main

Kupiłem hamak i dom

Wkładam książki do kartonów, wyciągam kurz spod łóżka, a łóżko rozkręcam. W szmaciane torby pakuję skarpety, ręczniki, pościel. Owijam papierem kubki i talerze. Przeglądam stosy papierów i umów, odkładam, albo wyrzucam. Cały czas słucham muzyki. Okna zasłoniłem. Wybebeszone regały i szafki gapią się na mnie. Stopy mam brudne od kurzu. Ze ścian ściągam obrazy, zdjęcia, małe drewniany ramki. Wyciągam gwoździe ze ściany. Pakuję się.

„Wyprowadzam się dzisiaj. Wyprowadzam się po raz dwudziesty piąty, ale pierwszy raz nie wprowadzam się, nigdzie” – to pierwsze zdania, które zainicjowały tego bloga (cały wpis do przeczytania tutaj). A później była podróż dookoła świata. I powrót, i niewygoda życia w klatce (tej dosłownej i metaforycznej), jeszcze silniejsza niż kiedykolwiek. Jutro się wyprowadzam, ale tym razem wprowadzę się do swojego domu, pierwszego własnego domu. O ile dom kupiony na kredyt z banku można uznać za własny.

Domek

Ci, którzy mnie znają, pytają: ale co zrobisz jak się rozmyślisz? Przecież co chwilę się przeprowadzasz, naprawdę osiadasz? Kredyt to zobowiązanie. Ufasz sobie na tyle? Ufam sobie bardziej niż kiedykolwiek i nie, nie osiadam. Zatrzymam się na chwilę, która nie wiem ile potrwa. Gdy przyjdzie czas, by ruszyć dalej z pewnością ruszę dalej. I bardzo lubię to pełne zaufanie, że będę mógł zdecydować. Wiem jak to jest mieć tyle rzeczy, by móc je ze sobą unieść i żyć w ruchu.

Kupiłem szafę, czterodrzwiową, drewnianą, starszą ode mnie o kilkadziesiąt lat. I hamak kupiłem. Stół i dwa krzesła. Pralkę. A tata kupił mi łopatę i kosiarkę do trawy, elektryczną. Mama wymyśliła, że muszę mieć rower, bo jak ty będziesz te zakupy sobie przywoził. We wsi jest co prawda jeden sklep, ale nie wszystko można w nim kupić, a do takiego, w którym jest prawie wszystko, trzeba jechać sześć kilometrów. Ale słuchajcie – przez las te sześć kilometrów. Bo z domu do lasu mam kilkanaście metrów.

Znajomy zapytał mnie ostatnio czy jak zostaję sam w domu i dostrzegę siebie w lustrze, to czuję niepokój. Ktoś przybył. Kiedyś bałem się patrzyć sobie długo w oczy. Teraz już nie, nie boję się, nie czuję niepokoju, coś wręcz przeciwnego. Ktoś przybył.

DSCN4303

Coraz lepiej mi ze sobą. Za tym zdaniem stoi blaknąca (a kiedyś niezwykle silna) potrzeba umysłu, by tłumaczyć się z własnych wyborów. Latami traktowałem czas dla siebie jako przestrzeń podboju oddaną innym ludziom. Ich chęć do bycia, rozmowy, spotkania, była ważniejsza od mojego czasu, w którym nie robiłem nic. No spotkajmy się, co robisz? Nic. No to chodź. Szedłem. Tak jakby mój czas dla siebie był mniej ważny, mniej wartościowy od czasu z kimś. I pewnie czasami był, jasne. Chodzi mi o nawykowe, nieświadome założenie. A teraz potrzebuję dbać o to nic. Wracam do siebie jak do ukochanego, chociaż mój umysł węszy. Podglądam ludzi, ich słowa, gesty, wpisy na Facebooku, napisane książki, teksty ich piosenek, to jak trzymają mikrofon podczas manifestacji, jak porywają tłum, patrzę na mnichów, słucham ich mantr, czytam nauczycieli, tę topniejącą resztkę, która potrafi wzbudzić we mnie motywację. W tym ukochaniu siebie, bo nie znam lepszego słowa, jest również ukochanie ciebie. Dogłębne poczucie, że mój umysł jest taki sam jak umysł każdego innego człowieka. Że uwielbia być zagarnięty przez emocje, wojnę, słowa tych z prawej, i tych z lewej, masakrę i atak, przez sprawdzanie cudzych sukcesów i porównywanie ich do swoich słabości, ach kimże mógłbym być gdyby tylko mnie dostrzeżono – zawodzi umysł. Bo nie lubi, że ja już jestem. Kompletny, cały, tak samo jak ty. Czasami zapominam się i chciałbym być tym kimś, kim nie jestem, zaczynam wtedy bieg po wydarzeniach, ofertach, wspomnieniach. Nie zrozumcie mnie proszę źle, zawdzięczam umysłowi precyzję i tempo, pamięć, gotowość do walki i obrony, po prostu wyposażony był w nie mój słownik. Bo umysł odżywia się wszystkim, przyssany jest do rzeczywistości zmysłami, pochłania obrazy, słowa, dotyk, emocje i zapachy, lepi z nich historie i strachy, lubi tę grę. Chcę dać mojemu umysłowi więcej przestrzeni, więcej spacerów, chcę więcej chodzić boso po ziemi i trawie, po lesie. Chcę za oknem słyszeć ptaki i owady, i nie chcę ludzi za ścianą, których słyszę od miesięcy, chociaż nie mam pojęcia jak mają na imię. Uwielbiam plastyczność umysłu, dzisiaj jest fanatykiem tej myśli i z obsesją myśli o tamtym ciele, za rok nie pamięta, toczy nowy, najważniejszy na świecie spór, by po chwili odejść w kierunku nowego szczytu. To jego żywioł. Coraz lepiej się dogadujemy, pozwala mi siebie obserwować i chociaż zazwyczaj wtedy milknie, z pewnym popłochem i podejrzliwością, to wymienia słownik, którym się posługuje. Więcej w nim wdzięczności, spokoju, mniej potrzeby udowodnienia, mniej szukania w innych (winnych?), tego co już tu jest, a co przywykliśmy nazywać miłością. Z tym nowym słownikiem pojawiają się ludzie, ci widziani przez chwilę, ci z którymi jem obiad i piję wino, ci ze spotkań autorskich, przyjaciele, rodzina. I tyle życia, tyle życia mnie wypełnia podczas tych spotkań, łapie za oddech, szkli oczy, wprawia brzuch w drżenie. Nie umiem tego ogarnąć, a już na pewno opowiedzieć. Moja przyjaciółka nazywa to żarem.

Nie wiem ile potrwa moja nowa przygoda, tak samo jak nie wiedziałem ile potrwa moja podróż, ale wiem, że gdyby nie spacer lasem amazońskim, gdyby nie fale z Wyspy Wielkanocnej, ogromne kauri w Nowej Zelandii, dżin z Kuala Lumpur i kraby w Malezji, może dłużej szukałbym drogi do domu. Słownik Języka Polskiego podaje taką definicję domu: „miejsce, z którego ktoś pochodzi”. Myślę, że dom to również miejsce, do którego ktoś zmierza.

 

Potrzebuję Was, waszych reakcji, maili, komentarzy, zwierzeń, muzyki, którą się dzielicie, historii, pytań, uwielbiam kontakt, który się rodzi w wyniku słów, a raczej zrozumienia, i to, że potrafimy, że chcemy czasami coś sobie dać. Porusza mnie to, dziękuję. Nie wiem co z tego wyjdzie, ale chciałbym za kilka dni pisać więcej na blogu, zrobić kilka zdjęć, pokazać wam las i drogę do lasu. Tym bardziej, że „Duchy Jeremiego” moja nowa powieść już skończona, pojawi się we wrześniu w wydawnictwie Wielka Litera. Nigdy nic ważniejszego nie napisałem. Doczekać się nie mogę Waszego zdania – o ile oczywiście zechcecie przeczytać.

Poprzedni wpis                                                                                                        Następny wpis

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

  • http://facebook.pl/zyciewpodrozy Mikołaj | Życie w podróży

    Bardzo zechcecie przeczytać. Bardzo. Możesz być o to spokojny. Też nie mogę się doczekać :)

  • https://erient.pl Erient.pl

    No i napisałaś coś mądrego. Piękne co napisałaś, widzę ten obrazek, dziękuję.