Bartosz Konopka

Nie lubię tego co normalne. Codziennością, zwyczajnością długo gardziłem, nie szanowałem jej, bo nie sprawdziła się dla mnie, ani ja w niej. Lubię świrów, ludzi którzy zakrzywiają rzeczywistość, ale po doświadczeniu z ojcem wystraszyłem się, że skończę jak on i zacząłem być poukładanym, zdroworozsądkowym człowiekiem, zagalopowałem się w tym – opowiada Bartosz Konopka, reżyser.

 

Udaje Ci się żyć tak jak byś chciał?
Nie.

Dlaczego?
To nie jest związane z filmami, pracą, tak zwaną karierą. Nawet jeśli na tym polu czuję się czasami spełniony to wcale nie wpływa na to czy jestem całościowo zadowolony ze swojego życia. Nagrody, festiwale, uznanie ludzi pomaga, ale to nie decyduje o tym czy żyję w zgodzie ze sobą, wpadam we frustrację lub potrafię czerpać radość z drobnych rzeczy.

A te nagrody to na przykład nominacja do Oscara za „Królika po Berlińsku” – jaką drogę pokonałeś do tego wyróżnienia?
Jak mnie coś zainteresuje, wyda mi się ważne to długo się na tym skupiam. Rozgryzienie tematu nie przychodzi mi łatwo. Na początku studiowałem filmoznawstwo, bo nie miałem odwagi by od razu pójść na reżyserię. Miałem kompleks prowincjusza, pochodzę z Dąbrowy Górniczej, w której działałem w zupełnie amatorskim teatrze prowadzonym przed dwóch sztygarów. Nie wierzyłem w siebie. Na trzecim roku filmoznawstwa zdecydowałem się zdawać na reżyserię do Łodzi, ale nie udało się. Zacząłem więc chodzić na zajęcia jako wolny słuchacz, po roku znowu spróbowałem i znowu porażka. Zająłem się wtedy dziennikarstwem, pojechałem do Warszawy, zacząłem robić reportaże. Wszedłem w film dokumentalny i wtedy, już z inną teczką dostałem się do szkoły bez problemu. Zmieniłem się, byłem bardziej otwarty na ludzi, mniej skupiony na sobie.

królik

Co spowodowało, że się zmieniłeś?
Doświadczenie. Jak zacząłem robić dokumenty musiałem nauczyć się życia wśród ludzi, otworzyć  na to co inni przeżywają. Zainteresowały mnie filmy które bardziej zadają pytania niż dają odpowiedzi. Myślałem, że filmy dokumentalne będą moją drogą na zawsze, ale odezwał się niepokój, poczucie że coś jest nie tak, chęć by zmierzyć się z tym co osobiste.

Wtedy powstał „Lęk wysokości”, opowieść o relacji syna z chorym psychicznie ojcem. Ten film był osobistym rozliczeniem się z przeszłością, przyniósł ukojenie?
Rozliczenie tak, ale ukojenie nie pojawiło się. Po czasie doszło do mnie, że ten film to była mitologizacja przeszłości i ojca. Miałem potrzebę by po jego śmierci w 2005 stworzyć dobry obraz. Umarł nagle, miało to związek z komplikacjami w leczeniu psychiatrycznym, napędzał mnie żal, poczucie winy. Dlatego opowiedziałem o chropowatej miłości, o niedoskonałym synu, którego ojciec jest ofiarą.

Idealizacja rodzica, którego nie ma?
Tak, ale gdy film już zaistniał to emocjonalne wahadło silnie odbiło w drugą stronę. Zacząłem proces introspekcji, obserwacji ciemnej stronę naszej relacji. Ten proces trwa to od ponad roku i pomaga mi na nowo złapać kontakt ze sobą, odpowiadać sobie na pytanie kim jestem, po co jestem. Dzięki temu mogę się oddzielić od przeszłości, być blisko siebie.

A wahadło, które odbiło w drugą stronę to był bunt, złość?
Tworząc „Lęk wysokości” wystawiłem pomnik mojemu tacie i bliscy mi ludzie, widzowie, zaczęli ten pomnik skrobać. Pojawiły się rysy, które dały mi dużo do myślenia, dzięki temu wyzwoliłem się z tej idealizacji, zacząłem się cofać w mojej historii z tatą. Poszedłem na psychoterapię, zaczął się proces zmian, oglądania rewersu naszej relacji. Zobaczyłem sprawy, które wyparłem w trakcie jego choroby, która trwała 12 lat. Wtedy się nim opiekowałem i jako syn stałem się dla niego ojcem.

Możesz opowiedzieć o chorobie taty?
To jest ciągle tabu w Polsce, nie ma gdzie o tym poczytać, z kim podyskutować, dla mediów to nie jest atrakcyjny temat. Mój ojciec chorował na schizofrenię paranoidalną, miał omamy słuchowe. Gdy byłem na 3 roku studiów dostałem telefon, z którego dowiedziałem się, że tato trafił do szpitala, że dobrze abym o tym wiedział i czy zechciałbym przyjechać, bo trzeba podpisać papiery, bo nie ma nikogo z rodziny. Rodzice rozstali się gdy miałem 16 lat, mieszkałem z mamą a kontakt z ojcem był coraz słabszy. Nie wiedziałem co się z nim dzieje. To był szok, poczucie bezradności, nie wiedziałem jak pomóc jemu i sobie. Cały czas widzę dookoła siebie takie zagubione chorobą osoby. I wydawało mi się, że opowiedzenie tej historii  jest dobre, może komuś pomóc.

Umieściłeś w filmie takie sceny, które nie wydarzyły się w twoim życiu, ale chciałeś by się wydarzyły, trochę w ramach czarowania rzeczywistości?
Chciałem bardzo zobaczyć moment, w którym syn porywa swojego ojca ze szpitala i jadą razem na bezinteresowną wycieczkę w góry, jak kiedyś przed laty. To końcowa scena w filmie, sam nigdy nie miałem odwagi tego zrobić.

Opiekowałeś się nim kiedy chorował?
Z tym był problem, byłem wtedy gówniarzem, miałem 23 lata. Był we mnie lęk przed nim, tym jak mu pomóc. Skazałem się w tej nieporadnej opiece na samotność, ciężko mi było o chorobie ojca komukolwiek opowiadać, wstydziłem się. Rodzina odgórnie założyła, że to moja rola, opiekować się nim. Lekarz mi powiedział, że najlepiej bym zabrał go do siebie, do domu. Przymierzałem się, ale nie zrobiłem tego kroku. Żałowałem później, że nie spróbowałem. Dzisiaj bardziej kierowałbym się uczuciami. Dlatego też spróbowałem tego rozwiązania w filmie.

lek

Pytanie o to co jest normalne, o szaleństwo powraca w twoich filmach, opowiadasz o zburzeniu muru berlińskiego z perspektywy królików, a o czasach PRLu w Polsce głosem kapłana Wudu.
Nie lubię tego co normalne. Codziennością, zwyczajnością długo gardziłem, nie szanowałem jej, bo nie sprawdziła się dla mnie, ani ja w niej. Lubię świrów, ludzi którzy zakrzywiają rzeczywistość, ale po doświadczeniu z ojcem wystraszyłem się, że skończę jak on i zacząłem być poukładanym, zdroworozsądkowym człowiekiem, zagalopowałem się w tym. Teraz rozbijam tę racjonalną powłokę. Ciągle mam poczucie, że nie daję i nie dostaję tego co bym mógł, zatrzymują mnie różne lęki, mnóstwo ich. Bardzo potrzebuję innych ludzi do życia, opieram się na nich, czerpię z nich, lubię tę cechę w sobie, pomaga mi rozumieć świat, siebie. Jak coś mnie ciekawi przysysam się do tego, jestem otwarty.

Nie jesteś osobny, samotność nie jest ci potrzebna?
Dopiero od niedawna, to się zmieniło w ostatnim roku. Rodzaj wychowania, który odebrałem predysponował mnie do ciągłego bycia z ludźmi. Jak miałem 12 lat mama wyjechała do pracy w Austrii, cztery lata później rodzice się rozstali. Wtedy wykształcały się we mnie różne przystosowawcze cechy, ze względu na brak zaufania do samego siebie, przekonanie, że nie jestem taki ważny skoro mama wyjechała a rodzice się rozstali. A to doprowadziło mnie do myśli, że na zewnątrz muszą być inne, ciekawsze rzeczy i muszę po nie sięgnąć. I gdy jestem miły, akceptuję, dużo daję, poświęcam siebie to wtedy mam miejsce w społeczeństwie, w ten sposób karmiłem swoje poczucie niedowartościowania. Paradoksalnie, dzięki temu dużo się nauczyłem o życiu, ciągle coś się działo, spotykałem ciekawych ludzi, uczyłem się, chłonąłem świat.

A teraz?
Czuję, że mi wystarczy tego co na zewnątrz, próbuję być sam ze sobą.

Pojawił się wewnętrzny fundament, poczucie bezpieczeństwa?
Tego mi jeszcze brakuje, by na przykład wyjechać ze sobą samemu gdzieś na tydzień pracować, napisać historię, treatment, scenariusz. Sam dla siebie nie jestem na tyle ważny by to się udało, ale pracuję nad tym, coraz więcej czasu spędzam ze sobą.

Co chcesz przekazać swoim córkom?
Jak zostałem rodzicem bardzo chciałem skompensować błędy moich rodziców. Staram się spędzać z nimi czas sam na sam, chociaż ich mama robi to częściej. Nawet jeśli moja córka robi coś źle próbuję zobaczyć to jej oczami, zrozumieć, nie krytykować, nie krzyczeć, ciągle ją doceniać. Gdy dajemy kary, zazwyczaj są one odroczeniem jakiejś przyjemności. Chcę córkom dać poczucie, że jestem dla nich i że są bardzo ważne, zależy mi na tym by mogły się do mnie zwrócić gdy będzie im źle. Zabrakło mi tego gdy dorastałem, partnerskiej relacji z rodzicami, którzy opowiedzieliby mi o tym jak funkcjonuje świat. Wskazali co mam dobrego w sobie, wspierali to, zachęcali bym za tym poszedł. Chcę czuć co się dzieje z moimi dziećmi, teraz to jest łatwiejsze bo są małe, ale chcę zbudować z nimi bliskość na całe życie, mam nadzieję, że w tym wytrwam.

Gdy znasz i wiesz gdzie mieszkają demony to pewnie łatwiej ostrzec dzieci przed tymi miejscami. A co tobie daje siłę?
Próbuję przebudować otaczające mnie związki, szukam dojrzalszych i głębszych relacji z ludźmi, ale już nie ze wszystkimi, tylko kilkoma wybranymi. Dużo siły daje mi proces sklejania się ze sobą, nawiązywania z sobą więzi, która zawieruszyła się wiele lat temu. Jestem coraz bardziej dogadany z różnymi częściami siebie. Chciałbym uzyskać spokój.

Kiedy on się pojawia?
Jak się nie okłamuję, nie zdradzam, nie wyprzedaję. Doszedłem do takiego stopnia zamydlania sobie oczu, że wewnętrzne potrzeby, pragnienia oddaliły się na tyle, że nie mogłem ich usłyszeć, dostrzec. I nagle przyłapałem się, że głównie robię rzeczy dla innych ludzi albo takie, których inni oczekują, znalazłem się trochę pod ścianą.

Dlatego terapia, żeby przeskoczyć ścianę?
To jedno, a druga sprawa to poszukiwanie miłości, te procesy się przenikają. Jest we mnie potrzeba bliskości głębszej niż kiedykolwiek doświadczyłem, zarówno ze sobą jak i innymi. Dorosły Bartek, który potrafi wiele spraw załatwić, osiągnąć, który przeszedł przez trudne doświadczenia mógłby teraz zająć się tym mniejszym Bartkiem. Ta chwila jest wciąż przede mną, zbliżam się do niej, wierzę że wtedy mógłbym budować coraz ciekawsze rzeczy. To wzbudzanie w sobie zakochania. Nie chodzi tylko o to by mieć kontakt z tym kim jestem, ale by siebie kochać.

Rozumiem, sam jakiś rok temu zacząłem chodzić ze sobą na randki, tylko i wyłącznie ja. W tym czasie wszystko czego pragnę, na co mam ochotę, dobre jedzenie, film, wyłączony telefon, kilka godzin poznawania siebie w każdym, również tym najbardziej intymnym szczególe, przekraczanie wstydu, który okazuje się istniał tylko w głowie. To były w pełni skonsumowane randki.
Ciekawe, muszę spróbować. Szukam w sobie pozytywnych wartości, na przykład przyczyn dla których odniosłem sukces. To długi proces, który powoduje że kompleks prowincjusza odsuwa się na dalszy plan.

Agnieszka Holland powiedziała o tobie „szuka najgłębszej prawdy swojej pracy” – czym jest ta prawda?
Im bardziej się okłamywałem tym bardziej szukałem na zewnątrz, wybrałem dokument, który jest opowieścią o świecie, ludziach, jest poszukiwaniem prawdy w tym co obok. Dlatego przeszedłem do fabuły, bo zacząłem dbać o swoją prawdę, znajdować ją w świecie, który tworzę, a nie tym który już jest.

Fikcja i fabuła dla tych pogodzonych ze sobą, a reportaż i dokument dla tych w lęku, szukających na zewnątrz?
Jak zajmowałem się dokumentem przez lata powtarzałem, że więcej można odkryć otwierając się na ludzi niż własną wyobraźnię, ale ten etap chyba mam już za sobą. Myślę, że chodzi o to by nie być zablokowanym na żaden ze światów. Poszukiwanie prawdy to polska szkoła, Wojciech Marczewski powtarzał, że prawda jest najważniejsza, że film może i nawet powinien być grą, ale trzeba być wyczulonym na prawdę o świecie, sobie, nie można jej niczym innym zastąpić. To jest też lekcja Marcela Łozińskiego, wyjątkowej postaci w sztuce dokumentu i szkoły Wajdy. On też twierdzi, że możesz manipulować jak chcesz, ale musisz być w zgodzie z prawdą. Łoziński często mówił by nie gwałcić rzeczywistości, by iść za prawdą, której się dotyka. A docieranie do prawdy to najczystsza forma tworzenia.

A ciebie cały czas najbardziej interesują ci w ostatnim szeregu, na uboczu, ludzie nie z marmuru i żelaza?
Długo tak się czułem, zapomniany, więc pomimo nagród, większej wiary w siebie to cały czas ja i moje zainteresowania. Projekcja i identyfikacja.

Nominacja do Oscara nie uderzyła do głowy?
Nie przyszła myśl: czyli myliłem się przez całe życie, jednak jestem wyjątkowy. To tak się nie odbywa. Nominacja była potwierdzeniem, że wysiłek całej ekipy w to zaangażowanej się opłacił, doszliśmy najwyżej jak mogliśmy, to dawało spełnienie. Ludzie mówili mi, że mogę teraz robić co zechcę, że muszę znaleźć agenta, pojechać do Hollywood. Zacząłem o tym myśleć, ale zatrzymałem się w tym. Sztuka polega na tym by wiedzieć czego ty chcesz, czego tobie potrzeba a nie jak zadowolić innych.

Czego zatem chcesz, czego tobie potrzeba?
Spokoju, pełnego dogadania się ze sobą, równowagi w miłości.

Bartosz Konopka (ur. 8 września 1972 w Myślenicach) – reżyser, dziennikarz, filmoznawca, zajmuje się filmem od 1991 roku, wtedy zaczął studia na filmoznawstwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Filmy dokumentalne realizuje od 1997 roku. Ukończył wydział reżyserii WRiTV Uniwersytetu Śląskiego, uczestniczył w kursie dokumentalnym i fabularnym w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Debiutował filmem fabularnym „Lęk Wysokości”, za który otrzymał Złotego Lwa. W 2010 roku nominowany do Oscara za film dokumentalny „Królik po berlińsku”, rozpowszechniany w 40 krajach. Wraz z Przemysławem Nowakowskim zostali laureatami siódmej edycji Nagrody ScripTeast im. Krzysztofa Kieślowskiego za najlepszy scenariusz z Europy Środkowej i Wschodniej w Cannes do filmu „Niemy”, nad którym właśnie pracuje. Prywatnie mąż i tato 8-letniej Zosi i 3-letniej Hani.

 

Wywiad został opublikowany w magazynie Sens w październiku 2013 roku, Robert Rient.