Hanna Polak

Mówi się o czymś takim jak potencjalny czas życia, myślę, że mój skróciłam o kilka lat. Rozchorowałam się, wewnętrzny zegar przestał działać, straciłam kontrolę nad własnym ciałem. Wszystko po to by opowiedzieć współczesną bajkę o Kopciuszku. Rozmowa z Hanną Polak, nominowaną do Oscara reżyserką filmu „Nadejdą lepsze czasy”.

 

Ile bohaterek, ilu bohaterów twojego filmu już nie żyje?

Większość.

Kto?

Swieta, przyjaciółka głównej bohaterki, obierały razem ziemniaki na wysypisku, pamiętasz?

Tak, później zakochała się w kierowcy.

Nie żyje Wania, ten który wolał bawić się z kotem, gdy inne dzieci słuchały radia. Szybko umarł, wpadł pod koło ciężarówki. Dima, muzykant, został zamordowany. Wyjątkowa postać, utalentowany i piękny, z charyzmą, czarem. Nie żyje Moroz, ten który czytał przed kamerą list do swojej rodziny. Nie żyje Olga, pełna emocji opowiadała, że ludzie traktują ich jak pchły.

Kiedy pierwszy raz trafiłaś na Swałkę, wysypisko pod Moskwą?

W 1999 r. Pracowałam wtedy nad filmem „Dzieci z Leningradzkiego”. Sasza z chłopakami zabrali mnie na piknik za miasto. Wcześniej chodziliśmy razem kanałami, stacjami metra, dworcami. Tym razem pokazali mi wysypisko, wyjaśnili, jak się na nie dostać. Jakiś czas temu Swałkę zamknięto, wszelkie normy bezpieczeństwa zostały tam przekroczone i teraz bomba ekologiczna tyka pod Moskwą.

„Nadejdą lepsze czasy” powstawał 14 lat. Dlaczego tak długo?

W ostatnich latach nagrywałam przede wszystkim historię Julki, głównej bohaterki. W poprzednim filmie bohater był zbiorowy, tym razem chciałam pokazać życie jednej postaci na przestrzeni kilkunastu lat. Dzięki temu widzowie obserwują sinusoidę wypadków i emocji. Można się w nich przejrzeć, zastanowić nad decyzjami dotyczącymi bliskich, narodzin dziecka, pracy, momentu, w którym ludzie się poddają, umierają.

Gdy ktoś ginie na wysypisku, nikt nie wzywa policji. Gdy ktoś zostaje pobity, zgwałcony albo przejechany przez ciężarówkę, nikt nie dzwoni na pogotowie. Ludzie umierają tam również z powodu trujących gazów, mrozu, zapadającego się terenu. Jednak udaje im się zachować człowieczeństwo – czym ono jest?

Nie wiem, ale może w krytycznych warunkach można je szybciej dostrzec. Przywykliśmy patrzeć z góry na bezdomnych, bo często są brudni, śmierdzą. Nie jest trudno wyobrazić sobie, że te osoby nie mają warunków, by się umyć. Szczególnie gdy mieszkają na wysypisku, żyją z segregacji śmieci, wśród których znajdują żywność i wyposażenie swoich tymczasowych kwater.

Olga, patrząc w kamerę, opowiada, jak to jest, gdy wchodzi do autobusu, a wszyscy patrzą na nią jak na karalucha. Zawstydziła mnie, zacząłem myśleć o tym, co ja czuję, gdy patrzę na bezdomną osobę.

Jakieś trzy lata temu w Polsce były potworne mrozy, minus 20. Wsiadłam do samochodu, włączyłam silnik i ogrzewanie, bo nawet skrzynia biegów zamarzła. Z każdą chwilą było mi cieplej. Zza szyby zobaczyłam grupę bezdomnych, biegli. Pewnie szukali schronienia, oni często są przepędzani. Nasze oczy się spotkały i natychmiast odwróciłam wzrok, odruchowo. W naszej kulturze naturalne jest mijać się, nie mówić sobie „dzień dobry”.

Podczas mrozów dla bezdomnych rozpoczyna się walka o przetrwanie: albo znajdą jakąś piwnicę, wejście do budynku, ciepłe rury, albo zamarzną. Zostałam z żalem, że nie okazałam im sympatii spojrzeniem czy gestem. Odwróciłam wzrok od ludzi, którzy zamarzali.

nadejda
Nadejda lepsze czasy (Something Better to Come) 2015 rezyseria: Hanna Polak Fot. AGAINST GRAVITY

Dlaczego film zaczynasz od opowieści o tym, jak płakałaś, gdy nie udało ci się pomóc kilku osobom, które zabrałaś z wysypiska i zawiozłaś do lekarza?

Bo gdy oni zobaczyli, że płaczę, powiedzieli, że wolą umrzeć, niż patrzeć, jak cierpię, i żebym im już nie pomagała. Ta sytuacja najbardziej mnie dotknęła. Uświadomiłam sobie wtedy, że ich przyjaźń jest większa od mojej i że nie umiem za nią odpłacić. Tym bardziej chciałam, by powstał film, w którym opowiem o moich bohaterach. Wiem, że mogę pojechać na wysypisko i pomagać bezdomnym, ale nigdy nie myślałam o tym, czy jestem gotowa poświęcić swoje życie tylko po to, by ktoś nie dostał histerii, nie rozpłakał się. Pytałeś o człowieczeństwo, to chyba ono – uważność na cierpienie drugiej osoby. A sytuacja, o której rozmawiamy, to była wielogodzinna wyprawa. Wyjście z wysypiska tak, by nie zauważyli nas strażnicy, podróż samochodem w korkach, wizyta w łaźni, zmiana ubrań na czyste, godziny czekania na lekarza i w końcu brutalne wyrzucenie przez ochroniarza. Potraktowali mnie tak, jak ich traktują na co dzień, jak szmatę. Ci ludzie mieli gangrenę, nikt nam nie pomógł.

Jak sobie radzą z gangreną na wysypisku?

Wypijają pół litra, biorą łopatę i odcinają zmartwiałe palce.

Często tam płakałaś?

Były takie dni, gdy ktoś prosił o pomoc, bo umierał albo umierało jakieś dziecko. Dzwoniłam do klasztorów, organizacji charytatywnych, szpitali, szpitali pod wezwaniem i nigdzie nie było miejsca. Pod koniec takiego dnia krzyczałam do słuchawki z bezsilności. A potem płakałam.

Były też takie dni, w których udało mi się namówić bezdomnego malucha na pobyt w domu dziecka. A nie jest to prosta sprawa. Mówimy o dzieciakach, które żyją na ulicy, piją, ćpają i mają przed sobą śmierć. Czasami, po długich negocjacjach, któreś z nich się zgadzało. Później okazywało się, że nie ma miejsca w domu dziecka, bo jest 50 łóżek przewidzianych przez system i nikt nie postawi 51. łóżka. Wtedy też płakałam. I gdy stykałam się z organizacjami niosącymi pomoc, ludźmi pracującymi w białych kołnierzykach, których nigdy nie było tam, gdzie żyją i umierają ci, którym pomagają.

Jak sobie radzisz z bezsilnością?

Smucę się. Jechałam kiedyś w Rosji metrem, wsiadła kobieta, która bardzo płakała. Zobaczyłam w niej skrajność rozpaczy. Przeszłam przez wagon, przytuliłam ją z całych sił. Płakała mi w ramię, wyszeptała, że jej mąż właśnie zginął w wypadku. Byłam z nią przez chwilę. Musiałam wysiadać. Czasami nic innego nie można zrobić oprócz przytulenia. To jakiś sposób na radzenie sobie.

Innym razem pomagałam dzieciakom z ulicy, prowadziłam dla nich lekcje. Był tam taki cynik, sabotował wszystko, co robiłam. Odpuściłam z poczuciem, że to, co robię, nie ma sensu. Po latach dostałam on niego list. „Jestem w więzieniu – pisał – mam AIDS i wszystkie towarzyszące wirusowi choroby, nie wiem, czy kiedykolwiek stąd wyjdę. Żałuję, że cię nie słuchałem, i chcę ci za wszystko podziękować”. Nie udało mi się mu pomóc, ale może serce mu drgnęło?

A kiedy twoje serce najbardziej drży?

Przy dzieciach, których nikt nie chce. Przy dorosłych bezdomnych też. Przecież ci ludzie pragną, kochają i marzą tak jak my. Moroz, gdy pisał list do rodziny, która go oszukała i zabrała mu mieszkanie, nie prosił o pieniądze czy dach nad głową. Prosił, by napisali do niego, prosił o pomoc duchową. W miejscu, w którym się tego nie spodziewałam, dostałam wielki ładunek życzliwości, akceptacji, przyjaźni. I prawdy. Oni nie mają czasu na gierki, szybko umierają, o świecie mówią uczciwie, prosto między oczy. Potrafią śmiać się pomimo swoich tragedii. Gdy okażesz im serce, gotowi są stać przy tobie murem. Nie apoteozuję, gdyby zostali wpuszczeni w społeczeństwo, pewnie część z nich zachowywałaby się jak my. To doświadczenie ekstremalnego cierpienia hartuje, uczy wytrwałości, lojalności, czasami uczy wyrozumiałości.

Kilka kilometrów dalej żyjemy sobie my, w domach, blokach, na strzeżonych osiedlach. W Polsce marnuje się rocznie około 9 mln ton żywności.

Wszystkiego nie zmienię. Biorę swój kawałek świata i próbuję dokonać zmiany. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za otaczającą nas rzeczywistość. Jesteśmy odpowiedzialni za pogardę wobec bezdomnych, za brak empatii, wyobraźni. Znam bezdomnego chłopaka, który teraz studiuje na uniwersytecie. Pomogła wyciągnięta ręka, czyjaś wiara w niego.

Niektórzy reporterzy, dokumentaliści, powtarzają maksymę o konieczności zachowania obiektywizmu, o nieangażowaniu się. Ty jeździłaś do swoich bohaterów z żywnością, lekami, ubraniami.

Obiektywizm nie istnieje, nawet wśród najlepszych reporterów. Zbliżenie się do człowieka pogłębia zrozumienie. A pomaganie zbliża.

Susan Sontag pisała, że być może jedynymi ludźmi, którzy mają prawo podglądać cierpienie, są ci, którzy mogą bezpośrednio pomóc.

Widziałam niedawno w BBC niesamowity reportaż Lyse Doucet o syryjskich uchodźcach. Być może ona nie rozdawała jedzenia, ale stworzyła silny przekaz, to też forma pomocy. Dokumentowanie cierpienia, śmierci, zwłok związane jest z wieloma moralnymi wyzwaniami.

Fotoreporter Kevin Carter czekał w Sudanie, aż sęp rozłoży skrzydła nad umierającą z głodu dziewczynką. Przed samobójczą śmiercią napisał: „Prześladują mnie żywe obrazy zabitych i cierpiących, widok ciał, egzekucji, rannych dzieci”. Co ciebie prześladuje?

Zatrzymam się jeszcze przy Carterze zlinczowanym za to, jak zrobił to zdjęcie. A przecież dzięki jego pracy wiele osób dowiedziało się o problemach Sudanu.

Jako reporterka widzę dużo cierpienia. Zostają we mnie obrazy, ale mnie nie prześladują. Działam tak, by to, czym się zajmuję, zostało dobrze użyte. Wiem, że zrobiłam wszystko, co mogłam, więc zasypiam ze spokojem. A nie uratowałam każdego, bo nie miałam środków, możliwości, czasami sił. Muszę dbać o to, by mieć swoje życie.

Masz je?

Kawałeczek.

A mieszkanie, dom?

Nie mam. W Warszawie mam 12-metrowy pokój do pracy. Za wszystko płaci się cenę.

Jaka jest twoja?

Może ten brak domu, własnej rodziny.

Samotność?

Momenty, dotyki samotności. Dzięki wolności mogę pracować w sposób, który lubię, czyli z pełnym zaangażowaniem, bez kompromisów. Gdybym miała dzieci, musiałabym żyć inaczej, wziąć za nie odpowiedzialność.

Trochę tych dzieci masz.

Ale to są dzieci nie do końca zobowiązujące, nie jesteśmy w stałym kontakcie. Gdy kończy się pomaganie, mogę iść dalej.

Lubisz ryzyko?

Tak, adrenalinę. I skrajności też. Stąpanie po krawędzi przesuwa granicę odczuwania, zmniejsza strach. Etap, w którym chodzenie po linie nad przepaścią był mi potrzebny, mam już za sobą. Śmierć przestała mnie fascynować, traktuję ją jako naturalną zmianę jednej realności na drugą. W szkole teatralnej zajmowałam się Dostojewskim, wtedy pojawiły się te wielkie pytania: o sens, o to, skąd i dokąd zmierzamy. Sporo podróżuję samolotami, podczas turbulencji zawsze myślę o śmierci, ale to nie jest fascynacja śmiercią, ale tym, że lęk można pokonać.

Czego się boisz?

Bólu, ale generalnie mało się boję. Strach bywa pomocny, ostrzega. Lubię z nim stawać twarzą w twarz.

Podczas pracy nad filmem kilka razy groziła ci śmierć.

Cały film powstawał nielegalnie. Już samo wejście na wysypisko było niebezpieczne. Wdrapywałam się po grząskim terenie sto metrów pod górę, stromymi zboczami. Jesienią i wiosną – błoto po kolana, zimą – śnieg i lód. Goniła mnie sfora psów. Mama głównej bohaterki Tania nie zdążyła, do dzisiaj ma blizny na całym ciele. Prawie przejechała mnie ciężarówka. Ktoś mnie szarpał, chciał pobić. Ścigała mnie milicja, zabrali i skasowali nagrany materiał. Ale nie byłam tam, by tego doświadczać, szukanie śmierci, która i tak przyjdzie, nie ma sensu. Śmiertelność dotknęła mnie bardziej podczas montowania materiału niż na wysypisku.

nadejda hbo
Kadr z filmu „Nadejdą lepsze czasy” Hanny Polak, fot. HBO

Opowiesz?

To były miesiące z samą sobą. Mówi się o czymś takim jak potencjalny czas życia, myślę, że mój skróciłam o kilka lat. Rozchorowałam się, wewnętrzny zegar przestał działać, straciłam kontrolę nad własnym ciałem. Najpierw lata zbierania materiału, potem digitalizacja, bitwa o każdy milimetr filmu. Gdy pojawiły się terminy i ogromna presja, czasami spałam dziesięć minut na dobę, czasami dwie godziny. Kładłam się na krzesłach, na podłodze albo na klawiaturze w montażowni przykryta płaszczem. Później z montażystą Marcinem Kotem Bastkowskim pracowaliśmy we dwójkę.

Jak z 400 godzin materiału wybiera się półtorej godziny stanowiące film?

Najpierw trzeba wszystko przejrzeć, to trwa dwa, trzy miesiące. Potem ułożyć strukturę. Po chwili przychodzą inne pomysły i montaż zaczyna się od nowa. Metodą poradzenia sobie z tym natłokiem materiału i zadań jest potworna praca. Miesiące wypełnione pracą, bez czasu dla innych, siebie.

Było warto?

Pytanie, czy można było inaczej. Myślę, że nie. W montażowni wspieraliśmy się, słuchając muzyki Alexandre’a Desplata, eleganckiej i pięknej, bo tylko ona pasowała do tych ludzi.

Co opowiedziałaś o sobie poprzez film?

Wszystko, co robię, jest realizacją pewnej wizji miłości. W „Nadejdą lepsze czasy” sporo jest mojej zdolności kochania, tęsknoty za drugim człowiekiem, bezkompromisowości. Musiał się tam pojawić również element ryzyka, czyli to, ile można poświęcić dla tego, kogo kochamy, ile jesteśmy w stanie dać, dokąd dojść.

Czym jest twoja bezkompromisowość?

Robię wszystko, by dotrzeć do sedna. Bezkompromisowość pomaga dostrzec w ludziach nas samych i nasze pragnienia. Chcąc opowiedzieć uczciwie o innych, trzeba zajrzeć głęboko w siebie. Dzięki temu łatwiej zrozumieć, co ma być ważne w danej scenie. Często oglądam filmy i widzę, że ich twórcy nie wykonali pracy domowej, zrobili byle jaki montaż, spłycili historię. Głębia i lenistwo są w każdym z nas, od podjętego wysiłku zależy, po której stronie wylądujemy.

Co zrobiłaś, by kamera nie była intruzem, ale dała szansę opowiedzenia własnej historii?

Sama nie byłam intruzem, lubiłam swoich bohaterów. Nie zarzucałam im, że piją. Nie prawiłam morałów, nie radziłam, by wzięli się do pracy, bo rozumiałam, że dla wielu z nich to nie jest możliwe. Oni jak i my chcą być akceptowani przez społeczeństwo. Przyjeżdżałam tam jako reprezentantka tego społeczeństwa.

Powiedziałaś, że „Nadejdą lepsze czasy” to nowoczesna bajka. O kim?

O Kopciuszku, który nie czeka na wróżkę, nie czeka na pantofelki, suknię i karetę, tylko sama się ubiera, sama urządza sobie bal. Tak zrobiła Julka. Rosła w brudzie i syfie, a potem sprzątała brudy i syfy tego świata. Wielu z nas czeka, aż coś magicznie odmieni nam życie. Julka nie czekała, zrozumiała, że magiczną różdżką jest jej własna decyzja.

Film ma dla ciebie szczęśliwe zakończenie?

Otwarte. Nie hollywoodzkie, chociaż może trochę? Zwykłe życie jest przecież czymś niesamowitym. Julka marzyła o tej zwyczajności.

I o tym, by zimą nie myć włosów w lodowatej wodzie z jeziora.

Tak. Julka nigdy nie miała pidżamy, w którą mogłaby się przebrać do snu. Przeciwnie, na ciuchy, w których chodziła za dnia, wkładała wieczorem kolejne, by nie zamarznąć. Chciałam, by ludzie, oglądając jej historię, musieli przedzierać się przez śmieci, brodząc w nich po pas. By nie był to łatwy i ładny obrazek, dopowiedziany. Wolę narrację obdartą, taką, która na półtorej godziny pozwala ugrzęznąć w świecie, w którym jego bohaterowie tkwią kilkanaście lat.

Zostało ze mną zdanie, które Julka wypowiada jako nastolatka: „W moim życiu nie było żadnych historii”. Czego się od niej nauczyłaś?

Cały czas się od niej uczę. Pytanie, na ile korzystam z tych lekcji. Julka powtarza, że nie wolno rezygnować, poddawać się. Tyle razy przeglądałam materiały, że głos Julki zamieszkał we mnie na dobre. Również te nieprzyzwoite kawałki.

Cytat poproszę.

O dziadku, który nie przyjął jej do domu, gdy była w ciąży, który bił ją, mówiła, że jebie mózg. Gdy Julka się z kimś nie zgadza, tak właśnie mówi. A potem, gdy sama pracuję przy komputerze i dostaję e-maila z pretensjami, to zanim się zdenerwuję, myślę, że oto właśnie ktoś jebie mi mózg. Ale już wiem, że nie muszę w to wchodzić. Prostota Julki trafia w sedno.

A dla ciebie co jest sednem?

Chcę robić to, co jest ważne dla mnie i dla innych. Czasami udaje mi się spojrzeć na życie jak na maleńki wycinek wieczności. Z tej perspektywy nie ma sensu lamentować nad trudnymi dniami czy nawet latami życia. Najbardziej interesuje mnie prawda, idę w jej kierunku.
Hanna Polak – (ur. 1967) – reżyserka, producentka, reporterka. W 2003 r. otrzymała nagrodę dla najlepszego producenta filmów dokumentalnych i krótkometrażowych filmów fabularnych w Polsce za film „Dworcowa ballada”. W 2004 r. zakończyła pracę nad „Dziećmi z Leningradzkiego”. Film otrzymał m.in. nominację do Oscara, Nagrodę IDA oraz Nagrodę Gracie Allen. Działa na rzecz dzieci bezdomnych na całym świecie. Założyła fundację Active Child Aid i współpracuje z UNICEF

 

Wywiad został opublikowany w magazynie Wysokie Obcasy, Gazeta Wyborcza 29.11.2015. Robert Rient

Nadejdą lepsze czasy. Zwiastun.