Anna Alboth

Czym jest miłość?
Nie akcją i inspiracją, nie jest żadną zasadą, ani ustalonym kodem. Miłość jest akceptacją, kochaniem drugiej osoby w sposób absolutny. Miłość oznacza przyzwolenie na bycie sobą – w tym stanie naprawdę niczego więcej nie potrzeba.

Zawsze tak miałaś?
O nie. W moim pierwszym małżeństwie, wypełnionym poważnymi planami i kredytem, było zupełnie inaczej. Weszłam wtedy w dobrze znaną rolą żony, mój mąż widział mnie określoną i ja chciałam dla niego taka być. Teraz, z Tomem, podążamy za sobą. Wchodząc w ten związek wiedziałam, że nic nie jest na zawsze i zakładałam, że wszystko co mnie otacza, całe to dobro wynikające z miłości może być chwilowe. To bywa trudne, zwłaszcza gdy słyszę z ust Toma: mógłbym być szczęśliwy bez ciebie, ale tak nie chcę, wybieram szczęście z Tobą. Pozornie byłoby łatwiej być tą jedyną, ale to właśnie byłoby odgrywaniem roli. Podobnie jest z dziećmi, pamiętam że bycie niezbędną, tak bardzo im potrzebną czasami było bardzo trudne. Wolę świadomie wybierać, nie z konieczności, potrzeby.

alboth1

Co było trudnego w byciu potrzebną?
Wielka odpowiedzialność. Wiedziałam, że tylko ja mogę je uśpić, że nie mogę się schować pod kołdrę gdy mam gorszy dzień, tylko muszę być stale dostępna. Dobrze móc być czasami słabą.

Mila urodziła się 7 tygodni przed terminem. „Wyglądała przerażająco, cała fioletowa. Mogłam ją zobaczyć przez ułamek sekundy, zanim lekarze zabrali ją w kąt pokoju. Tam kłuli ją igłami, podłączali kable i plastry. Nawet nie płakała. Była zbyt słaba” napisałaś w swojej książce „Rodzina bez granic”. Jak przeżyłaś ten moment?
Byłam w ciąży i czekałam, pełna nadziei i wyobrażeń, pewnie jak każda mama. I nagle nie miałam dziecka, ani w brzuchu, ani na brzuchu. Bardzo trudny moment, który dotyczył również narodzin naszej drugiej córki tym bardziej, że dotyczył przyjścia na świat obu: młodszej Mili i starszej Hani. Przychodził do mnie lekarz, tłumaczył mi, że tak musi być, że oni ratują moim dzieciom życie, że muszą leżeć w inkubatorze. Później nasłuchałam się opowieści o tym jak ważne są pierwsze godziny po urodzeniu, bycie blisko dziecka. Przez wiele tygodni czułam się rozwalona, rozklejona. Dotarło do mnie, że nie miałam czegoś co było potrzebne. Myślę sobie, że pewnie dlatego gdy Hania miała pół roku wyruszyliśmy w podroż, by nadrobić tamte stracone godziny przy inkubatorze i być cały czas razem.

Jak wyglądała ta podróż?
Wzięliśmy busa mojego taty i ruszyliśmy przez Ukrainę na wschód. Byliśmy młodymi rodzicami i chcieliśmy być blisko siebie. Gdy dziecko jest małe, budzi się kilka razy w nocy, ząbkuje, płacze to nie jest łatwy czas, tyle, że to samo wydarza się w mieszkaniu i samochodzie. A my w podróży jesteśmy szczęśliwsi. Wolałam wstawać w nocy i karmić córeczkę patrząc na Kaukaz niż w sufit mieszkania.

Kids sleeping in the island bus

Gdy pojawiła się Mila wyruszyliście już we czwórkę w znacznie dalszą podróż, przez Amerykę Środkową. Bałaś się?
Nie.

Jak to zrobiłaś?
Nie martwię się na zapas. To nie znaczy, że nie wydarzają mi się trudne sytuacje, wyzwania, ale zajmuję się nimi właśnie wtedy gdy się pojawiają. Przed podróżą znaleźliśmy parę badaczy, która podróżowała po Kaukazie z małym dzieckiem. Zobaczyłam na zdjęciach, że to możliwe. Gdy pojawia się dziecko można uznać, że trzeba je kąpać w wanience z podgrzewanymi ściankami. Wiele matek myśli, że skoro mogą dać dziecku to co najlepsze tak właśnie zrobią. Nie oceniam, każda z nas co innego uznaje za wartościowe. Dla kogoś będzie to wanienka z podgrzewanymi ściankami, dla mnie była to możliwość spędzania wspólnie czasu, cały czas razem, nad strumykiem, czy plastikową miską. Lubię zbierać wspólne doświadczenia, wspomnienia. Czuję jakby nasza rodzina miała trzydzieści lat. Jak jesteśmy razem, w drodze, łatwiej nam szanować nasze potrzeby.

Dlaczego?
Bo wtedy prawie nic i nikt nas nie rozprasza. Patrzymy na siebie, słuchamy się, czujemy. Hania chce zostać gdzieś dłużej i bawić się z pieskiem. Tom chce zostać dłużej i robić zdjęcia. Ja chcę iść w prawo, Mila w lewo. To wszystko uczy nas szacunku i tego kim jesteśmy, mamy do siebie stały dostęp. Poza tym jak nie mam telefonu i komputera to jestem bardziej uważna na siebie i swoją rodzinę, to kolejny plus z podróżowania.

Gdy byłem u ciebie pierwszy raz pokazałaś mi salon, tam w dwóch hamakach spały dziewczynki, obok grupa dorosłych, którzy głośno rozmawiali. Podróże uczyniły je odporniejszymi, bardziej otwartymi na świat?
Tak. Jedzą prawie wszystko, nie boją się próbować nowych smaków. Od samego początku wiedziałam, że jeśli będziemy chodzić na palcach przy maleństwach to już zawsze będziemy musieli tak robić. Znam rodziców, którzy mają na telefonie aplikację z odgłosem suszarki, która usypia dzieci. Nie chciałam tego, bo wtedy czułabym się jak w więzieniu. Nasze córki są otwarte, to dla mnie wielka wartość, nie dziwi ich, że ludzie wyglądają różnie, inaczej niż one, mają inny kolor skóry, inne poglądy i nawyki.

alboth

Czego się nauczyłaś o miłości od swojej rodziny?
Że trzeba się starać. Kiedyś byłam taką królewną, jestem taka i taka, a jak chcesz być blisko to się przystosuj. Dzieci są lustrami, akcja i reakcja zachodzi automatycznie. Czasami zachowywały się tak jak ja w gorszy dzień, używały moich słów, pokazywały mi kim jestem. Dla dzieci nie ma znaczenia co im się mówi, one się uczą patrząc na zachowania, oddają wszystko co dostają.

W książce napisałaś, że jesteś dumna ze swojego męża. Kiedy to czujesz?
Czasami ludzie są dumni, bo ktoś zrobił coś dzięki nim, czują w kimś swoją zasługę. A z Tomem mam inaczej, czasami patrzę na niego, na łatwość z jaką nawiązuje kontakty z innymi i cieszę się, czuję dumę, że jesteśmy razem. Ja trochę ciągnę do przodu różne sprawy, ale to dlatego, że on mnie trzyma, daje mi niezwykłe poczucie bezpieczeństwa.

Wiele rodziców będących przeciwnikami wielomiesięcznych podróży z małymi dziećmi, mówi że one potrzebują właśnie poczucia bezpieczeństwa, znanej drogi do szkoły, znanych regałów we własnym pokoju.
Czasami ktoś uważa, że droga, regały i własny pokój dają ramy określające poczucie bezpieczeństwa, bo tak łatwiej, niż uznać, że poczucie bezpieczeństwa u dzieci jest wynikiem ich relacji z rodzicami. To wcale nie wyklucza tego, że nasze dziewczynki zabierają w podróż ulubionego misia i zajączka. Jesteśmy z dziećmi cały czas, w pięknych i trudnych momentach, tłumaczymy i pokazujemy im świat. Bezpieczeństwo dla dziecka to szczęśliwi rodzice.

To teraz zapytam cię słowami z twojej książki: „po co jechać z dziećmi do Srebrnicy, miejsca masakry w Bośni? Po co do szkoły w Biesłanie, w której doszło do tragedii?”
Odwiedzamy te miejsca, bo interesują mnie i Toma. Naszym celem nie było pokazanie miejsc zbrodni dziewczynkom, ale biorą udział w naszym życiu, w tym co dla nas ważne. Moim zdaniem nie ma dla dziecka nieistniejących tematów, widzę wartość w rozmowie o tym co trudne. Niestety nie ma odpowiednich słów, by opowiedzieć o tym, że ludzie zabijają ludzi maczetą, by opowiedzieć o Srebrnicy, czasami pozostaje zaduma. To ważne, by dzieci dostały pełen obraz świata, byśmy my, jako rodzice, w miłosnej i bezpiecznej przestrzeni wyjaśnili co się tutaj dzieje.

alboth3

„Ale dlaczego?”, „ale jak?”, „ale gdzie?” – jak się podróżuje z tymi wszystkimi pytaniami?
To mnie motywuje. Nie mam problemu w powiedzeniu: nie wiem. Tylko, że wtedy szukamy razem odpowiedzi. Gdy jesteśmy w Meksyku i czegoś nie wiemy, idziemy do pani siedzącej przy drodze i pytamy. Gdy ona nie wie, grzebiemy w książkach, mapach, filmach. Jak to nie przynosi rezultatu to wieczorem albo w nocy odpalam komputer i szukam sama. Byliśmy w szkole podstawowej w Królestwie Tonga. Dzieci stoją grzeczne w rządkach, ciche, czekają na zajęciach. Pytam nauczycieli jak to robią, a nauczycielka mówi, że biją dzieci. Hania zrozumiała odpowiedź po angielsku i zapytała nas o bicie. Innym razem na wyspach Pacyfiku, Hania widziała dzieci w swoim wieku, które biegały gdzie chciały, miały absolutną wolność. Pytała jak to jest, dlaczego ona musi pytać o pozwolenie pójścia do dżungli albo na plaże. Wyjaśniłam, że troszczę się o nią, interesuję się nią i chcę wiedzieć czy nic jej się nie stało. Czy to znaczy, że ci rodzice troszczą się mniej? Hania dopytuje, nie odpuszcza, zadaje fundamentalne pytania. Ta rozmowa pomogła jej zrozumieć czym jest kompromis między totalną wolnością a troską, zrozumieć co dla niej samej lepsze.

Piszesz o słowie envidia, które według Majów opowiada o uczuciu zawiści czy właśnie zazdrości. Dlaczego ono jest bardzo niebezpieczne?
Bo wprowadza element porównywania, podziału świata na tych, którzy mają lepiej i gorzej. Prowadzi to do poczucia wyższości albo przygnębienia, to droga donikąd.

Co z podróży po Ameryce Środkowej wywarło na tobie największe wrażenie?
Środek Gwatemali, zatrzymaliśmy się na podwórku u rodziny, która miała dwanaścioro dzieci. Wiedziałam, że to biedny kraj, ale doświadczenie jest czymś innym. Tylko dwójka z tych dzieci chodziła do szkoły, bo reszty nie było stać. Chłopcy wyjaśnili nam, że nie stać ich na mundurki, które są obowiązkowe i dlatego nie chodzą do szkoły. Byłam zła, wściekła, bezradna. Od razu zaczęłam myśleć jak rozwiązać ten problem. Ta rodzina mieszkała blisko turystycznego szlaku, gdyby sprzedawali herbatę mogliby zarobi na mundurki. Później pomyślałam by zorganizować jakąś zbiórkę pieniędzy w Polsce. To trudne momenty, gdy podróżuje się przez biedne kraje, pojawiają się co jakiś czas. Uczą pokory, tego by nie czuć się lepszą, by nie patrzeć z góry, nie mówić innym jak mają żyć.

Jakiś czas temu zaangażowałaś się w pomoc uchodźcom w Berlinie, dlaczego?
Właśnie dlatego, że się napatrzyłam. Tom się ze mnie śmieje, że stałam się gościnna dopiero po pobycie w Gruzji. Doświadczyłam jak to jest traktować obcego, podawać mu herbatę w ładnym kubeczku, ugotować dla niego, potraktować z pełną otwartością. W trakcie naszych podróży zdarzało się, że biedne rodziny gnieździły się na jednym łóżku i nam oddawali drugie. Dużo dostałam. Jestem biała, mieszkam w Europie, mieszkam pod szczelnym dachem – nie rozumiem dlaczego nie miałabym pomagać. Gdy w Berlinie pojawili się uchodźcy pomaganie stało się naturalne.

Co zrobiłaś dla uchodźców w ostatnich miesiącach?
Mieszka z nami Syryjczyk, a wcześniej mieszkały cztery osoby. Przez dom przewinęło się pewnie z trzydzieści osób, spali u nas, kąpali się, jedli. Zebraliśmy ponad trzy tysiące śpiworów, zaangażowali się ludzie z całej Polski. Przyjechało z osiemdziesiąt samochodów ubrań, zabawek, lekarstw i jeden autobus z darami. Do tego ponad pięćdziesiąt laptopów. Dzisiaj przyjechał samochód z kurtkami zimowymi. To się cały czas toczy, rok temu myślałam, że to będzie spontaniczna, tygodniowa akcja. Chyba nic w życiu nie przyniosło mi takiej satysfakcji, chociaż był to również najtrudniejszy rok.

Dlaczego?
Pochłaniała mnóstwo czasu, nic – poza miłością – nie było na tyle ważne. Miałam kończyć jakiś raport, kilka kilometrów ode mnie stali ludzie bez butów, a wiedziałam, że mogę te buty zdobyć. Ale ucierpiały na tym niektóre relacje. Poza naszą czwórką mieszkamy na stałe z trzema innymi osobami, dwie z nich miały dosyć ciągłego zamieszania, worków z ciuchami w korytarzu, wyprowadziły się.
Poza tym spadła na ciebie fala nienawiści, życzenia śmierci, jak sobie z tym radzisz?
Byłam kilka razy na policji, ale uodporniłam się. Wiem, że robię dobrze, to daje spokój. Gdy dyskutuję z kimś w internecie i drugiej stronie kończą się argumenty merytoryczne zazwyczaj pojawia się jad i obelgi. Wtedy proponuję spotkanie na żywo, z publicznością, to zazwyczaj kończy dyskusję. Polecam tę strategię.

Skorzystam. W książce udzielasz wielu praktycznych rad dotyczących podróżowania z dziećmi. Możesz wymienić te najważniejsze?
Po pierwsze przygotowanie dziecka do wyjazdu. Opowiedzeniu o tym jak się płynie promem, jak leci samolotem, pokazanie flagi kraju, wyjaśnienie, że poznamy małego Ahmeda, który na deser zjada to a to. Wtedy budzimy w dziecku ciekawość, gotowość na eksplorowanie świata. Po drugie bycie elastycznym. Niektórzy nie decydują się na długie łączone loty, bo co jak się samolot spóźni? To proste, wtedy będziemy spać na lotnisku, znajdziemy coś do jedzenia. Jestem zwolenniczką zastanawiania się nad lękami, rozbrajania ich. Bardzo łatwo wejść w rolę rodzica, który tłumaczy swój bezruch dzieckiem, ze względu na dziecko odmawia sobie wyjścia wieczorem, podróży, życia w pełni. Dzieci tak naprawdę w niczym nie przeszkadzają, to kwestia myślenia. Z tym się łączy trzecia rada – by nie rezygnować ze swoich pasji. Niektórzy rodzice wyjeżdżają na wakacje wyłącznie pod dzieci, do lunaparków i miejsca zabaw. To dosyć szybko frustruje. Nie rezygnujemy z wyjazdów tam gdzie stworzone są miejsce dla dzieci, ale zapraszamy je do tego by uczestniczyły w naszym świecie. Balans jest potrzebny. Na koniec sprawy techniczne, wiele osób wyjeżdżających z dwójką dzieci na cztery miesiące, uważa że musi zabrać mnóstwo rzeczy. Warto przemyśleć co jest naprawdę potrzebne, pamiętając, że wszystko może być zabawką. Osobiście rezygnuję z puszczania dzieciom bajek w podróży, czuję, że w tej sposób poszłabym na łatwiznę. Wolę rozmawiać, śpiewać, czytać, patrzeć na widoki, bawić się w zgadywanki, robić zabawki z papieru, albo milion innych rzeczy.

alboth4

Wróćmy na chwilę do momentu, który zakończył waszą podróż przez Amerykę Środkową. Honduras. O śmierci taty dowiedziałaś się z maila. Możesz o tym opowiedzieć?
Pisząc książkę wróciłam do tego maila, po raz pierwszy. W tamtym momencie doznałam szoku. Tata był dla mnie ważną, jeśli nie najważniejszą osobą w życiu. Nie chorował, nie przeszło mi przez myśl, że umrze. To był silny facet. Położył się z bólem głowy do łóżka i się nie obudził. Z Hondurasu wracaliśmy 3 dni trasą, którą pokonaliśmy w 4 miesiące. Trudny moment, nie do opowiedzenia. Wracałam z wymarzonej podróży na pogrzeb taty. Wiedziałam, że muszę tam być, symbolicznie pozwolić mu odejść.

A teraz, jak się czujesz?
Tęsknię. Ta książka była w pewnym sensie pisana dla niego, nie opowiedziałam mu o tych wszystkich przygodach. Ale wiesz to nie zmienia faktu, że ciepła kawa wciąż najlepiej smakuje z metalowego kubka, pita gdzieś w drodze, tak by można było spokojnie gapić się na motyle, razem.

 

Anna Alboth – dziennikarka, blogerka, podróżniczka. Wraz z mężem prowadzi bloga RodzinaBezGranic.pl (który został uznany za jeden z najbardziej wpływowych blogów w Polsce i za blog roku polskiego National Geographic Traveler), napisała książkę „Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej”, publikuje w magazynach „Kontynenty”, „Podróże” i „National Geographic Traveler”, przez wiele lat była związana ze Stowarzyszeniem Młodych Dziennikarzy Polis przy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, a potem z organizacją European Youth Press. Od roku głównie zajmuje się pomocą uchodźcom w Berlinie.

Zdjęcia: Tom Alboth

Wywiad pojawił się w „Magazynie Coaching Extra” nr 4/2016.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

  • Agnieszka Nowicka

    Z jednej strony – bardzo mi tacy ludzie imponują. Podziwiam podejście do życia, do bliskich, do obcych. Ale z drugiej zawsze się zastanawiam, skąd biorą pieniądze na wielomiesięczne wycieczki dla czteroosobowej rodziny 😛 Nie chodzi mi o to, że mam potrzebę zaglądania im do kieszeni, tylko że trochę mi smutno, bo mnie nie stać na taką podróż nawet dla mnie jednej samej :)

    • Martyna

      Jest dużo możliwości, które zostały opisane na wielu podróżniczych blogach. Ja swoje podróże zaczynałam od znalezienia pracy w miejscu, które chcę poznać albo wyjazdów na wolontariaty/studia :) Teraz po prostu odkładam małe kwoty – taki wyjazd jest raz na dwa lata więc można pozbierać.

  • konishiko

    Sledze ich bloga od dawna i stać ich na te wyjazdy z dwóch powodów: po pierwsze maja inne priorytety,nie wydają pieniędzy na ciuchy, zabawki, telewizor czy nawet własne mieszkanie. Po drugie nie zatrzymują sie w hotelach i nie jedzą s restauracjach. A po trzecie (miałoby dwa, wiem) jednak w Niemczech zarabia sie lepiej.

  • Agnieszka Nowicka

    Bieżę czytać! Jeszcze tak sobie myślę, że wolność wykonywanego zawodu czy zapotrzebowanie na niego też swoje robią – bo ok, mogłabym uzbierać na półroczną podróż przez jakiś biedny kraj, jak nie wiem, Indie, gdzie mieszkałabym pod namiotem i kupowała żywność lokalnie. Ale znacznie gorzej byłoby znaleźć kolejną pracę po powrocie, gdzie na każde stanowisko aplikują setki osób, a urlopu co roku na pół roku raczej żaden pracodawca mi nie da :)

    • Agnieszka Nowicka

      Ten pomysl z wynajeciem mieszkania jest calkiem sprtyny! Tak samo kupno a potem sprzedaz samochodu na innym kontynencie, nie wpadlabym na to. Ciekawe jak sobie radzicie w Australii i USA, gdzie niestety nie respektuja polskiego prawa jazdy? No, ale poza wszystkim to fascynujaca lektura, bo to wszystko brzmi tak prosto 😀 Choc mysle, ze jednak wsparcie niemieckiego rzadu duzo wam pomoglo.

      • Anna Alboth

        Już nie pomaga:) Wszystko to kwestia decyzji: chcę mieć ekstra pracę, na którą aplikują setki osób, chcę mieć auto, chcę to czy tamto. Moim zdaniem wszystko w głowie!