Magda Jethon

Ze względu na swój znak rozpoznawczy jakim są kolorowe włosy przez wielu bywa taktowana niepoważnie. Kiedy została zwolniona z dyrektorowania radiową Trójką protesty zespołu trwały miesiącami, dopóki nie przywrócono jej na stanowisko. Magda Jethon każdy temat ostatecznie sprowadza do radia, które jest tożsame z jej życiem osobistym. Nam opowiada również o tym co myśli o śmierci, jak przygotowuje się do bycia babcią i dlaczego kobietom jest trudniej.

Muszę pana ostrzec, że postanowiłam za dużo nie mówić.
Dlaczego?
Bo jako szczególara mam tendencję się rozgadywać, potem dziennikarze mi przysyłają skróty, czasami bezsensowne i z autoryzacją są problemy. Jestem ugodowa, ale zasadnicza. Lubię mówić, dlatego muszę się kontrolować. Na początku wywiadu obiecuję sobie, że będę odpowiadać góra dwa zdania na pytanie, a w trakcie okazuje się to absolutnie niemożliwe.

Proponuję żeby jednak się pani nie ograniczała.
Niech pan tak nie mówi, ja i tak powiem za dużo. Co pana interesuje?

Zacznijmy od przeszłości. Podobno udawała pani, że się nie zna na matematyce i specjalnie nie odrabiała zadań domowych, bo zazdrościła humanistom.
No i proszę, muszę zacząć od Mieszka I. Poza ojcem który przed wojną skończył Politechnikę Warszawską wszyscy u nas byli humanistami. Jako jedyna z czwórki rodzeństwa odziedziczyłam umysł ścisły. Siostry i brat śmiali się, że mam duszę urzędnika, że jestem dokładna, że w pamięci wszystko liczę. Sami nie potrafili i być może dlatego szydzili, że jestem urzędniczką, więc poszłam do liceum plastycznego. W wieku 15 lat chadzałam do czytelni i godzinami czytałam Tatarkiewicza, robiłam nawet notatki. Niewiele rozumiałam, ale chciałam pokazać rodzinie, że nie mam natury księgowej. Liceum na pewno mi pomogło, właśnie wtedy postanowiłam nie uczyć się matematyki, chociaż wcześniej byłam laureatką olimpiady matematycznej na szczeblu centralnym. Wolałam stłamsić te zdolności zamiast je hołubić, połączyć z plastycznymi i np. pójść na architekturę.

I gdzie pani wylądowała?
Nie dostałam się na malarstwo, więc rok studiowałam matematykę, ale tęskniłam do artystów, humanistów. Zrezygnowałam i wyruszyłam z Wrocławia na północ Polski, najpierw był  Toruń, potem  Gdańsk i w końcu Warszawa. W sumie studiowałam na pięciu uczelniach, ostatecznie skończyłam pedagogikę, a później poszłam na podyplomowe dziennikarstwo.

Miłość do humanistyki trwa?
Nie ustaje, ale jak dostaję, jako dyrektorka, roczny budżet to od razu szybko dzieli mi się w głowie na miesiące, tygodnie, na audycje, godziny, i już wiem gdzie będę musiała obciąć dziesięć złotych.

Jak pani określa swoją relację z Trójką?
Nigdy nie próbowałam tego nazwać, ale to chyba jest miłość toksyczna.

Jaka jest cena toksycznej miłości?
Są krótkie okresy kiedy jest odwzajemniona i długie kiedy jest się samotnym. Sporo było momentów gdy mnie radio nie chciało, do tego dochodziło poczucie, że w niczym nie zawiniłam.

Zacznijmy od pierwszych kroków w Trójce.
Byłam potwornie dumna, że się tu znalazłam. Jonasza Koftę minęłam na korytarzu, potem przeszedł Jacek Janczarski, wszystkie te postaci dobrze znałam, bo w moim domu słuchało się  Trójki. I tak chodziłam korytarzami, mdlałam z zachwytu i zastanawiałam się co ja tu robię. Maciej Zembaty był pierwszym publicznym człowiekiem z którym przeszłam na ty. Czułam, że jestem w królestwie humanizmu, o który mi zawsze chodziło, chociaż wydawało mi się, że w takim towarzystwie to mogę tylko sprzątać.

trojka

Dużo się pani nie napracowała, bo przyszedł stan wojenny i została pani negatywnie zweryfikowana.
Dostałam wilczy bilet, nie tylko do pracy w mediach, ale w ogóle. Trwało to osiem lat. Zajęłam się robótkami plastycznymi, umiałam szyć, robiłam na drutach, kupiłam sobie maszynę dziewiarską. Jednak jej odgłosy zainteresowały sąsiadów, którzy martwili się czy przypadkiem nie drukuję ulotek. W końcu zaczęłam malować ikony świętych dla galerii Desa.

Obrywa pani wciąż za kolory na głowie?
Zdarza się, choć ostatnio coraz rzadziej. Kiedyś ktoś na jakimś forum napisał, że mam tyle w głowie co na głowie. Dla wielu moja fryzura oznacza, że nie jestem poważna.  Jeśli ktoś ma problem z moimi włosami to trudno. Na szczęście  nie jest to mój problem. Widział pan „Legalną blondynkę”?

Tak, komedia, zdaje się że nie najmądrzejsza.
Nie wiem czy są mądre komedie, ale ta pokazuje jak można dotkliwie się pomylić oceniając bliźnich po wyglądzie, czyli po pozorach. To historia pięknej dziewczyny, którą rzuca chłopak, bo uważa, że skoro rozpoczyna studia prawnicze na Harwardzie i ma szanse zostać „kimś”, to nie może zadawać się z dziewczyną, której piesek nosi różową kokardę. Ona zrozpaczona chce udowodnić, że nie jest głupia, więc całe wakacje się uczy, w końcu  dostaje się na Harvard. Ostatecznie okazuje się być najlepszą studentką. Facet oczywiście chce do niej wrócić, ale ona zauważa, że może kiedyś zostanie „kimś”,  więc z takim dupkiem nie będzie się zadawać. Pokazała, że można mieć równocześnie laptop w różowym łabędzim puchu i celujące stopnie na dyplomie jednej z najlepszych uczelni świata.

Kobiecie w naszym kraju jest zazwyczaj trudniej awansować, zarządzać, dyrektorować niż mężczyźnie. Doświadcza pani tego?
Oczywiście. Ja jestem w szczególnej sytuacji, bo poza tym że jestem kobietą, to jeszcze dla niektórych wyglądam niepoważnie. I chociaż sytuacja kobiet się zmienia to my kobiety musimy przede wszystkim  walczyć ze sobą. Odkryłam pewnego dnia, że mam słabą wiarę w swoje możliwości. Kiedy szukano nowego dyrektora Trójki  i zadzwonił do mnie prezes z pytaniem czy nie chciałabym przyjąć tej propozycji to poprosiłam o trzy dni na przemyślenie. Pojechałam poradzić się na Myśliwiecką, pytałam bliskich czy dam radę. Przez te dni rozmawiałam ze wszystkimi świętymi. Mężczyzna w takiej sytuacji pyta od kiedy i za ile. To dla mnie odpowiedź na pytanie o pozycję kobiety. To jest głęboko zakorzenione. Teraz już patrzę inaczej, ale wiele kobiet ma w sobie takie wątpliwości, tymczasem mężczyźni przez wychowanie, kulturę są ich zazwyczaj pozbawieni.

Od czego pani zaczęła dyrektorowanie?
Zaczęłam  oczywiście od finansów. To był marzec. Poszłam do naszych finansistek  i poprosiłam o wydrukowanie dokumentów. Wielkie płachty – listy płac leżały na podłodze. Studiowałam je bardzo dokładnie. Okazało się, że pieniędzy wystarczy może do czerwca. Wymyśliłam zbiórkę publiczną, wielu chwaliło pomysł, ale mało kto wierzył w jego powodzenie. Dobry pomysł to dopiero pięć procent, chodzi o to by go zrealizować. Nikt nam nie chciał pomóc z tymi koszmarnymi  formalnościami, więc z zastępczynią i sekretarzem programu same wynajęłyśmy prawnika. Do przeprowadzenia zbiórki potrzebna była zgoda MSW. Resortem tym kierował wtedy Grzegorz Schetyna. Zaczaiłam się na niego po jednej z audycji. Nie czułam żeby traktował mnie do końca poważnie. Byłam dyrektorką od jakiś dwóch miesięcy, miałam kolorowe włosy i byłam kobietą. Przycisnęłam go, powiedziałam, że nie chcę pieniędzy tylko szansy, zgody na zbiórkę publiczną. Kazał złożyć papiery. Na początku lipca dostałam telefon z MSW, że jest sporo błędów we wniosku, potrzebne były również podpisy członków Komitetu Miłośników Trójki, do którego zaangażowałam znane nazwiska. Zbyszek Zamachowski był pod Chałupami, Krzysiek Daukszewicz  na Mazurach, reszta też rozproszona po całej Polsce. Musieli w ciągu jednego dnia złożyć podpisy na wniosku. Zrobiłam ogromne tabelki, rozłożyłam nazwiska na pojedyncze strony, do tego wielka czcionka, posłałem mailem. Kartki dostarczone przez kuriera posklejałam, udało się.

Ile zebraliście pieniędzy?
Prawie milion, w ciągu kilkunastu tygodni. Podglądałam konto, ludzie wpłacali różnie, ale bardzo często wpłaty zawierały cyfrę „3”, zazwyczaj po 333 zł, niektórzy 33 zł, największa wpłata to były 33 tysiące. Sporo było drobnych kwot po 3 złote. Czytałam wszystkie wpisy w treści przelewu, wiele wzruszających.

Jakie są pani relacje z zespołem?
Niektórzy koledzy są dla mnie mili, niektórzy kadzą, ale są też kontestujący. Staram się, żeby tych ostatnich było jak najmniej. Zdarzają się też i tacy, którzy wpadają do gabinetu, krzyczą i wychodzą trzaskając drzwiami. Potem wracają, przepraszają i pozostajemy w dobrych relacjach. Jeden z dziennikarzy, kiedy ma coś na sumieniu przychodzi do mnie ze swoją śliczną córeczką Hanią na ręku, bo wie, że ja uwielbiam małe dzieci i od drzwi mówi: „zobacz Haniu to jest nasza kochana ciocia Magda”. Mam w gabinecie taką kanapkę terapeutyczną, niektórzy odstawiają na niej komedie, inni tragedie. Przyszła do mnie jakiś czas temu młoda reporterka i powiedziała, że nie ceni kobiet które rządzą. Dla mnie to było zabawne, urocze nawet. Wysłuchałam jej audycji, na kartce wszystko wypunktowałam, potem porozmawiałyśmy. Zobaczyła wtedy, że trochę się znam na radiu i problem zniknął, teraz jesteśmy w dobrych relacjach. Piotr Baron mówi „całe życie z wariatami” i ma rację. W Trójce jest sporo silnych osobowości zależy mi by tacy pozostali, by mieli dla siebie przestrzeń. Lubię ich wszystkich bardzo. Wolę nawet jak się wściekają bo to znaczy, że się mnie nie boją.

A co z pani życiem osobistym?
Moje życie osobiste to jest moje radio, czyli Trójka. To jest mój wybór, tu jestem bardzo szczęśliwa i mam duże poczucie spełnienia. Kiedy moja córka była mała, to angażowałam się mocno w jej wychowywanie. Teraz jestem w wymarzonym miejscu.

Na jakąkolwiek trafiałem wypowiedź o córce zawsze była w niej czułość.
To chyba naturalne. A teraz mam dla niej jeszcze więcej czułości, bo jest w długo wyczekiwanej ciąży, a ja będąc akurat na zwolnieniu  nawet gotuję, czego całe lata nie robiłam. Na kuchence w domu stał u mnie obraz. Siedzę, piorę, prasuję niemowlęce kaftaniki, słucham o smoczkach. Będę babcią i  obiecałam we wszystkim pomóc, chociaż zapomniałam już jak to jest mieć w domu niemowlaka. W każdym razie zostawiłam na tę okoliczność cały urlop.

Dlaczego jest pani na zwolnieniu?
Miałam w lutym bezsensowny wypadek. Na początku myślałam, że niegroźny, ale okazało się inaczej. Na szczęście medycyna zwyciężyła, operacja się udała, choć były poważne zagrożenia, ze śmiertelnym włącznie.

Myśli pani o śmierci?
Nie lubię o tym myśleć, nie chcę, bo to jest niekonstruktywne, chociaż w szpitalu musiałam podpisać dokument, że liczę się z potencjalnym zgonem. Trzeci dzień po operacji bolała mnie potwornie głowa. Pierwszy raz wtedy pomyślałam o eutanazji, że nie pozwolę by ktoś mnie zmuszał do życia w bólu. Jeżeli czegoś się obawiam to tego, że będę niedołężna.

Pani jest odważna?
Na odwagę muszę się zdobywać. Analizuję, nie śpię i w końcu dochodzę do momentu, w którym czuję że muszę zrobić to co chcę.

Co pomaga przejść do działania?
Kiedy  głośno i publicznie powiem, że zrobię to co sobie wymyśliłam. Jestem słowna, więc to mnie motywuje, słowa muszę dotrzymać. Od dawna stosuję tę strategię. Pracuję z dwiema kobietami, moją zastępczynią Anną Krakowską i sekretarzem programu Anną Burzyńską. Nigdy by mi się nie udało osiągnąć tego, co osiągnęłam, gdyby nie one. Myślę, że i pan by ze mną dziś nie rozmawiał. Jestem im za wszystko bardzo wdzięczna, tym bardziej, że nie należę do osób łatwych. Czasami przychodzę rano z karteczkami na których mam wypisane pomysły z nocy. No i wchodzę do radia, i mówię do nich: mam pomysł. I chociaż łapią się za głowy, to potem siedzimy do późnych godzin, bo one też kochają radio. Czasami, któraś z nich mówi, że musi wcześniej wyjść. Chociaż milczę, to łapię się na tym, że w środku mi wszystko krzyczy, że z jakiej racji. Na szczęście się nie tłumaczą, sama muszę to w sobie przetrawić. A jak ja potrzebuję wcześniej wyjść, co rzadko się zdarza, to mam poczucie winy.

Jest coś konkurencyjnego dla radia?
Na razie trudno mi sobie wyobrazić życie bez radia. Mam takie  marzenie, kiedy odwołają mnie z funkcji dyrektora to bardzo bym chciała, żeby na moje miejsce przyszedł prawdziwy radiowiec, najlepiej ktoś z zespołu, kto nie będzie psuł radia. Nie znoszę szkodników!

Co trzeba zrobić by dotrzeć do słuchaczy, umieć się sprzedać i zachować autorską jakość?
Błędem jest zakładać, że trzeba dotrzeć do wszystkich. W jakimś sensie jesteśmy radiem elitarnym, gdy sobie to uświadamiam nie walczę o każdego słuchacza, chociaż walczę o słupki. Ale nie można tego robić za wszelką cenę, kosztem poziomu, jakości. Trzeba składać słuchaczowi atrakcyjne propozycje, szukać klucza do tych, którzy jeszcze do nas nie trafili. To wymaga stałej aktywności i ogromnej pracy.

W co pani wierzy?
Trudno powiedzieć, by nie zabrzmiało to banalnie. Chciałabym powiedzieć, że w ludzi. Wierzę w pasje, talent, możliwości, determinację i pracę.

Co pani robi żeby się pani chciało?
Nic. Po prostu jestem od urodzenia uparta, żeby nie powiedzieć zawzięta, no i staram się być konsekwentna. Kiedy miałam siedem lat poszłam z całą klasą na przedstawienie iluzjonistyczne. Pan prestidigitator pokazał nam trzy sztuczki, które można, jak twierdził, zrobić w domu. Dwie były proste, trzecia polegała na tym, że trzeba było poskładać odpowiednio gazetę, potem ją podrzeć, szarpnąć i wychodził kwiat. Przyszłam do domu, obiad na stole, rodzina wokół mnie, a ja  składam gazety. Nie wychodzi. Każą mi zjeść obiad, a ja nie. Kolejna gazeta w strzępach. I wciąż się nie udaje. Obiad już zimny, a ja walczę z gazetami. W końcu mama mnie już błaga, żebym zjadła. Mowy nie ma. Wściekła odpowiadam: „Zdechnę a zrobię”. I tak mi zostało do dzisiaj.

Magda Jethon – dziennikarka, pracę w Programie Trzecim Polskiego Radia rozpoczęła w 1977 roku, a w lutym 2009 roku została jego dyrektorką. W grudniu tego samego roku  odwołana ze stanowiska, a po dziesięciu miesiącach protestu zespołu radia na stanowisko przywrócona. Wydała dwie książki oparte na anegdotach z cyklu radiowego „Pani Magdo, pani pierwszej to powiem”. Mama Marty Jethon, neurolożki.

 

Wywiad został opublikowany w magazynie Zwierciadło nr 8/2014, Robert Rient.