John Porter

Czuję się osaczony, nie można do mnie dotrzeć, uciekam od sytuacji, mówię, że to koniec i idę. Nie wiem gdzie – mówi John Porter, piosenkarz.

 

Czym jest „Honey Trap”?
Zwrot pochodzi z Chin. Kilka lat temu wybuchł tam skandal. Skorumpowani biznesmeni korzystali z usług pięknych, młodych kobiet by wykradać tajemnice, podpisywać nielegalne kontrakty, nazywało się to erotyczną pułapką, właśnie „honey Trap”. Taka żywa przynęta, przy pomocy której szantażowano wielu ludzi. Metaforycznie spodobało mi się to określenie, działa na wyobraźnię, nie tylko seksualnie. Mamy słabość do różnych pokus.

A co jest twoją pokusą?
Nie powiem ci.

Trochę się odsłaniasz na swojej nowej płycie.
Pierwsza miłość zawsze będzie żyła w podświadomości.

Eleena?
Tak, Eleena Wong wraca do mnie przez całe życie.

Nie chcesz jej odnaleźć?
Spróbuj znaleźć kogoś kto ma na nazwisko Wong! Szukałem w sieci, wiem że wyszła za mąż i nic więcej. Rozdzielili nas jej rodzice, wpływowi ludzie, bardzo bogaci. Ja miałem dziewiętnaście lat i byłem absolutnie zakochany. Byliśmy razem dwa lata, to był związek doskonały, chociaż z pewnością bardzo go idealizuję.

Powiedziałeś kiedyś, że dała ci oprawę romantyczną na całe życie.
Coś w tym jest, wraz z nią zakodowało się we mnie coś, jakaś siła, która nie chce umrzeć.

Nie wyglądasz mi na romantyka.
Staram się, uwierz. Chociaż z kwiatkami i świecami mi nie wychodzi. Nie jestem romantyczny w standardowy sposób. Jakiś czas temu poszedłem jednak do kwiaciarni, kupiłem w moim poczuciu piękny bukiet, potem się dowiedziałem, że idealnie nadaje się na pogrzeb. Jakiś sens w tym chyba był? Mój romantyzm polega na ugotowaniu dobrej kolacji.

john

 

Słowo „darkness” pojawia się w prawie każdym utworze na nowej płycie? Co to za czas w twoim życiu?
Ciemność towarzyszy mi od zawsze, ale ten najciemniejszy czas już chyba minął. I pewnie jest tak, że ciemność góruje. Ale ona jest przydatna do tworzenia, pisania, grania muzyki i odczuwania życia, jako takiego. Chodzi o to by nie dać się jej absolutnie, nie dać się pogrążyć.

I nie pogrąża cię?
Przychodzą ciemne dni, nie chcę wtedy widzieć się ze światem. Z nikim. Czasami czuję jakbym wisiał między światami. Murakami o tym często pisze, że ciężko znaleźć granicę między jasnym a ciemnym. I ja nie umiem, czasami jestem pośrodku.

„I only know there’s a hole in my soul”
W tym utworze chciałem być szczery ze sobą. Można znać swoje mocne strony, ale dobrze je ignorować, skupić się na tym co nierozwiązane.

Jesteś smutny?
Powiedziałbym, że jestem stonowany. Bardzo lubię brytyjskie poczucie humoru. Szybki, bystry dowcip, no ale z pewnością nie jestem typem radosnego człowieka. Staram się nie dołować ludzi obok siebie, ale wiem, że bywam odbierany jako ciężki. Nie zależy mi jednak by przez jakieś tandetne czy medialne ruchy szukać akceptacji. Brzmi okropnie?

A dla siebie masz akceptacje?
Może nie tak, żeby od razu siebie kochać, ale nie zabijam ludzi na ulicach. Powoli zaczyna mi być wygodnie w swojej skórze, chociaż pewnie niewiele osób by się z tym zgodziło. Mam już 64 lata i przestaje mi tak bardzo zależeć, ale lubię z minionych sytuacji budować nowe historie.

Co to znaczy?
Rozstałem się z pewną kobietą, jakiś dworzec, samotny powrót do domu. I nic, pustka. Można w tym opaść, zatracić się w samotności albo stworzyć coś nowego, jakiś dobry kawałek do śpiewania. Długo mówili na mnie dzikus, ale nie jestem socjopatą, chyba. Smutek, tajemnica, to są podniecające sprawy. Chodzi o to by nie dać emocjom rządzić, ale wyciągnąć z nich coś, stworzyć na bazie tych przeżyć utwór. Czasami zresztą okazuje się, że ta atrakcyjna tajemniczość niczego za sobą nie kryje.

Twoja płyta jest bardzo spójna, od początku do końca snujesz smutne opowieści.
Ja bym powiedział refleksyjne. To nie jest rozpacz i bezruch, nie chcę się przecież zabić. To dla mnie konkretne opowieści o momentach, stanach, których doświadczam. Kolejność utworów układałem świadomie. A z tym smutkiem to jest tak, że on był chyba od początku.

To o początkach chwilę porozmawiajmy. Miałeś sześć lat, zaćmę i rodzice oddali cię do  internatu oddalonego od domu o kilkaset mil.
Wracałem do domu na wakacje szkolne, chociaż raz zapomnieli mnie odebrać. Pieprzy mi głowę ten czas. Widzę czasami jak moje obecne zachowanie ma źródło w tamtym czasie, że zachowuję się jak ten sześciolatek.

Czyli jak?
Czuję się osaczony, nie można do mnie dotrzeć, uciekam od sytuacji, mówię, że to koniec i idę. Nie wiem gdzie. Tam, w internacie nie miałem prywatności, swojej przestrzeni, inaczej niż w domu, gdzie był kawałek świata, tylko mój kawałek. Dlatego tak uwielbiam samotność, bardzo ją doceniam. W szkole cały czas się buntowałem, miałem serdecznie dosyć ludzi, uciekałem od nich. Do dzisiaj męczy mnie tłum, większa liczba osób w pokoju, inaczej mam tylko podczas koncertów, chociaż wolę by nie było znajomych na widowni. W sumie nie wiem jak to jest mieć życie rodzinne, nigdy się nie nauczyłem tak zwanej rodzinności. Szukam swojego miejsca.

Myślisz, że możliwe jest znaleźć takie miejsce?
W krwi, i kościach, w świadomości.

Praktykujesz nadal Zen?
Już nie. Blisko mi do buddyjskiej ideologii, ale przestałem potrzebować medytacji, tych wszystkich odosobnień, chociaż to było bardzo dobre. W pewnym momencie po prostu poczułem, że czas zabrać się do pracy, przestać oddalać się.

Od czego?
Od życia, a ostatecznie od siebie. Chociaż cenię bardzo ten okres, bo on powiększył moją świadomość, zrozumienie przeszłości. Wschód jest mi wciąż bliższy od zachodu. Moje życie to gorąco, zimno, góra, dół i tak na przemian.

Cały czas?
Tak, ale nie jestem histeryczny. Przestałem to kontrolować, bo nie umiem. Mogę to tylko obserwować.

Studiowałeś politologię, a potem wyjechałeś stopem do Berlina zachodniego, gdzie sprzedawałeś warzywa. Co jeszcze tam robiłeś?
Zakochałem się parę razy. Sprzątałem ulice, pracowałem w szpitalu jako sanitariusz, kopałem doły. Grałem też w jakiś klubach. Z kumplami z Londynu mieliśmy taką zabawę, kto pierwszy dostanie się stopem do Berlina. Doba zazwyczaj wystarczała. Lata 70. w Berlinie to był ciekawy okres, miasto kosmopolityczne, różni kolorowi ludzie, rozrastające się komuny, życie studenckie pulsowało. Poza tym kwitło życie polityczne, tylko inaczej niż teraz, ludzie wierzyli, że polityka ma sens i można nią zmienić świat. Trafiłem do pewnej komuny, niby hipisi, ale w mieszkaniu idealny porządek, czysto, regularne posiłki, wszystko działało jak w wojsku. W jednym pokoju ogromna kolekcja płyt, okazało się, że wszystkie ukradli. Nie rozumiałem co to za system, w którym kradnie się płyty. Planowali jakiś zamach, uciekłem, tym bardziej że wszyscy spali w jednym pokoju, orgia.

Z Berlina trafiłeś do Polski, Zembaty, Kuroń, Braunek, ciekawe towarzystwo.
Tak zwana bohema, to była końcówka opozycji, magiczne czasy. Ci ludzie mnie przyjęli, to były inspirujące spotkania. Cały czas pamiętałem, jak to w internacie za pokazanie kawałka swojej osobowości dostawało się cięgi. Dosłownie. Kije grubości bambusa, moczone w wodzie,  dostosowane do przewinienia. Gnojenie ludzi, żeby im coś udowodnić, pokazać, zmienić. Tak samo w Polsce wyglądał komunizm, taki ciężki Monty Python. Wszyscy wiedzieli, że głupio trzymać jedną linię, ale prawie wszyscy stali równo w szeregu. Idiotyzm. Pewnie stąd te podróże przez różne światy, w poszukiwaniu wolności, przestrzeni.

W stanie wojennym cenzura zatrzymała Twoją płytę „Mobilization”.
Przeczekała dwa lata, w końcu się pojawiła. To był stan wojenny, tytuł nie był miły dla władzy. Myślę, że Polacy cały czas trochę żyją w komunistycznej mentalności. Lubię bardzo u Was, że zamiast sztucznej obłudy i przyklejonego uśmiechu jest zazwyczaj szczere, bezpośrednio. Ale to co się dzieje na scenie politycznej to koszmar. Komunistyczne nawyki dotyczą przekonania, że białą kopertą wszystko można załatwić. W Anglii nie dyskutuje się z policjantem, w Polsce każdy ma rację, każdy jest prawnikiem, władzą.

Podobno kierowcy ci bardzo przeszkadzają.
Sam nie prowadzę, może dlatego jeszcze żyję. Kierowcy szarżują. W pewnym brytyjskim przewodniku o Polsce jest napisane by w miarę możliwości unikać prowadzenia auta. Bardzo dużo chodzę, widzę obowiązującą hierarchię. Kierowca jest panem, potem jest rowerzysta, pieszy na końcu. Zdarza mi się, że idąc pasami ktoś na mnie trąbi. Początkowo to był dla mnie szok, teraz mnie to tylko wkurza. Ktoś musi być górą, coś udowadniać.

Mieszkasz tu trzydzieści lat, nie chciałeś nigdy wyjechać?
Wybrałem trochę szary i smutny kraj do mieszkania, bo sam jestem smutasem, pasuję tutaj.

Płyta kończy się utworem „Something New”, zaskakującym.  
Bo po tych wcześniejszych utworach okazuje się, że wcale nie szykuję się do grobu?

Tak. Chciałbyś się jeszcze zakochać?
Nie wiem. Ci co mówią, że nie, potem najbardziej kochają. Nie jest tak, że chcę się zakochać, bo mam serdecznie dość tego uczucia, tych wzlotów, koszmarnych upadków. Ale nie wiem co będzie. Czasami jest tak, że w życiu nic się nie dzieje, zastój. Wtedy pojawia się chęć by zakochać się w życiu, w czymś, niekoniecznie w człowieku. Moja siostrzenica przeprowadziła się niedawno do Pekinu, zaczęła pracować w szkole, przewróciła swoje życie do góry nogami. Wszystko jest możliwe.

Planujesz jakąś rewolucję?
Nie, dość rewolucji, po prostu niczego nie wykluczam.

Czego byś chciał jeszcze od życia?
Chętnie bym pomieszkał przez rok w Chinach. Mój najmłodszy syn studiuje tam chiński język, to ciekawe, bo niejako on przeżywa moją fantazję, robi to co ja chciałem.

Myślisz, że pierwsza miłość jest nie do przebicia?
Każda inna przechodzi przez ten pierwszy pryzmat. I nie ma w tym braku szacunku czy miłości do partnera. Tę pierwszą się idealizuje, chociaż mój pierwszy związek naprawdę był idealny. Byłem wtedy hipisem, ona damą z wyższych sfer. Zabrali ją do Hongkongu i kontakt się urwał, na zawsze. Może przeczyta wywiad i mnie znajdzie?

Możliwe. Wyobrażasz sobie samotne życie?
Wszystko sobie wyobrażam, ale nie wiem czy mówienie o tym co sobie wyobrażam to jest dobry pomysł. Potem kolorowe gazety zbudują wokół tych zdań swoje historie. W życiu tak jest, że wiele rzeczy się nam wydaje. Przecież wszytko może się zdarzyć.

Myślisz o śmierci?
To najbardziej realna rzecz przede mną.

I co myślisz o śmierci?
Że to może być bardzo ciekawe doświadczenie. Z pewnością to przykre opuszczać bliskich, ale jednak dla nich to większy trud. Myślę, że to wielka przygoda. Coraz więcej śmierci wokół mnie, przyglądam się tym, którzy odchodzą i myślę sobie wtedy, że ja też tak mogę.

Uśmiechasz się gdy to mówisz.
Ten uśmiech to taki pancerz, ale z drugiej strony wolę się ciekawić śmiercią niż jej bać. Staram się być spokojny, chociaż nie jestem w tym doskonałym. Może będę w samolocie, który spada do wody i będę darł się w przerażeniu.

W co wierzysz?
Że wiele rzeczy istnieje, a ja ich nie widzę, że słabo znam świat. I chcę więcej.

John Porter (ur. 15 sierpnia 1950)  – walijski muzyk, kompozytor i tekściarz. Właśnie pojawiła się jego najnowsza płyta „Honey Trap”.

 

Wywiad został opublikowany w magazynie Wprost (41/2014), „Żywa przynęta”, Robert Rient