuję, że te spotkania przynoszą efekty. Zdumiewa mnie to. Jestem w żywej, dynamicznej relacji z terapeutą, w której jest miejsce na przeżywanie całego spektrum emocji. To jest istota skutecznej terapii. Nie jakieś tam bezpieczne, instruktażowe pogawędki w stylu: śnił mi się czarny kot z fioletowym ogonem: co to może oznaczać?  Ma pani lęk przed nieznanym itp. W tej relacji odbijają się moje wszystkie wcześniejsze relacje, z facetami, z mamą, z ojcem, wszystkie. Kiedy ma się odwagę rozebrać się przed kimś do kości, wtedy zaczyna się cały proces poznawczy. Dotarło do mnie, że przez ostanie lata miałam poczucie jakbym żyła w ciemnym pokoju bez okien. I w tym pokoju znajduje się mnóstwo przedmiotów, tylko że niczego nie widać. Nagle znalazłam ukryte w ścianie drzwi. Jestem podekscytowana, chwytam za klamkę – euforia! Ale w tym momencie niestety okazuje się, że te drzwi prowadzą do piwnicy. Trudno, widocznie wyjście na zewnątrz prowadzi przez piwnicę.

I schodzisz do piwnicy? Nie boisz się?
Schodzę, jestem tam teraz. Nie boję się, bardziej jestem ciekawa. Nie mam już nic do stracenia.

Do tego Twoja choroba, możemy o tym porozmawiać?
Możemy, to też jest opowieść o mnie. Trzy lata temu zdiagnozowano u mnie guza ślinianki przyusznej. Byłam przerażona. Na szczęście okazało się, że nie był to nowotwór złośliwy. Guza usunięto. W konsekwencji przez trzy miesiące miałam połowiczny paraliż twarzy. Dotarło do mnie wtedy bardzo naocznie, że w sekundę wszystko może się skończyć. Nikt nie potrafił mi zagwarantować, że twarz wróci do normy, a w moim zawodzie to ważne. Zastanawiałam się co będzie jak stracę twarz, również w znaczeniu dosłownym. Guz odrósł i trzeba go wyciąć. Teraz jestem tuż przed drugą operacją, może znowu dopadnie mnie paraliż, a może obędzie się bez powikłań. Ale zatrzymało mnie, że drugi raz podchodzę do tego samego zabiegu, że mnie to spotyka. To całe zdrowotne zamieszanie wiąże się z wycinaniem innych, symbolicznych guzów w moim życiu.

Mówisz o tym z uśmiechem.
Bo wiem, że trzeba to zrobić, teraz czuję ulgę a nie lęk.

To porozmawiajmy o innych, rewolucyjnych zmianach w Twoim życiu.
Rozumiem, że teraz wypadałoby abym powiedziała, że jestem singielką?

Liczyłem na to.
Zaczynam swój post-Porterowski etap w życiu. Przyszedł czas na  zmianę dla nas obojga. Byliśmy ze sobą dwanaście lat. Po czymś takim zostaje w sercu olbrzymia dziura. Ale pojawia się też  wolna przestrzeń, przez lata bałam się jej, tej wolności, przestrzeni. W końcu przyszła pora się z nią zmierzyć.

„Kocham, wielbię, żałuję, że nie pragniemy się już” – śpiewasz na „Vena Amoris” swojej ostatniej płycie. Tak jakbyś przygotowywała się do tej decyzji.
Chyba tak było, płyty wyprzedziły rzeczywistość. Na jedną z ostatnich terapii przyniosłam nawet okładki swoich płyt, solowych i tych z Johnem. To wszystko się układa w jedną opowieść. Byłam autorką tych tekstów, moja podświadomość o wiele wcześniej wie o pewnych sprawach, szczególnie tych, których moja świadomość nie jest w stanie zaakceptować. Dochodzę teraz po własnych śladach do siebie, to dla mnie nieprawdopodobne. Nie byłam długo gotowa na taką decyzję, z drugiej strony przeżyliśmy bardzo owocny, wspaniały czas. Mieliśmy moc, którą przenosiliśmy góry, nie potrzebowaliśmy niczego poza sobą od świata. W tym momencie, gdy okazało się, że formuła tego związku się wyczerpała zdecydowaliśmy się zostać w przyjaźni. Jesteśmy i do końca życia będziemy rodziną. John jest jedną z najbliższych mi osób. Musieliśmy po prostu przyznać przed sobą, że coraz więcej nas dzieli, i że nasze drogi się naturalnie rozchodzą. Nie chcę teraz – nawet w sferze publicznej stwarzać żadnych iluzji, również tych dotyczących naszego związku.

anita

Jak Pola się w tym odnajduje?
Ona widziała i czuła, że coraz bardziej się oddalamy. Moment, w którym pomyślałam, że to już pora by wszystko jej opowiedzieć, by z nią omówić ten temat, wydarzył się niedawno. Poszłam po nią do szkoły. Zastałam zapłakane dziecko z wielką, szarą masą w dłoniach – to była kula plasteliny. Zapytałam co się stało. Powiedziała, że z całego pudełka kolorów stworzyła dwa, przepiękne. Turkus z połączenia żółtego, zielonego i błękitnego. I fiolet z czerwonego, białego i niebieskiego. Nie wiedziałam, którą  kulkę wybrać, którą zacząć się bawić, więc połączyłam je i wyszło coś tak paskudnego – powiedziała. Zaczęłyśmy rozmawiać, że z ludźmi bywa jak z plasteliną, osobno mogą być pięknymi kolorami, ale czasami jak się je połączy to wychodzi coś niezbyt atrakcyjnego. Powiedziałam jej, że nie musi wybierać, nie musi łączyć, że z tatą i mamą jest podobnie. Będziemy dla niej zawsze, ale nie musimy być razem. Kupiłyśmy nową plasteliną. Pola chciała żebym nauczyła ją jak się łączy kolory. To moja duża odpowiedzialność. Teraz dotarło do mnie, że faktycznie muszę jej pokazać jak można stworzyć wielobarwny, szczęśliwy świat. Do tego potrzebuję najpierw odnaleźć własne szczęście, chcę by Pola widziała radosną, spokojną  mamę, a nie mamę żyjącą w letargu, w jakimś odrętwieniu.

Jak reagujesz na te wszystkie zmiany?
Jestem podekscytowana, śpię po cztery godziny na dobę. Dzieje się coś ważnego, jestem w trakcie rozplątywania wielu supłów, które noszę od dawna w brzuchu, które plotłam od lat. Wiem, że wszystko rozplączę, bo gdy zabieram się za coś, robię to z precyzją chirurga. Potrzebuję czasu i skupienia. Teraz nie mam głosu i przestrzeni do tworzenia nowych utworów, płyty, nie będę się zmuszać, bo chwilowo nic we mnie nie śpiewa. Ważne jest dla mnie być w tym co jest, bez względu na to jakie to jest, przyznać się sama przed sobą, że nie wiem.

„Dzięki za wszystkie życzenia, ale mam swoje” – napisałaś w już cytowanym statusie. Co to za życzenia?
Na urodziny dostałam od Poli tort z czterdziestoma świeczkami, zapłonęły jak ognisko, zdmuchnęłam i pomyślałam o jednym tylko życzeniu, żeby kochać. Po prostu. Kochać siebie, świat, ludzi, a może w przyszłości kogoś jeszcze. Mam już dosyć cudzych życzeń na własny temat.

A gdy patrzysz w przeszłość – jak to się stało, że wylądowałaś w tym pokoju bez okien?
Poruszałam się z prędkością światła. Na początkach kariery z Varius Manx nie byłam w stanie utrzymać żadnego związku, wydawało mi się, że Ci wszyscy faceci snują się w zwolnionym tempie, a to ja pędziłam. Nikt nie mógł dorównać mi kroku. Miałam wtedy dziewiętnaście lat, to czas w którym można nie wiedzieć, próżnować, szukać swojej drogi, tożsamości. A ja wiedziałam, albo wydawało mi się, że wiem, życie trochę za mnie podjęło decyzję, że mam śpiewać. Później na chwilę uciekłam do Londynu, powiedziałam sobie, że to koniec z Varius Manx, że nie żyję swoim życiem. Gram mnóstwo koncertów, nie mam na nic czasu, pieniądze płyną ale nie do mnie. Poczułam się wykorzystywana, jak trybik w machinie, którą nie ja zarządzałam. Zaczęłam nagrywać solowe płyty. Gdy po raz setny śpiewałam, że wszystko się może zdarzyć, a ludzie piją piwo i jedzą kiełbaskę do tego, stwierdziłam, że również nie tędy droga. I przyszła kolejna duża zmiana, to moment, w którym pojawił się John. Razem odkryliśmy świat, który można dotknąć tylko we dwoje. Potem dwie płyty solo w nowej, autorskiej odsłonie.

Która z wszystkich twoich piosenek jest najlepszą opowieścią o tym co się u Ciebie dzieje?
Chyba nie jest jeszcze napisana.

A ty jeszcze młodsza, o czym marzyła mała Anita Lipnicka?
Nigdy nie lubiłam śpiewać pod nosem, do teraz tego nie robię. Nie podśpiewuję pod prysznicem, czy nad patelnią. Jako dziewczynka odkryłam mikrofon, taki cudowny przedmiot, dzięki któremu nagle stałam się słyszalna. Nie czułam jako dziecko swojej mocy, byłam nieważna. Do dzisiaj czasami prześladuje mnie poczucie, dobrze znane z dzieciństwa – że mnie nie ma, że jestem przeźroczysta. Moi rodzice byli bardzo zapracowani, magicznym dźwiękiem był dźwięk klucza w zamku, od tego momentu zaczynało się życie. A wcześniej, godzinami trwało czekanie, nabieranie powietrza w płuca i zanurzenie się pod wodę. Mikrofon, odkryty na  imprezie gwiazdkowej w zakładzie u mojego taty, wciągnął mnie, dzięki niemu mogłam istnieć, być. Teraz robię wszystko by ten mikrofon znaleźć w sobie, ale do dzisiaj ten mały przedmiot przenosi mnie w odmienną rzeczywistość, w której czuję się bezpiecznie.

12letnia Amy Winehouse, bez wiedzy rodziców złożyła podanie do szkoły muzycznej. W liście napisała tak: „w mojej rodzinie trzeba krzyczeć, żeby cię ktoś usłyszał. Chciałabym śpiewać na lekcji i żeby nikt nie kazał mi się zamknąć”.
Rozumiem ją. Myślę, że wielu z nas, pokazujących się na scenach, śpiewających, piszących, malujących, w ogóle tworzących coś i prezentujących to światu, ma w sobie jakiś wyraźny brak pochodzący z dzieciństwa. Często to brak uwagi, niezaspokojony głód atencji.

Co musi być w zmianie by można powiedzieć, że była dobra?
Każda dobra zmiana prowadzi do odkrycia świata, którego nie znamy i siebie, których nie znaliśmy wcześniej. To jest właśnie ten moment znalezienia drzwi w ścianie. Chodzi o to by mieć odwagę przejść przez te drzwi, bez względu na to czy prowadzą one do innego pokoju, do ogrodu, czy piwnicy.

Anita Lipnicka (ur. 13 czerwca 1975 w Piotrkowie Trybunalskim) – piosenkarka, autorka tekstów. Mając piętnaście lat pracowała jako modelka, początkowo była związana z grupą Varius Manx, którą opuściła i rozpoczęła karierę solową. W międzyczasie nawiązała współpracę muzyczną z Johnem Porterem, będącym jej życiowym partnerem i ojcem Poli. Niedawno pojawiła się jej najnowsza solowa płyta „Vena Amoris”.

 

Wywiad został opublikowany w magazynie Sens, „Nie będę już taka miła”, w sierpniu 2015 roku, Robert Rient

anita 2