Kortez

Pojawił się znienacka. Bez płyty i tylko z jednym tylko utworem „Zostań” wylądował na szczytach list przebojów. Na co dzień pracuje na budowach, a nocami tworzy muzykę i śpiewa.

 

Kim jest Kortez?
Zaskoczonym człowiekiem. Jestem bardzo mile zaskoczonym człowiekiem, który znalazł się w sytuacji, o której nie marzył. Chyba zawsze chciałem tworzyć muzykę i mieć większe grono odbiorców niż rodzina i znajomi, ale to co się ostatnio dzieje przekroczyło moje oczekiwania.

Co cię najbardziej zaskoczyło?
Że te moje piosenki docierają do ludzi, że ich poruszają, i zostają w głowie. Kilka dni po premierze „Zostań” pracowałem na jakiejś budowie z trzema obcymi facetami. W rogu stało małe radyjko pochlapane farbą. Nagle poleciało „Zostań”. Zdrętwiałem. Mówię do tych gości: To moja piosenka! Spojrzeli na mnie jakbym zerwał się z wariatkowa, a jeden z nich burknął: Jasne.

Od kiedy grasz?
Od dwóch lat. Zaczęło się w sumie od Clarenca Greenwooda. Słuchałem go namiętnie kilka lat temu. Facet wychodzi na sceną z gitarą i opowiada niezwykłe historie. Zrobił na mnie wrażenie swoją szczerością, naturalnością, prostotą. Gdy go usłyszałem po raz pierwszy, pomyślałem, że też chcę wyrzucać z siebie emocje w taki sposób. To świetny pomysł na opowiedzenie o sobie przy użyciu muzyki.

A co się działo wcześniej?
Trzeba było zarabiać na życie. Najmowałem się w budowlance właśnie, wykonywałem różne prace wykończeniowe i brukarskie. Chwilę pracowałem przy transporcie drzewa, niedaleko Sanoka. Poza tym bawiłem się w majsterkowanie, remonty, różne standardowo męskie zajęcia. Ale muzyka zawsze była obok. Rodzice widzieli we mnie potencjał, wypychali mnie na prywatne lekcje, zapisali do szkoły muzycznej.

kortez

 

Kiedy trafiłeś do szkoły muzycznej?
Zaraz po podstawówce, w Krośnie. Zdałem egzaminy, chciałem iść na fortepian, byłem w nim zakochany, ale dowiedziałem się, że jestem już za stary. Zrobiło mi się przykro, do dzisiaj żałuje, bo chciałbym swobodnie grać na fortepianie. Przyjęli mnie do klasy trąbki, a później puzonu. Podszedłem do tego sceptycznie. Nie podobał mi się jego wygląd i brzmienie, trzeba było też skoordynować język i rękę. Ale w końcu przekonałem się do tego instrumentu.

Puzon zatyka usta, nie mogłeś śpiewać.
W tym czasie w ogóle o tym nie myślałem, wstydziłem się śpiewać. Jakiś czas później poszedłem w Rzeszowie na studia, na edukację artystyczną. Olewałem na początku naukę, zrobiłem tylko licencjat, ale właśnie tam, przez przypadek, okazało się, że potrafię śpiewać. Każdy student musiał wystąpić publicznie, zagrać albo zaśpiewać. Wybrałem, trochę dla jaj, to drugie. Przygotowałem się podczas zajęć z emisji głosu. Zaśpiewałem „Let It Snow” i nagle, bum! Okazało się, że wyszło świetnie, dostałem dobre opinie. Najpierw ciągnęło mnie w stronę muzyki klasycznej, operowej. Ostatecznie postawiłem na proste melodie, prosty przekaz, taki który może wpaść do głowy i wypaść.

Skończyłeś studia i co było dalej?
Zapadła decyzja o ślubie. Dzisiaj mam świetną żonę i wspaniałego, inspirującego, trzyletniego synka.

Czym cię inspiruje?
Napisałem dla niego kołysankę „Joe”, tak go wołam, mojego Jonatana.

Biblijne imię, jesteś wierzący?
Tak, dla mnie symbolem męstwa był biblijny Jonatan. Wyczytałem gdzieś, że za tym imieniem stoi odwaga, pewnego rodzaju niepodległość. Patrzę na niego i widzę człowieka bez problemów, codzienna świeżość. Pytałeś o inspiracje – chodzi o beztroskę, którą on ma w sobie, takie marzycielstwo. Każdy z nas, również w dorosłym życiu, potrzebuje czasami takiej beztroski.

A jak trafiłeś na te budowy?
Musiałem utrzymać rodzinę. Najpierw uczyłem rytmiki w przedszkolu, pierwszy dzień był trudny. Panie przedszkolanki i dyrektorki zobaczyły mnie w bluzie z kapturem i trochę się przestraszyły. Zadzwoniły do firmy, która mnie przysłała z pytaniem co to za gość. Po kilku tygodniach okazało się, że wszystko jest okey, ale pieniądze z tego nie były zbyt wielkie. Tak trafiłem na budowy, prozaicznie, żeby zarabiać. Ale jak wracałem z pracy, brałem gitarę i pomału tworzyłem piosenki.

Jak?
Czasami budziłem się o trzeciej w nocy, miałem jakąś myśl, którą musiałem zapisać. Brałem gitarę i przez kolejny tydzień dopracowywałem utwór.

Kiedy zacząłeś wychodzić z piosenkami do świata?
W ogóle tego nie zrobiłem. Miałem kilkadziesiąt piosenek, ale trzymałem je w szufladzie, albo w głowie. Czasami coś zaśpiewałem w gronie najbliższych. Pewnego razu moja starsza siostra wycięła mi niezły numer. Pojechaliśmy do Rzeszowa do wspólnych znajomych. Podjechaliśmy pod szkołę muzyczną, obok filharmonii, a siostra mi mówi, że zgłosiła mnie na casting do „Must Be The Music”. Telewizja dla mnie nie istnieje, wkurzyłem się. Wyciągnęła gitarę z bagażnika i dała formularz do wypełnienia. Przekonała mnie, że skoro już tu jesteśmy to powinienem tam pójść i spróbować. Byłem bardzo zestresowany, ale postanowiłem że spróbuję. Jeśli mnie wyśmieją – trudno, wrócę do domu i dalej będę robił swoje. Wszedłem do jakiejś sali, szerokie spodnie, bluza z kapturem, gitara. Trzeba była zagrać dwa utwory. Zagrałem, odpowiedziałem na kilka pytań i mi podziękowali. Wyszedł za mną jeden gość i powiedział, że nawet gdybym nie przeszedł dalej to on się ze mną skontaktuje. Wróciłem do siebie, do pracy i życia. Kilka tygodni później zadzwonili z produkcji programu i zaprosili mnie na casting do Warszawy, zaśpiewałem właśnie kołysankę „Joe”. Werdykt: dwa razy tak i dwa razy nie, nie było dogrywki i odpadłem.

Kto był na tak?
Elżbieta Zapendowska i Adam Sztaba. Znowu podszedł do mnie ten sam gość, dał mi swój numer telefonu, powiedział żebym się nie marszczył i poprosił żebym przesłał mu wszystkie swoje piosenki. Jakiś czas później zdzwoniliśmy się i zaprosił mnie do swojego studia w Warszawie, żebym nagrał demo. Przyjechałem do Jazzboy’a, podpisałem kontrakt i tak się zaczęło.

Utwór „Zostań” wbił się na szczyt listy przebojów Trójki. Śpiewasz w nim „boję się być sam”. Boisz się?
A ty się boisz?

Czasami. Odsłaniasz siebie w tym utworze.
Wszystkich odsłaniam. Każdy czasami się boi.

Czego się boisz?
Poza samotnością – niczego. Nie mam fobii, stresów, większych lęków. Żyję z dnia na dzień. Nie mam czego się bać, oprócz samotności. A ją można brać na dwa sposoby, być samotnym z ludźmi albo zupełnie samemu. Wolę tę pierwszą wersję.

„Zostań, choć nie stać mnie na to wszystko co mi możesz dać.”
Nie boję się mówić o emocjach, one są cholernie ważne w życiu. Nie chcę krzyczeć na scenie, wolę spokój przy takich słowach. Dlatego też teledysk do tego utworu jest prosty, twarz, jasne światło i nic więcej. Nie lubię komplikować, wymyślać historyjek, prawdziwe rzeczy poruszają najbardziej.

Co ciebie najbardziej porusza?
Muzyka, czasami tylko muzyka. Nie zawieszam się na  jednym wykonawcy, czy utworze, biorę, trawię i lecę dalej. Sprawdzam co się we mnie porusza, szukam cały czas swojego stylu, szukam cały czas również tego co chciałbym innym opowiedzieć. To zazwyczaj wynika z chwili, emocji.

Dlaczego nazwałeś siebie Kortezem?
Ktoś tak kiedyś rzucił i zostało. Lubię tę ksywkę. Niedawno słyszałem, że to się kojarzy z kartelem narkotykowym, innym kojarzy się z Fernando Cortésem. Był też admirał o tym imieniu, który wyciął sporo ludzi. Przylgnęła, bo chyba chodzi o to, że trochę jestem buntownikiem.

Przeciwko czemu?
Przeciwko hipokryzji. Przeciwko wszystkiemu co nie jest prawdziwe. Chciałbym żebyśmy – jako ludzie – mogli mówić wszystko co chcemy, bez niepotrzebnego analizowania, bez udawania. Jak jest złość to niech będzie widoczna złość, a jak jest radość to cieszmy się.

Smucisz się?
Pewnie, że tak i jak wszyscy również się wzruszam. Każdy facet się wzrusza, tyle, że zazwyczaj robi to na kiblu przed lustrem albo gdzieś gdzie go nikt nie widzi. Bo się wstydzimy, ale czego tu się wstydzić? Że na przykład się wzruszamy czymś, co jest piękne? Bez sensu. Tak zostaliśmy wychowani. A jak ktoś się wzrusza to jest gejem. Bzdura, wzruszenie jest normalne. Facet powinien czasami płakać. Jak mój syn stawiał pierwsze kroki to płakałem, jak się urodził to też płakałem. Bo niby co? Miałem stać twardo, a potem z kumplami iść się urżnąć, to dopiero bzdura.

Z tego fragmentu ciebie powstaje muzyka? Ze wzruszeń?
Tak. Już jak miałem sześć lat to zamiast grać w piłkę, wolałem zostać w pokoju, siedzieć, leżeć, słuchać muzyki, bawić się nią, co ciekawe – głównie klasyczną. Mama trochę się niepokoiła, oto jej syn, wtedy dziesięcioletni, najbardziej lubi siedzieć w domu i słuchać fortepianu. Rodzice opowiadali, że jak byłem mały i słyszałem klasyczne utwory dostawałem szału, uwielbiałem organistów, pewnie stąd wzięło się moje zamiłowanie do Bacha. Teraz wzrusza mnie gitara, wciąż uczę się na niej grać, ale moja miłość od lat zostaje przy klawiszach. W dzieciństwie nie skupiałem się na niczym poza muzyką, wszystko inne przelatywało gdzieś obok.

Pamiętasz muzyczne spotkanie z przeszłości, które cię ukształtowało?
Nokturny Chopina, absolutne mistrzostwo. Emocje. Dostałem od cioci zestaw pięćdziesięciu płyt z muzyką klasyczną, był tam też Chopin. Wpadłem totalnie w ten świat, to było jeszcze przed komunią.

Rodzice zajmują się muzyką?
Nie. Tata jest z zawodu mechanikiem urządzeń precyzyjnych, takim gościem od naprawiania budynków, specjalistą. Ale grał kiedyś na gitarze, miał zeszyty z piosenkami. Siadał wieczorem, obok moje dwie siostry, starsza i młodsza, i on grający nam dwa, trzy kawałki przed snem. Pamiętam, że to nie były żadne obciachowe numery. Mama zajmuje się pedagogiką, arteterapią, jest opiekunką dzieci niepełnosprawnych. Bardzo dobrze wspominam dzieciństwo, żadnych traum. Rodzice wspierali moją pasję, nawet wtedy gdy było im ciężko. Jak jedna siostra chciała się uczyć hiszpańskiego to uczyła się hiszpańskiego, a jak druga chciała nauczyć się gry na wiolonczeli to rodzice to umożliwiali.

A ty jako tato – czego się nauczyłeś od swoich rodziców?
Miłości. Takiej, w której jest miejsce na wolność dla dziecka i poczucie, że rodzice są obecni, bez względu na to co dziecko zrobi. Mam mądrą żonę, nie wytwarza ciśnień, nawet jeśli nie ma mnie w domu przez kilka tygodni. Z miłością jest też tak, że ona jest moją wiarą.

Czego byś chciał teraz od życia?
Żebym mógł dalej robić, to co ostatnio zacząłem, żebym skończył płytę, żeby ludzie mieli szansę usłyszeć moje piosenki i żebym mógł się z nimi spotykać. Byłoby pięknie gdybym dalej mógł siedzieć w swoim pokoiku i tworzyć, a rano obudzić się i zobaczyć swojego syna. Najlepiej, żebym też niczego nie sknocił.

Kortez– urodzony w 1989 r. w Rymanowie, muzyk i wokalista, prywatnie mąż i tato. We wrześniu pojawi się jego debiutancka płyta.

Fragmenty wywiadu ukazały się w magazynie Zwierciadło w 2015 roku.