Fismoll

„Zaufanie jest ważniejsze od precyzyjnie wyznaczonych celów” – mówi Fismoll – „Chodzi o zadziwienie. Nie można się zadziwić z przekonaniem, że coś ma się wydarzyć”. Przyciąga tłumu na koncertach i tych słuchających muzyki w sieci. Wierzy w Boga i chciałby wszystkich nawrócić, ma na to kilka sposobów, muzyka jest jednym z nich. Niedawno wyprowadził się z Poznania do Warszawy, nagrał drugą płytę i wyruszył w trasę koncertową.

 

Na ile czujesz się lat?
Czasami na dziesięć a czasami na sześćdziesiąt. Odzywa się we mnie niekiedy tęsknota tak wielka, że potrafię uwierzyć, że jestem sam na świecie. Nie wiem skąd ona się bierze, ale wprowadza w drżenie. A później zachowuję się jak dzieciak, beztrosko, infantylnie, naiwnie.

„Box of Feathers” czyli pudełko z piór, to nazwa twojej najnowszej płyty, co oznacza?
Odnosi się do realnego przedmiotu osoba, którą kiedyś znałem. A tym samym zapowiada klimat płyty, tekstów, czyli mieszanki czegoś czułego, delikatnego, a zarazem umożliwiającego ukrycie się, zamknięcie.

I żadnego hitu dla komercyjnej rozgłośni radiowej czy telewizji.
Raczej ciężko na tej płycie z hitami. To są zapiski wspomnień, urywki, momenty. W najczystszej postaci, bez koloryzowania, bez sztucznego ulepszania.

fismoll

 

Prawie trzy miliony osób odsłuchało na YouTubie Twój utwór „Lets’s Play Birds”, ego nie puchnie?
Ono się odzywa gdy skończę jakiś utwór, wtedy czuję satysfakcję, ale ta szybko mija. Ego nie puchnie. Były okazje by za bardzo się cieszyć, zresztą wszyscy dookoła mówili mi, że czekają na ten moment, w którym mi odbije. Nie stało się tak przy pierwszym i drugim krążku. Koncerty, tysiące sprzedanych płyt, Nosowska pochwaliła, ale nie odwaliło mi. Nie mam zwyczaju hamować radości, to nie tak. Wydaje mi się, że najczystszą muzykę dopiero zrobię, instrumentalną, filmową. Zresztą robić to co się kocha, nie jest powodem, by rosło ego, to raczej powód do wdzięczności.

O czym marzyłeś jako dziecko, kim chciałeś zostać?
Chciałem stanąć podczas dużego koncertu na piecu Marshalla i zagrać solówkę. Taki obrazek. Z drugiej strony słuchałem Craiga Davida, próbowałem przez chwilę śpiewać jak on. Tata jest skrzypkiem, a mama wiolonczelistką. W domu słuchało się dużo muzyki klasycznej, filmowej, była Enya, Turnau, bardzo dużo Turnaua, którego lubię do dzisiaj. Czasami rodzice grali, mama więcej, tata skupił się na pracy. Można powiedzieć, że popsułem im życie, gdy się pojawiłem. Ich kariera muzyczna została odłożona. Tata zaczął pracować w gazecie, mama została ze mną w domu.

Dokańczasz te kariery za nich?
Może, widać tak miało być. Chociaż mam cudownych rodziców to nie zawsze było kolorowo, buntowałem się, szczególnie na tatę.

Walczyliście?
To nie była walka, ale szybko się irytowałem, złościłem. Te złe emocje pojawiały się we mnie błyskawicznie, wykorzystywałem każdy pretekst.

Rzuciłeś bułką w katechetę. Dlaczego?
W sumie dwa razy rzucałem bułką, to było w gimnazjum. Dla wielu dzieciaków to trudny czas. Na religii wszystko wydawało mi się być proste, a ja przecież taki mądry, tyle wiedziałem o świecie. I zacząłem się kłócić z katechetą. Denerwowało mnie, że muszę tam siedzieć, słuchać że modlitwa ma sens tylko wtedy gdy zaczyna się od „Ojcze Nasz”, od powtarzania regułek. Uważałem, że jest inaczej, że do Boga można mówić swoimi słowami. Zaczęliśmy dyskutować i w końcu po szczeniacku rzuciłem bułką. Głupi byłem, miałem zadarty nos.

Ciężko mi to sobie wyobrazić słuchając twoich utworów, patrząc na ciebie teraz.
Wydawało mi się, że zjadłem wszystkie rozumy świata, dużo w tym czasie przebywałem ze starszymi osobami. Czułem się ciągle nienasycony. W końcu to się uspokoiło, gdy dotarło do mnie, że piękno jest w prostych rzeczach, w malutkich właśnie. Byłem niskim chłopakiem z kompleksami, słuchałem Pantery, Metaliki, Kalibru 44, w krzyku tej muzyki czułem się bezpiecznie idąc do szkoły. I wtedy, pojawiła się „Vaka”, utwór Sigur Rós i zniszczył wszystko co hodowałem w swojej głowie. Jako zbuntowany dzieciak, w długich piórach na głowie, nagle doznałem wstrząsu, bo ktoś pogłaskał mnie w środku tak delikatnie jak tylko się da. To był przełom i paraliż. Przez wiele tygodni słuchałem tego jednego utworu, wszyłem go w siebie. Przestałem szukać sztormów, burz, końców świata żeby coś poczuć. Wcześniej takim momentem było pójście do szkoły muzycznej. Zdziwiło mnie wtedy, że ludzi patrzą przez okno gdy zachodzi słońce. Oni obserwowali w milczeniu zachód słońca, po prostu. W porównaniu z pełnym chaosu gimnazjum to było szokujące, niezwykłe. W szkole muzycznej znalazłem swój schron. To było trochę jak wyjście z miasta do lasu. Cieszę się z tej zmiany, teraz jest we mnie więcej lekkości, któa przyniosła wolność, wiesz ja się wtedy nawróciłem.

Na co?
Na kogo raczej, na Boga. Jest we mnie przekonanie, że sobie poradzę, że zaufanie jest ważniejsze od precyzyjnie wyznaczonych celów. Zacząłem zbliżać się do Boga, w wesołym, nie infantylnym sensie. Często się modlę, w domu, w drodze, chodząc po mieście. Modlitwa dla mnie przede wszystkim polega na dziękowaniu, to trochę forma medytacji. Każdego dnia można znaleźć mnóstwo wydarzeń, spotkań, za które warto czuć wdzięczność. Nie chodzi mi o ślepą naiwność, nie dziękuję za to, że umiałem zawiązać buty. Kiedyś powiedziałem Bogu, że wszystko zniosę i mam zamiar dotrzymać słowa. Lubię, gdy wdzięczność pojawia się naturalnie. Jestem taki młody, a mam tak bardzo dużo. Mieszkałem w bloku i miałem być – przy dobrych wiatrach – nauczycielem muzyki, kimś kto odtwarza. Udało mi się wynająć mieszkanie w kamienicy, zawsze o tym marzyłem, a przede wszystkim grać swoją muzykę, docierać z nią do ludzi. Poza tym, tylko się nie śmiej, ten mój Bóg czasami pojawia się dosyć dosłownie. Lubię bardzo poezję księdza Twardowskiego, niedawno znowu czytałem jego wierz „Dziękuję”, on się zaczyna tak: „Dziękuję Ci za miłość prędką bez namysłu, za to że nie jest całym człowiek pojedynczy”. No i dobra, wracam sobie z przyjacielem z knajpy, szliśmy Placem Konstytucji, na chodniku były jakieś wiersze napisane kredą. Odliczam sobie w głowie, przy pierwszym się nie zatrzymuje, nie patrzę, idę dalej i zatrzymuję się przy siódmym, a tam „Dziękuję” Twardowskiego.

Ładny przypadek.
Może, ale słuchaj dalej, co chwilę to mi się wydarza. Siedziałem wieczorem z przyjacielem na ławce, rozmawiamy, noc. Nagle wstaję z ławki i mówię sobie w duchu, tak znienacka i spontanicznie, żeby Bóg mi powiedział, jeśli jest, w którą stronę mam się teraz odwrócić. No i poczułem, że mam się odwrócić w prawo. Robię to, a tam na niebie, spadająca gwiazda. A jeszcze, kiedyś na spacerze w lesie widzieliśmy z przyjacielem jak coś białego wspina się po drzewie, coś ogromnego, pomyśleliśmy, że może ptak. Podchodzimy do drzewa a tam nic, pustka. Do dziś nazywamy tego ptaka Aniołem.

Szukasz takich wydarzeń?
Nie szukam, ale jestem wyczulony. Rozglądam się. Chodzi o zadziwienie. Nie można się zadziwić z przekonaniem, że coś ma się wydarzyć, szukając intensywnie, planując. Myślę o sobie jak o wolnym człowieku, a to można osiągnąć, tak sądzę, tylko przez wiarę w Boga. Kiedyś podchodziłem do tego ironicznie, cynicznie, później zafascynowało mnie pogańskie podejście, dziękowanie drzewu, ogniowi, słońcu, uznanie, że Bóg jest tam. A on, jak dla mnie, jest wszędzie. Bóg to zadziwienie spotkaniem z drugim człowiekiem. Nie jestem fanatykiem, nie mam swojego kościoła, do tych rzymskokatolickich nie chadzam.

Czy ty próbujesz mnie nawracać?
A wiesz, że chciałbym. Nie boję się tego, że mogę kogoś nawrócić. Niedawno na koncercie widziałem, że stoi taki facet, prawie dwa razy długi jak ja, wiking normalnie. Po koncercie podchodzi, zastanawiam się czy mi przywali, a on ściska mi ręki i mówi, że moja muzyka go nawróciła. To dopiero był prezent. Chodzi o zdiagnozowanie słowa. Kilka dni temu grałem na statku dla wybranej grupy ludzi, głównie dziennikarzy zza granicy, kameralnie. Pierwsza piosenka, druga, trzecia, ludzie jedzą, cieszą się, że są na statku, rozmawiają, są zupełnie w innym miejscu niż ja. Pomyślałem, że może nie mają nastroju na melancholię, na zanurzenie w sobie, na tego rodzaju muzykę, na spokój. Skończyłem grać, podziękowałem, było mi trochę przykro, ale zrozumiałem sytuację. Położyłem się na rufie, słońce, błogi klimat. Podeszła do mnie kobieta, widziałem ją podczas koncertu, jako jedna z nielicznych naprawdę słuchała. I ona do mnie mówi, że pomogłem jej urodzić syna. Po to byłem na tym statku, żeby się dowiedzieć, że w trakcie porodu ta osoba słuchała mojej muzyki, czyli żeby dowiedzieć się, że to co robię ma sens.

fismoll2

 

Jeszcze nie czuję się nawrócony, ale gdybyś trochę bardziej się postarał to co byś zrobił?
Wziąłbym Cię w góry, to na pewno. Dużo byśmy chodzili, a potem usiedli gdzieś wysoko i posłuchali muzyki. A gdyby nie zadziałało, w co wątpię, to zacząłbym kombinować. Najbardziej zbudowało mnie dziwienie się, doświadczenie rzeczy, których się nie spodziewałem. Za tym stoi wiara, że ktoś te rzeczy wywołuje.

A co w tej twojej wierze z seksem przedmałżeńskim?
Nie wychodzę z założenia, że to grzech. Jestem po, ślubu nie mam, wyrzutów sumienia też. Czystość jest błogosławieństwem, nie każdemu się udaje. Bardzo celebruję początki związku, zbliżanie się do siebie. Wiesz mi nie chodzi o religię, w dzieciństwie chodziłem co niedzielę do kościoła, ale nie znalazłem tam prawdziwej bliskości, ludzie wydawali się rozproszeni. Do tego dochodzi to wszystko co kościół mówi o in vitro, o homoseksualizmie, o osobach trans-płciowych, nie mam zgody na to by mówić dorosłym ludziom jak mają kochać. W ogóle mam alergię na to by jakaś instytucja mówiła mi jaki mam być. Miałem jeden problem, a w sumie może to błogosławieństwo, nigdy nie miałem autorytetów. Nie fascynował mnie nigdy człowiek, ale to co stwarza. Dotyczy to również muzyków, mogę kochać ich muzykę, ale nie mam potrzeby gromadzenia autografów.

Ale coś o miłości tak zwanej romantycznej mógłbyś mi opowiedzieć.
Wydaje mi się, że jedyne co mogę Ci powiedzieć i zdradzić, to tyle, że doświadczyłem przepięknej, emocjonalnej, niepojęcie intensywnej i chyba właśnie prawdziwiej miłości raz. Bo tej osoby obok już nie ma obok, a w człowieku to co się zapaliło, tli się silnym ciepłem do teraz. Połączyła nas muzyka, wspólne granie. Nie słyszałem piękniej grającej skrzypaczki nigdy w życiu.

A o czym jeszcze w żadnym z wywiadów nie mówiłeś?
Że chciałbym mieć trochę lepszy kontakt z tatą. Że żałuję czasu, którego nie spędziłem z moim dziadkiem i chciałbym go wrócić do życia. Był wyjątkowo spokojną osobą. Jak mieszkałem w Poznaniu wszyscy mieszkaliśmy w jednym bloku, ja z rodziną, ciotki i wujkowie, dziadek z babcią. Wystarczyło wyjść na klatkę. Chodziłem do dziadka porozmawiać, czasami na fajeczkę. Dziadek nie mówił zbyt o sobie, dopiero gdy umarł dowiedziałem się, że był w zakonie. I żałuję, że nie zdążyłem go zapytać o to co podstawowe, o miłość, o to jak czuł swoje życie, o te najtkliwsze rzeczy.

A ty jak czujesz swoje życie?
Mam ogród, rosną w nim kwiaty, które lubię, trawa jest ścięta tak jak lubię. Rosną drzewa, które mnie wzruszają, to jak pachną, jak się nazywają, jakie mają owoce. W tym ogrodzie wszystko jest po mojemu, idealnie. Wpuszczę tutaj każdą osobę, może się poczęstować, położyć na trawie i zostać pod warunkiem, że nie będzie nic, ale to zupełnie nic zmieniać.

Fismoll (Arkadiusz Glensk)  – muzyk, wokalista i autor tekstów, tworzący muzykę akustyczną i liryczną. Debiutował płytą „At Glade”, właśnie pojawił się jego najnowszy krążek „Box of Feathers”.

Wywiad został opublikowany w magazynie Zwierciadło nr 1/2016, Robert Rient.