Katarzyna Nosowska

Niewiele miałam związków, w sumie cztery czy pięć i z wszystkich poza tym ostatnim uciekałam. Być może w ten właśnie sposób przejawiał się wpływ dzieciństwa. Odchodziłam po około 2 latach. Taki średnio satysfakcjonujący cykl, bo zawsze pragnęłam miłości na całe życie – mówi Katarzyna Nosowska, piosenkarka.

 

Chciałbym zacząć od nieśmiałości.
Ja jestem nieśmiałością

Jak to godzisz z wychodzeniem na scenę?
To przedziwny paradoks. Przełamywać siebie przez ponad dwadzieścia lat jest ciężko. A to się dokonuje za każdym razem. Nie miałam koncertu, który by mnie nie onieśmielał. Podobnie wywiady. Pozwoliłam losowi, żeby mnie postawił w sytuacji, w której będąc osobą szalenie nieśmiałą, podejmuję wyzwanie wychodzenia na scenę.

Jak to się stało, że zaczęłaś występować?
Przez przypadek. Koledzy z którymi w piwnicy odbyłam trzy próby mieli koncert, w szczecińskim klubie studenckim Pinokio. To był punkowy zespół, poszłam ich zobaczyć, a oni zaczęli mnie wywoływać z tłumu. Coś w środku powiedziało „dobra” i jakimś cudem zdobyłam się na ten akt odwagi. Wyszłam i zaśpiewałam, nie przygotowana do występu, coś krzycząc do mikrofonu. Bez treści, niby że po angielsku.

Jakie to było doświadczenie?
Stałam z zamkniętymi oczami, z torebką przerzuconą przez ramię. Po dwóch kawałkach natychmiast zeszłam ze sceny. Przerażona tym co zrobiłam nie czekałam na koniec koncertu, wsiadłam do autobusu i uciekłam do domu. Następnego dnia, gdy rano stałam na przystanku autobusowym, podszedł do mnie jakiś chłopak i zapytał czy to ja śpiewałam w Pinokiu. Przyznałam się, a on na to, że ekstra wyszło. Błyskawicznie rozeszła się po Szczecinie wieść o śpiewającej dziewczynie. Pojawiło się sporo propozycji, a ja znalazłam wreszcie coś co naprawdę pokochałam.

nosowska-puk-puk-cd_midi_29471_0004
Nie miałaś nigdy pomysłu by zrezygnować?
Nie. Zawsze odczuwałam silną potrzebę  usprawiedliwienia swojego istnienia na świecie.

Co jest tym usprawiedliwieniem?
Działanie. Nie chcę być osobą, która niczym jemioła wisi na strukturze tego świata. Chciałabym coś dodawać do pełni, którą on jest, np. poprzez sztukę. Człowiek nie rodzi się po to żeby przesiedzieć życie na kanapie.

Korzystałaś z terapii?
Terapia to długi proces, intymny, trzeba mieć zaufanie do terapeuty. Będąc w ciąży podjęłam dwie próby i nie trafiłam. Kiedy syn przyszedł na świat, stwierdziłam, że wezmę odpowiedzialność za siebie i życie, będę obserwować, słuchać i korzystać z pozostałych zmysłów, by dowiedzieć się jak najwięcej, co w konsekwencji zaowocuje świetną formą psycho-fizyczną. Dziś, kiedy jestem prawdziwie dojrzała decyduję świadomie, że nie chcę  zagłębiać się w przeszłość. Chcę po prostu żyć. Wiem, że terapia przynosi wspaniałe rezultaty osobom, które się na nią decydują, ale ja wybieram obecność tu i teraz.

Co robisz by żyć?
Strasznie dużo czytam, słucham muzyki. Nie zataczam zbyt szerokich kręgów w życiu towarzyskim, więc każdy kontakt z drugim człowiekiem wielce sobie cenię. Wyglądam ludzi, słucham co  mówią, myślę o tym. Wyciągam esencję ze wszystkiego co mnie otacza, by stworzyć receptę na własne szczęście.

Medytujesz?
Nie umiem, jestem niecierpliwa. Od dziecka tak chętnie korzystam z funkcji „myślenie”, że potrzebne w medytacji wyciszenie, stan bez myśli, wydaje się być nieosiągalny.

Lubisz samotność?
Lubię, nie sprawia mi ona bólu. Nie należę do osób, które rozpaczliwie zabiegają o kontakt, szczególnie jeśli ma on być płytki i nic nie wnoszący. Często ludzie uciekają w zgiełk, akcję, bo bliskie spotkanie z samym sobą wydaje się być przerażające. Dla mnie weekend w domu to zero problemu. Można posiedzieć, posłuchać muzyki, albo nic nie robić, być i się nie bać.

Nie boisz się siebie?
Nie. Jestem sobie bliska.

Dzieciństwo Cię zahartowało?
O tak. Mnóstwo czasu spędzałam na samotnych zabawach. Jestem jedynaczką, córką marynarza.

Jak to jest gdy wraca ktoś bliski kogo nie było?
Większość czasu spędzałam z mamą, miałyśmy swoje rytuały, zasady. Trudno było mi zaakceptować sytuację, w której nagle pojawia się człowiek, którego praktycznie zapomniałam przez kilka miesięcy rozłąki. Marynarz funkcjonuje trochę jak wojskowy. Mój ojciec pełnił ważne funkcje na statku, miał pod sobą ludzi, zarządzał, decydował o trudnych sprawach, nosił na barkach wielką odpowiedzialność. Gdy wracał do domu był ostry, chłodny, chciał mieć wszystko pod kontrolą. Dlaczego więc miałabym oszaleć z radości gdy się pojawiał? Traciłam poczucie bezpieczeństwa. Nie chciałabym znowu być dzieckiem, ani nastolatką.

Co robiłaś by sobie poradzić z emocjami?
Zamykałam się, wszystkie ładunki ze złością, rozpaczą, smutkiem detonowałam wewnątrz. Dzięki książkom prowadziłam dwa równoległe życia, moje  smutne, i tamto wyczytane, idealne.

A na czym polegały twoje samotne zabawy?
Trwały całymi godzinami! Wszystkie zabawy były realizowane w oparciu o poważne scenariusze. Zabawa lalką nie ograniczała się do przebierania jej. Bardzo głęboko wchodziłam w rolę. Zanim przystąpiłam do zabawy w damę, przez długi czas bawiłam się w służącą, która miała w obowiązku przygotować scenerię dla damy właśnie, posprzątać, wyprosić od mamy filiżankę ze spodkiem, przystroić meble. Do dziś zanim rozsiądę się wygodnie z książką lub gazetą, lubię przez jakiś czas pobyć służącą, która ogarnie bałagan, który notorycznie robi Kasia Nosowska.

Jaką masz dzisiaj relacje z ojcem?
Jak najlepszą. Długo to trwało, ale teraz nie mam nawet grama żalu w sobie, szanuję i kocham mojego ojca, nie oczekując niczego w zamian.

Jak to się stało?
Zainspirowała mnie książka „Radykalne wybaczanie”, która swą, nie ukrywam, paskudną okładką przywołała mnie kiedyś w księgarni. Serdecznie ją polecam. Po lekturze dotarło do mnie, że mam 40 lat i chciałabym wreszcie żyć jak na czterdziestolatkę przystało. Uznałam, że wszystko co mnie spotkało składa się na to kim jestem teraz, a mojego tatę mogę widzieć jako wroga lub cennego nauczyciela. Wybrałam to drugie. Długo by opowiadać… Jedno jest pewne, żal, gniew, pretensja, wszystkie się trwale we mnie rozpuściły. Krótko potem ojciec powiedział: „Czasem człowiek nie wie jak postępować” i to było niemal jak „przepraszam”, i było cudowne.

To doświadczenie poczucia bezpieczeństwa i jego nagłego braku powracało w twoich związkach?
Niewiele miałam związków, w sumie cztery czy pięć i z wszystkich poza tym ostatnim uciekałam. Być może w ten właśnie sposób przejawiał się wpływ dzieciństwa. Odchodziłam po około 2 latach. Taki średnio satysfakcjonujący cykl, bo zawsze pragnęłam miłości na całe życie.

A obecny związek?
To przeznaczenie.

Wierzysz w to?
Spotkaliśmy się, bo ta historia musiała się zdarzyć. Po 12 latach nie jest tak, że razem pchamy wózek z przyzwyczajenia. To jest żywe, pełne emocji, totalnie bliskie, dlatego nie zauważyłam kiedy te 12 lat minęło. Dla tej historii zapragnęłam się zmienić.

Wolność i wierność w tym samym czasie?
Ale też szacunek. Jestem z człowiekiem, który może się nagle zakochać w kimś innym, stwierdzić, że ma inną potrzebę. Jestem na takim etapie, że nie będę wpadać w szał. Szanuję, że jesteśmy razem i bardzo tego chcę, ale na nic się nie umawiamy. Nie wierzę w śluby, nie wiemy co się wydarzy. Jesteśmy ze sobą bo tego bardzo chcemy, ale szanujemy to, że los, życie, jest nieprzewidywalne.

Śluby często dyktowane są lękiem.
Nie potrzebuję by ktokolwiek, cokolwiek mi przyrzekał i ja nie chcę przyrzekać. Odhaczamy kolejne dni. Mój partner jest indywidualnością, nie chcę go wchłonąć, pożreć by mnie wypełnił. Nie jesteśmy jedną istotą i nie stworzymy jednej istoty, chcemy po prostu być blisko siebie, bardzo blisko. Miłość musi być bezwarunkowa, a ja chcę się spotkać z tym człowiekiem, a nie kleić go, lepić, ciosać na swoje wyobrażenie. Nauczyłam się najpierw zadawać sobie pytanie, co jest ze mną nie tak, a nie obwiniać świat, że coś jest nie w porządku.

nosowska

I co z tobą jest nie tak?
Mam wrażenie, że w teorii już wszystko przerobiłam i najbardziej mnie wkurza jak przychodzi lekcja praktyczna do odrobienia i się wywalam.

Wściekasz się?
Drę się, to u nas rodzinne. Krzyczę i jestem okropna. Ale teraz w trakcie trwania tego aktu jestem świadoma, spoglądam z zewnątrz i myślę, no gratuluję Nosowska, znowu świetnie wypadłaś w testach.

Zatrzymujesz się w tym momencie?
Tak, natychmiast, bo wstydem byłoby kontynuować. Wycofuję się z sytuacji i przystępuję od nowa do utrwalania teorii licząc, że następnym razem wypadnę lepiej. Nie lubię też  w sobie skłonności do oceniania, uwiera mnie, chciałabym się jej wyzbyć na zawsze.

Myślisz, że to jest możliwe?
Będę o to walczyć.

Chcesz być oświecona?
Nie wiem czym jest to oświecenie.

Podobno gdy się wie, to nigdy nie przychodzi.
Myślę, że wszelkie kłopoty ludzkości, wielkie i małe biorą się właśnie z oceniania.

Słuchając Twoich tekstów często czułem się potraktowany z czułością, nie oceniany.
Czułość kojarzy mi się z podskórnym poczuciem, że my naprawdę jesteśmy tym samym. Nawet gdy się spieramy, jest napięcie, to wiem, czuję, mocno w to wierzę, że my, wszystkie stworzenia, mamy gdzieś głęboko w sobie czystość, taki  pręcik dobra. Ludzie albo wierzą w równoległą ulotną rzeczywistość, albo nie. Ja wierzę i jednym z wielu dowodów na jej istnienie jest dla mnie to co się dzieje na scenie.

Magia?
Misterium. Nie zawsze, zdarza się, że bardzo chcę by było wyjątkowo, ale się nie udaje. Czasami zamykam oczy przed wyjściem na scenę i wyobrażam sobie, że mam gigantyczne ramiona, którymi jestem w stanie objąć całą publiczność, chcę żeby poczuli się objęci.

To czułość właśnie. A co ciebie buduje?
Muzyka i recenzje mojej osoby stworzone przez Mikołaja.

Jakie?
Jak mówi, że jest szczęśliwy, to mnie strasznie buduje.

I mówi takie rzeczy, nastolatek?
Mówi, rzadko ale mówi, dla mnie to jest niezwykłe.

Mówienie prawdy?
Ona wynika z szacunku. Nigdy go nie okłamywałam, oczywiście nie chcę go męczyć prawdą, podawać mu jej za wszelką cenę, ale zawsze kiedy pytał mówiłam mu prawdą, dostosowując formę do jego wieku. Wierzę, że to procentuje. Chcę by wiedział, że ja po prostu jestem. Nie mam planu na jego życie, nie mam oczekiwań.

To o czym śpiewasz trochę mi nie pasuje do tego kim jesteś teraz.
Chciałabym kiedyś napisać tekst, w którym mogłabym opowiedzieć o tym jak bardzo potrafię być szczęśliwa… Ale nie jest to łatwe.

Bo wychodzi banalnie?
Tak. Tak jakby słów opisujących szczęście było mniej. Może dlatego, że człowiek od szczęścia bywa oniemiały?

A śmierć?
Ale co my wiemy o śmierci?

Dobrze, że będzie?
Jeszcze jakiś czas temu mówiłam, że nie boję się śmierci, że ją akceptuję. A jak człowiek, głośno rzuca takie deklaracje, to wcześniej czy później pojawia się test. Parę miesięcy temu czegoś tam się w sobie doszukałam i jadąc do lekarza zrozumiałam, że wcale nie jestem gotowa odejść w każdej chwili. Poczułam ogromny lęk, nie brak akceptacji dla śmierci, ale lęk.

Czego się bałaś?
Że umrę a nie zdążyłam się sprawdzić.

W czym?
W tym wszystkim co sobie zaplanowałam w życiu, np. w byciu dobrą.

A jesteś zła?
No nie, ale mam wady, chcę ich mieć jak najmniej gdy przyjdzie koniec. Chcę mieć poczucie, że zrobiłam wszystko by być najlepszą z możliwych wersji siebie.

Tylko ta droga może nie mieć końca.
Właśnie dlatego wtedy poczułam namacalny lęk, że naprawdę mogę nie zdążyć, bo śmierć może przyjść teraz, jak tutaj siedzę, i koniec.

Przygotowujesz się jakoś na śmierć swoich rodziców?
Myślę o tym, to będzie przełomowy i trudny moment. Opiekuję się mamą, dbam o jej samopoczucie, pocieszam, wysyłam na wakacje, tonuję ją w rozczarowaniach. Dbam o kontakt z tatą. Szczerze mówiąc nie wierzę, że można się na coś takiego przygotować.

A jak myślisz o swojej śmierci?
Myślę, że miałam piękne życie. Niekiedy wyobrażam sobie ten moment gdy umieram i jestem świadoma. Ta myśl czasami mnie przeraża, a czasami wydaje się być fascynująca, jestem ciekawa jak to będzie.

Przywiązujesz się do rzeczy, przedmiotów?
Kiedyś pustkę, którą w sobie miałam próbowałam zasypać otaczając się tzw. ulubionymi przedmiotami. Pióro, książki, mały dzbanuszek, który kocham, dużo tego, tonęłam w przedmiotach. Wszystko wydawało mi się ważne i moje. A teraz gdyby ktoś wszedł do domu i zabrał wszystkie rzeczy nie poczułabym żalu. Nie jestem absolutnie do niczego przywiązana. Gromadzeniem rzeczy chciałam coś sobie dać.

Spokój?
Nieustający, bez względu na okoliczności. Top listy moich marzeń.

Jak dbasz o spokój?
Kiedy mam coś zrobić zadaję sobie pytanie „po co?”. To wystarczy. I jeśli przychodzi odpowiedź, że po nic, że to nic nie da mi, bliskim, światu, że to nic nie zmieni, to wtedy tego nie robię.

Katarzyna Nosowska (ur. 30 sierpnia 1971 roku w Szczecinie) – wokalistka zespołu Hey, znana również z dokonań solowych, które rozpoczęła od wydana w 1996 roku albumu „puk puk”. Laureatka wielu nagród, m.in. Paszportu Polityki  i ponad dwudziestu Fryderyków. W 2012 roku została nową dyrektor artystyczną projektu „Męskie Granie”. Felietonistka i autorka tekstów. Muzycznie porusza się pomiędzy rockiem a elektroniką, punkiem a poezją śpiewaną, szeroko pojętą alternatywą a precyzyjnie natchnionym popem.

 

Wywiad został opublikowany w magazynie Sens, „Katarzyna Nosowska. Śpiewająca dziewczyna”, w maju 2013 roku, Robert Rient.