Karolina Kirsz

Patrzę ze zdziwieniem jak sporo rodaków pozwala robić z siebie idiotów, nabiera się na kreskówkę o terrorystach, łącząc ich z milionami ludzi, którzy uciekli z krajów ogarniętych wojną czy biedą. Obawiam się, że nie ma na tyle głupiej propagandy byśmy w nią nie uwierzyli, dlatego napisałam i wyreżyserowałam spektakl „One same”.

 

Czym w Polsce różni się reżyserka od reżysera?
Znam męsko myślące reżyserki i reżyserów o kobiecej wyobraźni. Przynależność płciowa nie zawsze jest widoczna we wrażliwości, z którą reżyserki i reżyserzy budują spektakl. Kiedyś dysproporcja dotyczyła ilości, reżyserów i studentów reżyserii było znacznie więcej. Teraz to się zatarło. W kwietniu zmarł profesor Jan Kulczyński, od kilkudziesięciu lat wykładał na Akademii Teatralnej. Powiedział mi kiedyś, że nigdy nie był za tym by przyjmować kobiety na studia, bo reżyseria to zawód dla mężczyzny Ale w pewnym momencie zauważył, że kobiety są lepiej przygotowane do egzaminów. Co więc mieliśmy zrobić – powiedział – zaczęliśmy przyjmować lepszych.

A płace?
Tutaj faktycznie są różnice. Zdarzało się, że moi koledzy z podobnym dorobkiem zawodowym, dostawali lepsze stawki. Ale może oni lepiej negocjują?

Twój najnowszy spektakl napisałaś i wyreżyserowałaś tylko dla aktorek, dlaczego?
Co więcej, za scenografię, kostiumy i światła odpowiadają też kobiety. Gołda Tencer, dyrektorka Teatru Żydowskiego powiedziała, że ma dobre aktorki, które nie grają i zaproponowała współpracę. Padła nazwa pewnej sztuki, która mnie nie interesowała. Po pół roku wróciłyśmy do rozmowy. Miałam już w głowie kołtuny myśli, czytałam biografie silnych kobiet, uzbierało się kilka pytań, na które szukałam odpowiedzi. Stwierdziłam że napiszę sztukę opartą na życiorysach silnych Żydówek. Gołda podrzuciła mi książkę Andrzeja Krakowskiego „Pollywood. Uciekinierzy w raju”, z której do spektaklu „One same” zabrałam dwie skandalistki: Annę Held i Sophie Tucker.

onesameproj.magdalenakuc

One same, Teatr Żydowski, plakat Magda Kuc.

 

Poza nimi na scenie pojawia się bizneswomen Helena Rubinstein, gorszycielka Irena Krzywicka i księżna nazistów Stephanie von Hohenlohe.
W Teatrze Żydowskim odbywa się właśnie solidne wietrzenie. Po kilkudziesięciu latach zamknięcia i wyhodowania specyficznych rozwiązań teatralnych, które były obecne chyba tylko tam, Gołda postanowiła zrobić nowe otwarcie, zaryzykować. Zaprosiła do współpracy m.in. Maję Kleczewską, Piotra Cieplaka, Michała Zadarę, Pawła Pasztę, Annę Smolar. Podstawowy zarzut do Żydowskiego mówił o tym, że stał się cepelią, pielęgnował tradycję, będącą głównym, a w końcu jedynym kryterium jakości sztuki.

Co jest złego w tradycji?
Nic, to kult tradycji jest zły. Kiedy jest martwa i zamiast budować czy ogrzewać, żąda ofiar, zaczyna się niebezpieczny proces. Wtedy tradycja służy do tego by szantażować, albo złamać kark temu kto jest inny w kulturze, społeczeństwie.

W spektaklu pojawiają się kobiety, które przed tradycją uciekają.
To jeden z powodów dla których powstały „One same”. Moje bohaterki uciekają od tych elementów tradycji, które ograniczają, niszczą, zmuszają do poświęcenia siebie. Teatr nie powinien być tylko nieszkodliwą igraszką, jego rolą jest zadawanie pytań.

Jakie pytania chciałaś zadać?
Przede wszystkim o wewnętrzną wolność i cenę, którą trzeba za nią zapłacić.

„Proszę jedynie o te same przywileje którymi cieszy się w tym kraju każda jednostka wolna od winy.”
To słowa księżnej Stephanie von Hohenlohe. Przytoczyłeś fragment listu, który wysłała do prezydenta Roosevelta, gdy groziła jej deportacja z USA za propagowanie nazizmu i klecenie siatki szpiegowskiej. Miała ogromny tupet, zamiast uciec z podkulonym ogonem, szła w zaparte.

Wcześniej Hitler własnoręcznie przypiął do jej piersi złotą odznakę NSDAP.
Rozumiem, że można mieć stosunek kontestujący do własnej tradycji, ale Stephanie prezentowała skrajną postawę. Żydówka, która propaguje nazizm, cóż za absurd. Gdyby taka postać nie istniała trzeba by ją wymyślić.

„To bardziej niebezpieczny szpieg niż tysiąc mężczyzn” – powiedział o niej Roosevelt.
Przebiegła postać, żyjąca bez skrupułów. Jej historia nie ma morału, nie spotyka jej zasłużona kara. Dostaje tytuł najlepiej ubranej kobiety Ameryki, przyjaźni się z prezydentem Nixonem, Kennedym i kilkoma innymi. Gdy fetowała ją nowojorska socjeta, jeden z amerykańskich żurnalistów ironizował, że jak tak dalej pójdzie to towarzystwo wyda przyjęcie na cześć Ribbentropa. Ci sami, którym ona zaciskała sznur na szyi, spotykają się z nią, budują jej pozycję. Zbrodnia bez kary. Księżna umiera uginając się pod naporem honorów.

To prawda, że na nagrobku podano inną datę urodzin, by ją odmłodzić?
Tak, odjęto czternaście lat, nawet to jej się udało.

Drugą bohaterką spektaklu jest Sophie Tucker – świetnie zagrana przez Ewę Greś – żydowska piosenkarka, którą przebierano za Murzynkę.
Od samego początku Sophie starała się być prawdziwa, chciała śpiewać o tym co czuje, swoim głosem, swoimi słowami. A w pewnym momencie pomalowano ją na czarno i udawała murzyńską wokalistkę. Pochodziła z ortodoksyjnej enklawy żydowskiej w Connecticut. Nie było tam miejsca dla kobiet, które porzucają męża i zostawiają dziecko swoim rodzicom. Zrobiła to dla kariery w Nowym Jorku. O takich mówiło się nafka – ladacznica, albo szlimazel – oferma. Wyrzekła się swojego dziedzictwa, a później jeszcze przebrała za Murzynkę. Dla reżyserki to postać idealna, sprzeczna, znowu absurdalna. Jej agent wymyślił, że tak mocny głos bardziej pasuje do czarnoskórej. W początkach XX wieku w Nowym Jorku śpiewające Murzynki były w modzie.

Jak długo występowała w przebraniu?
Dwa lata. Na tym przekręcie zarabiała pierwsze poważne pieniądze. W końcu powiedziała dość. Pewnego dnia nie przyjechał kufer z rekwizytami. Mogła symulować chorobę, odwołać koncert, co pewnie jeszcze by podkręciło apetyt publiczności. Sophie wyszła na scenę, przedstawiła się i zaśpiewała. Wiedziała, że swoim coming-outem ryzykuje karierę. Zmarła w 1966 roku w Nowym Jorku, jako ceniona, uznana artystka.

Wcześniej wykonała utwór „Sophie Tucker dla prezydenta” będący feministycznym manifestem.
Utwór poświęciła Harremu Trumanowi, który w 1945 został prezydentem USA. Na początku wyznała, że nigdy nie chciała zajmować się polityką, ale jej kraj właśnie teraz potrzebuje Sophie Tucker. Zrobiła nawet przypinki do klap marynarki ze swoją twarzą, na wzór oryginalnych, stosowanych podczas kampanii Trumana. Jej happening potraktowano poważnie i sprawą zajęło się FBI. Podczas wojny, gdy mężczyźni byli na froncie, gospodarka musiała hulać. Kobiety pracowały. Wojna się skończyła, mężczyźni wrócili do pracy, kobiety zagoniono z powrotem do domów. Rządzący wpadli na pomysł, że zrobią to sprytnie, wyrównają płace kobiet i mężczyzn. Wiedzieli, że w szowinistycznym środowisku, mężczyźni jako pierwsi znajdą zatrudnienie. Kobiety przestały być tańszym, opłacalnym pracownikiem. Tucker była wściekła, wygarnęła prezydentowi, że kobiety nie zadowolą się prasowaniem, gotowanie, pieleniem, sprzątaniem, pielęgnacją, zamiataniem, czekaniem. Pracując na siebie dostały wiatru w żagle, nie chciały porzucać niezależności. Nie zgadzały się na rolę sprzątających po męskiej wojnie.

W twoim spektaklu Tucker zajmuje miejsce Anny Held, również piosenkarki, urodzonej w Warszawie i żyjącej w Nowym Jorku. Gdy występowała na Broadwayu uznano ją za najpiękniejszą kobietę świata. Dlaczego uczyniłaś ją bohaterką przedstawienia?
Ujęło mnie w Annie to jak rządziła mediami. Jeśli dzisiaj myślimy, że mamy bardzo głupie tabloidy, to zachęcam do poczytania prasy końca XIX i początków XX wieku. Fascynująca lektura. Gdy zbliżała się na statku do Nowego Jorku, wyprzedzały ją nagłówki gazet: Bandyta grasował z nożem po pokładzie – schwytano go tylko dzięki przytomności umysłu Anny Held. Anna Held dała koncert na rzecz wdowy i sierot po nim. Tymczasem steward wpadł za burtę i utonął. Gdy spadła z roweru, gazety pisały: Anna Held doznała obrażeń zatrzymując znarowione konie powozu sędziego federalnego. Sama była źródłem tych wszystkich bzdur. Robiła też ustawki. Ale gdy jej mąż Florenz Zegfield zmusił ją do usunięcia dziecka, gdy zdradzał ją, gdy umierała na raka, na jej progu czekali fotoreporterzy. Zapłaciła cenę za te układy.

Zanim umarła pojechała na front wspierać żołnierzy.
To samo zrobiła Marlene Dietrich, ale Held była pierwsza. Gdy straciła dzieci, a jej kariera stanęła w martwym punkcie, nie poddała się, pojechała na front. Wydawać by się mogło, że to sprytna i pusta gwiazdka. Ale miała w sobie sporo siły by zrobić coś dla innych. Dzięki temu, na chwilę, porzuciła rolę ofiary propagandy sukcesu.

Przedostatnia bohaterka w twoim spektaklu to Helena Rubinstein, uznana za najbogatszą kobietę na świecie.
Co najważniejsze, wszystkie pieniądze zarobiła sama. Zaczęła od zera. Uznawana jest za tą, która „podarowała światu piękno”, za specjalistkę od kosmetyków, ale ona przede wszystkim znała się na zarabianiu pieniędzy. Ta ortodoksyjna Żydówka z Kazimierza urodziła się w biednej rodzinie, jako najstarsza z ośmiorga dzieci. W domu nie wiedziano jak sobie poradzić z krnąbrną Heleną i wysłano ją statkiem do krewnych w Australii. Dostała na drogę słoiczek kremu, od matki, która przyrządzała go domowym sposobem. Ktoś zapytał Helen o miksturę, w końcu zaczęła produkować i sprzedawać kosmetyki. Miała talent do interesów, odniosłaby sukces również w przemyśle ciężkim.

W 1928 roku sprzedała akcje swojej firmy w Ameryce za 7 milionów dolarów. Kilka miesięcy później, podczas krachu na giełdzie, odkupiła firmę za 1,5 miliona dolarów. W krótkim czasie zarobiła majątek.
Męski świat finansjery, ci wszyscy biznesmeni, maklerzy, prezesi, nie mogli jej tego darować. Przegrali z Żydówką i z kobietą. Miała też nosa do marketingu, jako pierwsza zrozumiała, że kobiety nie kupują kosmetyków, tylko wyobrażenie. Wiedziała, że reklamować produkt musi znana aktorka, a sprzeda więcej jeśli podniesie cenę. Bo kobiety chcą płacić za poczucie wyjątkowości, za prestiż. Nie pytała ile warty jest krem, dbała o piękne opakowania i wyceniała marzenia.

A gdy zatrzymywała się w hotelu wolała dzwonić z holu niż pokoju, bo było taniej. Potrafiła też wysłać sekretarkę, by kupiła jej pończochy z przeceny.
W spektaklu jest taka scena, gdy wyciąga kanapkę z torebki i ją zjada. Nie chciała przepłacać za lunch. Co ciekawe za torebkę potrafiła zapłacić fortunę. Nie oszczędzała na strojach, klejnotach, dziełach sztuki, na niczym co budowało wizerunek. Nie wydawała na to, co nie było widoczne. Ale najciekawsza jest jej podróż – z biednego Kazimierza pod Krakowem na sam szczyt. Musimy pamiętać, że świat ortodoksyjnych Żydów przed II wojną światową, to było państwo w państwie, odseparowane. Słynny Żyd i pisarz, mówiący w jidysz jakim był Singer i inny wybitny Żyd i pisarz, mówiący po polsku, jakim był Tuwim nigdy się nie spotkali. Z tego powodu, gdy przyszedł Holocaust, ortodoksyjni Żydzi byli jako pierwsi skazani na zagładę. Nie mieli kontaktów, miejsca do schronienia. Helena Rubinstein swoim życiem niejako mówiła: co z tego, że jestem Żydówką o wzroście 147 centymetrów, z zapadłej, cuchnącej kapustą dziury w Małopolsce. Świat należy do mnie.

Ostatnia, ale bardzo wyraźna w spektaklu jest Irena Krzywicka, feministka. Walczyła o sprawy wciąż aktualne, czyli świadome macierzyństwo i edukację seksualną.
Walczyła też o antykoncepcję. Pozornie wydaje się, że feminizm w tym obszarze wygrał, ale to bzdura. Zdarzyło mi się kiedyś trafić na dyżur do lekarza, który zastępował mojego, przebywającego na zwolnieniu i zostać wyrzuconą bez recepty na pigułki. W dodatku dowiedziałam się, że powinnam się modlić. Zestawienie Rubinstein z Krzywicką, która czuła się przede wszystkim Polką, pokazuje jak daleko od Żydówki do Żydówki. Gdy Hitler nakazał Żydom udać się do getta, Krzywicka zignorowała go, uznając że to nieporozumienie, żyła jakby nigdy nic. Oczywiście przypomnieli sobie o niej, ale była jedną z ostatnich jeśli nie ostatnią Żydówką żyjącą swobodnie pod Warszawą, gdy obok trwała Zagłada.

Mężatka i matka, która żyła w jawnym związku z Tadeuszemem Boyem-Żeleńskim, miłością jej życia.
Złośliwie mówiono, że weszła do literatury pod Boyem. Z mężem żyli w przyjacielskim, dobrym związku, pełnym wsparcia. Boy miał żonę, która również była świadoma jego związku z Krzywicką. O śmierci kochanka, pisarka dowiedziała się właśnie od jego żony. Alternatywne modele rodziny miały rację bytu od bardzo dawna. To nie jest współczesny, genderowy wytwór. Znam całą masę rodzin, które nie są nuklearne i świetnie sobie radzą. Znam równie dużo tradycyjnych rodzin, niezdrowych, nasączonych przemocą i patologią.

Co łączy te pięć kobiet?
Żadna z nich nie była ofiarą, samodzielnie kształtowały swoje życie. Zestawienie ich w jednej przestrzeni tworzy mozaikę zachowań, postaw wobec tradycji, związku, tożsamości i miłości.

„One same” to dosyć stateczny spektakl, pięć kobiet opowiada swoje historie, jedna przez drugą. Mało się tu dzieje. Nie zabawiasz widza.
I nie chcę tego. To co najważniejsze musi się wydarzyć w aktorze i umyśle odbiorcy. Teatr moim zdaniem nie ma służyć czarowaniu widza, zabawianiu go, tworzeniu świata iluzji.

Każda z twoich bohaterek pozostaje samotna w swoim świecie, nie boisz się, że to może znudzić widzów?
Nie. Samotność to przecież główna cena, którą każdy kto szuka wewnętrznej wolności musi zapłacić. Chciałam pokazać jak można być obok i nie słyszeć siebie nawzajem. Wiem, że wybrałam ryzykowną formę, ale głosy publiczności mnie uspokoiły. Wolę minimalizm od fikołków na scenie.

Co było twoją motywacją do stworzenia „One same”?
Przygnębia mnie, że żyję w kraju, w którym coraz częściej słyszę: jedna rasa, jedna religia, jeden model rodziny. Ludzie, którzy sprzedają nam ową ideologię, przekonują, że rzekomo w czasach naszych pradziadów i matek ludzie tak żyli, i było lepiej. Kłamią. Świat nie jest jednorodny, jednowyznaniowy i nigdy nie był. A kiedy zaczynał taki być to kończył jako totalitarny triumf fanatyków. Historia opowiada o wielości wzorców, z których można czerpać. Moi dziadkowie byli zesłani na Syberię, potem dziadek walczył u generała Maczka. I nagle używa się tych moich nieżyjących przodków, wbija na odrażający sztandar.

Co to za sztandar?
Pod wezwaniem nacjonalizmu, ksenofobii, fanatyzmu religijnego. Jak słyszę o tym, że kogoś dziwi, że uchodźcy mają iPhony, to myślę sobie co się stało z rozumem tych ludzi. Rozumiem, że jak u nas wybuchnie wojna to pierwsze co zrobimy to wyrzucimy własne iPhony. Inteligentni ludzie zastanawiają się dlaczego wśród uchodźców więcej jest mężczyzn. Przecież to oczywiste. Gdy zaczęło się straszenie uchodźcami, cały czas myślałam o rozwoju antysemityzmu w latach 30. Najpierw podsyca się nasze leki ekonomiczne – oni przyjdą i zabiorą ci pracę. Potem społeczne – oni przyjdą i zgwałcą ci żonę, córkę. W latach 30. ostrzegano przed żydowską prostytutką z tryprem. Mówiono, że Żydzi roznoszą tyfus. Niedawno kluczowy polityk naszego kraju mówił o pasożytach w organizmach uchodźców. Wygodnie jest głosić okropieństwa pod adresem innych, dopóki nie mają oni twarzy, bo mówimy o ideach. Księżna nazistów, Stephanie, podczas Zagłady Żydów straciła swoją ukochaną ciotkę Olgę. Zginęła w obozie koncentracyjnym w Teresinie w 1942 roku. Księżna sądziła, że rasa panów ma rządzić światem, sama siebie uważała za panią. Propagowała nazizm bez świadomości, że ofiary mają twarz. Przyszła wielka łapa i wrzuciła jej ukochaną, żydowską ciotkę do tego samego kotła, pod który księżna podkładała ogień. To zarazem śmieszne i tragiczne. Idea zawsze ma ciało. Ta dorosła kobieta nie zrozumiała tego, tak samo jak rzesza ludzi w Polsce. Jeśli się nie opamiętamy będzie naprawdę nieprzyjemnie.

Spektakl może pomóc w opamiętaniu?
Robię to co potrafię. Teatr nie ma masowego rażenia, nie oszukuję się, masowe rażenie ma Radio Maryja. Ktoś kiedyś powiedział, że aby zło się szerzyło, wystarczy by ludzie przyzwoici nie robili nic. Gdy czytam pełne lęków słowa o uchodźcach, widzę ich karykaturalny obraz, mam wrażenie, że oto Smok Wawelski zionął ogniem, siarką i zażądał siedmiu dziewic na pożarcie. Odbywa się bajkowe straszenie, ale ono jest groźne. Pamiętasz karykatury Żydów z lat 30.?

Tak.
Patrzę ze zdziwieniem jak sporo rodaków pozwala robić z siebie idiotów, nabiera się na kreskówkę o terrorystach, łącząc ich z milionami ludzi, którzy uciekli z krajów ogarniętych wojną czy biedą. Karykatury Żydów, które pozornie miały tylko wywołać rozbawienie, służyły poniżeniu, wzbudzaniu lęków i nienawiści. Obawiam się, że nie ma na tyle głupiej propagandy byśmy w nią nie uwierzyli. Granice cały czas są przesuwane. Bezmyślnie powtarzamy stereotypy, dlatego pomimo wysiłku trzeba zawalczyć o wolność, najlepiej zacząć od tej wewnętrznej. Tak jak robiły to moje bohaterki.

Czujesz się wolna?
Tak, ale nie pytaj mnie o cenę, na rachunki przyjdzie jeszcze czas.

Karolina-kirsz
Karolina Kirsz (ur 1981) – reżyserka i scenarzystka, ukończyła reżyserię i wiedzę o teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie i filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim. Autorka spektakli m.in. w Teatrze Studio, Teatrze Żydowskim, Teatrze WARSawy, Teatrze Powszechnym w Warszawie. W listopadzie premierę miały „Biesy” (spektakl dyplomowy studentów wrocławskiej PWST) i „One same” w Teatrze Żydowskim w Warszawie.