main3

Kolej transsyberyjska – ktoś musi umrzeć

„ – Czy byłabyś na mnie zła…
– Czy byłabym zła, jeśli nie pojawiłbyś się na przyjęciu?
– Czy byłabyś na mnie zła, gdybym umarł? Dla kogo to przyjęcie?
– Jak to: dla kogo? O co ty mnie pytasz? Co mi próbujesz powiedzieć?
– Nic. Chodzi mi o to, że… Wydaje mi się, że pozostaję przy życiu, by cię zadowolić.
– Czyż nie tak się postępuje? Ludzie tak robią. Żyją dla siebie nawzajem.”

Pamiętacie tę scenę z „Godzin” Stephena Daldry? Rozmawia Richard, poeta i Clarissa.

Myśli mi się dzisiaj o śmierci, o tym czy dziadek musiał umierać, żebym mógł go zobaczyć. A może musiał umierać, by się odsłonić. A może jest tak, że jak ktoś umrze to staje się bezpieczny – niczego już nie przyniesie, niczego nie odbierze. Ale to przecież nie kończy historii. Mamy tę piękną i paskudną umiejętność obracania prawdy, podróżowania w czasie, opowiadania sobie relacji i przeszłości wciąż na nowo. A ten kogo nie ma, może się odsłaniać na tyle różnych sposobów. Wiem tylko tyle, że gdyby nie dziadek, nie dotarłbym na Syberię, przedziwna to myśl. Nie ma go od kilku lat i tym swoim zniknięciem popchnął mnie setki kilometrów od domu.

Czasami, gdy patrzę przez okno, widzę lokomotywę, wzrusza mnie to.

DSCN0162

Ostatni dzień w pociągu. Atletyczny pije ze Słonecznikowym, przegryzają wszystko słonecznikiem, trzecią godzinę. Każda łupina jest rozgryzana, ziarno połykane, łupina wypluwana. Mlask. Kumple odkryli w przedziale telewizor, włączyli go i wrócili do picia, rozmowy, słonecznika. Telewizor szumi i krzyczy.

Mężczyźni, najwyższa kasta naszego gatunku, z lekkością zajmują każdą przestrzeń, rozsiadają się w niej. Przewodzą najgłośniejsi, najsilniejsi, z najdłuższymi rękami.

Idę do restauracyjnego na surowe warzywa i usmażone ziemniaki. Za oknem brzozy i śnieg.

Syb3a

Próbuję usnąć, ostatnie godziny. Budzi mnie ból w łydce. Zrywam się z pryczy, rzucam za siebie mordercze spojrzenie, by ukarać winnego chociaż w ten sposób. Widzę, że to Aspołeczny, swoim zwyczajem, wskakując na górną pryczę, chciał odepchnąć się od pryczy dolnej, czyli mojej, ale tym razem odbił się od mojej nogi. Uśmiecham się serdecznie, nie głupio, szybko odwracam, nakrywam kołdrą. Jestem przekonany, że niefart ten przeżywa bardziej niż ja, który kończę z niewielkim tylko siniakiem na łydce.

Atletyczny przesiadł się na pryczę Słonecznikowego, śmieją się, bratają, piją, gryzą słonecznik. Co chwilę słyszę jebat, pizda i chuj. Słowa te jako nieliczne powtarzają się regularnie. Atletyczny włącza na komputerze tańczące kobiety. Rodzi się męska przyjaźń, jebat, pizda, chuj. Czasami Atletyczny wykonuje ruchy biodrami, wzmaga to śmiech Słonecznikowego. Upijają się na wesoło, przyjacielsko, chcą mnie poznać, chcą rozmawiać, więc pytam by nie opowiadać. Atletyczny na prawej ręce ma obrączkę od swojej żony, na lewej od Chrystusa, na szyi krzyż. Jedzie z domu do swojej jednostki, służyć, pracować i jebać – bardzo to cieszy Słonecznikowego, który jedzie w przeciwnym kierunku, z jednostki wojskowej do domu. Gdy Atletyczny dowiaduje się, że w Krasnojarsku zaplanowałem sobie dotrzeć piechotą z dworca do hostelu, zdecydowanie mi zabrania.

– W Moskwie powiedzieli mi, że już jest bezpiecznie, że można nocami chodzić po mieście – tłumaczę Atletycznemu i pokazuję, że zrobiłem sobie zdjęcie mapy i do przejścia mam nie więcej niż 3 kilometry.
– Rosja to nie Moskwa – słusznie wyjaśnia Atletyczny, bo przecież Polska to nie Warszawa – zabrania mi chodzić nocą po Krasnojarsku i czy rozumiem?
– Rozumiem, dobrze.

Atletyczny dzwoni do mojego hostelu, zdobywa wskazówki, zabrania mi brać taksówkę spod dworca, bo zostanę przewieziony przez całe miasto, znajduje tanią i uczciwą taksówkę, zamawia pod dworzec w Krasnojarsku.

Stacja, pociąg ma 20 minut postoju. Podaję Aspołecznemu rękę, a on podaję rękę mi, i już. Atletyczny wychodzi ze mną, chce nieść mój bagaż, ale odmawiam i tak zmieszany. Prowadzi mnie przez długie schody, dworzec, postój policji, postój nieuczciwych taksówkarzy, aż do mojej taksówki, tłumaczy kierowcy gdzie ma jechać, umawia z nim cenę i zabrania mu brać więcej. Przytulam Atletycznego. Tyle jeśli chodzi o straty z bycia miłym versus korzyści z bycia aspołecznym. Gdyby nie Atletyczny być może dostałbym po mordzie i stracił bagaż, może nie stałoby się nic, ale ponieważ nigdy już tego nie sprawdzę, wybieram tę wersję historii, w której Atletyczny mnie ratuje. I jemu, i mi ten wybór zrobi lepiej.

Wysiadam z taksówki. 22 stopnie poniżej zera, podążam za wydmuchiwanym powietrzem, kremowym. Jestem w kraju mojego dziadka, którego nigdy nie wybrał. W hostelu mam pokój tylko dla siebie, skaczę z radości. Od Polski dzieli mnie ponad 6 tysięcy kilometrów i 6 stref czasowych. W Krasnojarsku zbliża się szósta rano, w Polsce zaraz będzie północ. Dotarłem na Syberię.

„Ktoś musi umrzeć, aby ktoś inny bardziej docenił życie” – twierdzi Virginia Woolf z „Godzin”.

Syb3b

 

Pierwszą część podróży koleją transsyberyjską, czyli „Oficer żółte wąsy”, znajdziesz tutaj.
Drugą część podróży koleją transsyberyjską, czyli „brzozy i śnieg”, znajdziesz tutaj.

Poprzedni wpis                                                                                                               Następny wpis