odessa manin2

Bratysława – przewodnik

Frajerka to po słowacku dziewczyna, prasa to świnia, chuć to smak, a o polskim tłumaczeniu słowa „szukać” nie wspomnę z powodów cenzuralnych.

Pierwsze w Bratysławie uwiodły mnie pomniki, doprowadziły do swoistej pasji, chciałem znaleźć łączący je mianownik, i w końcu udało się, spoiwem jest absurd. Na deptaku Hviezdoslavovo, z kapeluszem w ręce, wielkim ślimakiem u stóp i skrzatem na ramieniu stoi Hans Christian Andersen. Na starym mieście przy zbiegu ulic Laurinskiej i Panskiej, z otwartego włazu kanalizacyjnego wychyla się Čumil, najsłynniejszy na świecie kanalarz, który podobno ma w zwyczaju zaglądać pod spódnice. Tuż obok niego stoi srebrny Ignác Lamár z uniesionym na wieki kapeluszem, pod który chętnie wchodzą nie tylko japońscy turyści. Legenda głosi, że ten słynny słowacki murarz, za sprzątanie w jednym z domów otrzymał frak i cylinder. Od tego czasu, po zakończeniu swojej pracy, przebierał się we frak i spacerował bratysławskimi ulicami, nisko kłaniając się spotkanym ludziom. Jest również rzeźba dwóch melancholijnych dziewczyn siedzących przy skrzynce pocztowej, czy pomnik mężczyzny w napoleońskim kapeluszu, pochylający się nad jedną z ławek, by podsłuchiwać rozmowy siedzących na niej, głównie zakochanych. Nie znam innego miasta, w którym znajduje się tak wiele pomników codzienności, pozbawionych martyrologii, no może poza Wrocławiem zamieszkanym przez zgraję krasnali. Powstają one jako część projektu rewitalizacji centrum Bratysławy. Autor figury Čumila, Viktor Hulík wyznał, że jego rzeźba niczego nie symbolizuje i nie odnosi się do żadnych wydarzeń. Takich absurdalnych skarbów jest tutaj więcej, wystarczy zgubić się na ulicach miasta. Dla niektórych mieszkańców są one źdźbłem w oku i dowodem na brak pomysłu miasta na zagospodarowanie miejskiej przestrzeni, dla mnie te pozbawione kontekstu rzeźby są opowieścią o radości.

Na jednej z wąskich uliczek starego miasta swoje obrazy sprzedaje młody architekt, twierdzi że Bratysława jest doskonała. Mieszka tutaj od trzech lat, rzucił codzienne zawodowe obowiązki, bo pracując na ulicy zarabia znacznie więcej i jest panem swojego czasu. Łatwo uciec z miasta na wieś, do Bruegela, Rubensa czy Caravaggio w Wiedniu wystarczy godzina pociągiem, a samochody nie jeżdżą po starym mieście – wylicza artysta. Otrzymałem trzymiesięczne stypendium literackie, muszę wybrać pomiędzy Bratysławą, Pragą, Budapesztem i Krakowem. Po chwili namysłu, na nowe miejsce do życia wybieram jedyną na świecie stolicę graniczącą z dwoma państwami, Austrią i Węgrami. Szalony pomysł, zarówno politycznie jak i geograficznie. To stosunkowo małe miasto jest idealne do spacerów, kameralne, budzące apetyt na słowa. Mówi się, że wystarczy jeden dzień by zwiedzić Bratysławę, ale to nie jest prawda, dwa dni zaspokoją nienasyconych podróżników, ale potrzeba znacznie więcej by poczuć esencję miasta.

1 dzień

Zwiedzenia położonej nad Dunajem stolicy warto zacząć od niewielkiej, ale malowniczej i zaczarowanej starówki. Można tu spędzić kilka godzin snując się wąskimi uliczkami, by później pozwolić zmęczonym nogom odpocząć w jednej z kawiarni, wśród wystawionych na zewnątrz drewnianych krzeseł i stołów. Od wczesnych godzin można wypić nie tylko kawę, ale prawie wszędzie zjeść lekkie śniadanie. W 1954 roku Stare Miasto zostało zgłoszone do miejskiej strefy zabytków, jego centralne położenie czyni to miejsce najbardziej znanym placem stolicy Słowacji. Znajduje się tutaj Rolandova Fontána i najstarszy w kraju ratusz w stylu gotyckim. W wieżę ratuszową wbudowana jest kula armatnia żołnierzy Napoleona z 1809 roku. To właśnie tutaj znajduje się pomnik żołnierza w kapeluszu, pochylającego się nad ławką. Naprzeciwko ratusza znajduje się odnowiony secesyjny pałac, przy zachodniej pierzei placu, obok eleganckiej kawiarni stoi renesansowa studnia Maksymiliana z beżowego piaskowca.

Ulice starówki prowadzą niemal pod zamek na wzgórzu, pozycję obowiązkową na trasie zwiedzania, ale przed spacerem warto wybrać się do ukrytej przed turystami kawiarni St. Germain na ulicy Obchodnej 17. Żyją tutaj duchy skradzione z francuskiego Placu Pigalle i krakowskiego Kazimierza. Gdy po raz pierwszy zamówiłem w Bratysławie espresso podano mi dużą kawę w filiżance, kolejnym razem prosząc o kawę americano dostałem czarny napój w kubku wielkości małego wiadra. Każdy lokal według własnych, zdecydowanie nie włoskich zasad ustala jakość i wielkość kawy, dlatego należy doprecyzować składając zamówienie czy espresso ma być piccolo, chyba że ktoś stawia na gastronomiczne niespodzianki.

Z St. Germain, przez starówkę, najwęższą w mieście ulicę Baštovą, a dalej Panská, przy której mieści się najwięcej barokowych pałaców i kamienic droga prowadzi na zamek, widoczny prawie z każdego miejsca w mieście. Warowne budowle wznosili tutaj Rzymianie, Słowianie i Wielkomorawianie, wzgórze było wtedy akropolem celtyckiej osady położonej poniżej. W X wieku powstał zamek z kamienia, zamieniony w XV wieku w fortecę obronną. Czasy największej świetności przyszły za rządów Marii Teresy, która rozbudowała budowlę. Dzisiejszy czworokątny Bratislavský hrad, z czterema wieżyczkami w narożach, nazywany „stołem odwróconymi do górny nogami” jest wynikiem rekonstrukcji dokonanej w latach pięćdziesiątych XX wieku. Obecnie znajdują się w nim eksponaty Muzeum Historycznego. Przy dobrej pogodzie panorama z zamku jest niebiańska, w dole sunie Dunaj przecinany mostami, przynajmniej dwoma należy się przejść.

Most Słowackiego Powstania Narodowego (SNP) długi na 430 metrów wybudowany w latach 1967-1972 według projektu architektów A. Tesára, J. Lacko, I. Slameňa łączy centrum miasta z blokową dzielnicą Petržalka. Łatwo go rozpoznać po wyrazistym pylonie, na wysokości 84 metrów znajduje się tzw. „latający spodek” określany mianem UFO. Można się tam dostać płatną windą i podziwiać widoki z okien restauracji. Zaraz za mostem, na prawym brzegu Dunaju, wśród ogromnych Platanów, znajduje się pierwszy w Europie Środkowej park stworzony dla ogółu społeczeństwa nazywany Sadem Janka Kráľa. Na 42 hektarach biegają psy, dzieci, a za nimi rodzice, turyści ochoczo obfotografują ruiny gotyckiej wieży, będącej częścią kościoła franciszkanów, która została przeniesiona do parku w 1897 roku służąc jako altana. Widok to tak samo absurdalny, co piękny, kojarzący się z domem jakiegoś samotnego wampira, zapewne Słowackiego.

Powrót do miasta koniecznie przez najstarszy w stolicy Starý most wybudowany w latach 1889-1890. Żelazna konstrukcja opiera się na kamiennych filarach, a każdy kolejny krok budzi wątpliwość czy aby za chwilę toporna budowla nie runie do Dunaju. Przechodząc obok budynków uniwersyteckich należy udać się na tradycyjne słowackie danie: Haluszki. Do utartych, odsączonych z wody ziemniaków dodaje się jajka oraz mąkę, z wyrobionego ciasta powstają kluski wrzucane do gorącej wody. Całość podawana jest z bryndzą lub innymi, wybranymi dodatkami. Do popicie koniecznie zsiadłe mleko. Próby samodzielnego wykonania Haluszków zakończyły się w moim przypadku fiaskiem, smaku odnalezionego nad talerzem w Bratislava Flag Ship Restaurant nie sposób podrobić.

2 dzień

Winnice znajdują się jeszcze w granicach słowackiej stolicy, u podnóża Kamzika i dalej ciągną się przez 40 kilometrów na wschód u podnóża Małych Karpat. Koneserzy z pewnością docenią małokarpacką drogę winną (MVC), przy której znajduje się około 70 winiarni, dostępnych dla tych którzy chcą skosztować i niedrogo kupić wyborne alkohole. Po kilku miesiącach na Słowacji mój zapał do gloryfikowanych od lat czerwonych win osłabł na rzecz tych białych, spożywanych tutaj ze zrozumiałym już dla mnie uwielbieniem.

Spacerując po mieście, niedaleko budynku starej opery, obok pomnika z kaczkami i skamieniałymi chłopcami znajduje się Niebieski Kościół. Wśród starych kamienic i zadrzewionych ulic stolicy, wyrasta absolutnie bajkowy w swojej architekturze kościół o najbardziej błękitnym z możliwych kolorów. Secesyjna, jednonawowa świątynia swój nietypowy kształt i eliptyczną 37metrową wieżę zawdzięcza węgierskiemu projektantowi Ödöna Lechnera.

Przed dalszą wędrówką warto wstąpić do Green Tree coffee na starówce (ulica Ventúrska), przy odrobinie szczęścia będzie można trafić na koncert fortepianowy, który w ceglanej piwnicy odbywa się tutaj dwa razy w tygodniu, poza tym kawa jest idealna. Słowacy, z którymi próbuję rozmawiać po angielsku gdy orientują się, że jestem z Polski prawie zawsze proponują by każdy z nas mówił swoim językiem, bo przecież jako Słowianie, bracia krwi, musimy się zrozumieć. Powtarzając to doświadczenie wielokrotnie kończyłem je z poczuciem bycia zrozumianym i prawie kompletnym brakiem zrozumienia języka słowackiego, poza tym warto zwracać uwagę na miny językowe. Frajerka to po słowacku dziewczyna, prasa to świnia, chuć to smak, a o polskim tłumaczeniu słowa „szukać” nie wspomnę z powodów cenzuralnych.

Wychodząc ze starego miasta i kierując się na wzgórza stolicy, niedaleko Słoweńskiej Akademii Nauki (SAV) znajdziemy się na ulicy Hlboka, która pnie się do góry wzdłuż zabytkowych kamienic i drzew. Zaraz obok ulicy, jest mały las, sporo ich tutaj, a w środku tego lasu znajduje się kościół. Na skałach otaczających kościół tysiące kamiennych tabliczek, na nich podziękowania w różnych językach, ławki na środku, a zamiast dachu gałęzie drzew. Taki kościół dla wierzących i niewierzących.

Oddalając się od tego opuszczonego w przewodnikach miejsca pozostaje wspiąć się na przedgórza miasta i odwiedzić Slavín, jedyny działający w stolicy cmentarz wojenny, obok którego znajduje się pomnik żołnierzy radzieckich. Z tego miejsca można zobaczyć prawie całą Bratysławę. A powrót odbędzie się wzdłuż krętych uliczek i eleganckich domów, zamieszkanych głównie przez ambasadorów, w kierunku znajdującego się pod zamkiem Mauzoleum Chatama Sofera. Po ukończeniu studiów został światowej sławy rabinem społeczności żydowskiej w Bratysławie. Założona przez niego szkoła rabinów stała się ważnym obiektem szkoleniowym w Europie. Po generalnym remoncie grobowca w latach 2000 – 2002 stał się on ważnym miejscem na trasie licznych pielgrzymek odwiedzających miejsce spoczynku kilkudziesięciu uczonych. W mieście przy ulicy Heydukowej znajduje się również nie zniszczona w trakcie wojny synagoga wybudowana w latach 1923 – 1926 według projektu Artura Szalatnai – Slatinskiego. Charakterystycznym elementem budowli jest rząd modernistycznych kolumn przed fasadą główną budynku.
Od kiedy sześcioletni Mozart zagrał koncert dla cesarzowej Marii Teresy w pałacu Pálffych, w którym dzisiaj znajduje się miejska galeria, miasto przyciąga muzyką wielu twórców i słuchaczy. Znajdują się tutaj dwie opery, filharmonia, i oryginalny Gmach Słowackiego Radia w kształcie odwróconej piramidy, nazywany „budowlą stulecia”, ze względu na długi okres jego powstawania. Na koniec długiego dnia można zrelaksować się przy słowackim piwie lub Vinei, winogronowym napoju gazowanym w byłej redakcji gazety, obecnie kultowej hipsterskiej wylęgarni, nazywanej KC Dunaj. Poza wszelkiego rodzaju trunkami i klimatycznym wystrojem odbywają się tutaj liczne wydarzenia ze świata kultury. A o nie w Bratysławie nie ciężko, prężnie działający Polski Instytut każdego miesiąca przedstawia intrygującą ofertę dla mieszkańców i turystów. Najlepszym sposobem na pożegnanie się z Bratysławę jest udanie się na kolejne dwa dni zmysłowych doznań do oddalonego o 65 kilometry Wiednia, katamaranem po Dunaju, z widokiem na coraz mniejszą małą Bratysławę.

 

Tekst został opublikowany w magazynie Traveler w 2014 roku.