martwic

Martwić się znaczy – nie kochać

Słowo martwić jeszcze w XV wieku znaczyło tyle co być martwym, uśmiercać czy zabijać. Wiek później martwić zaczęło oznaczać kłopoty, zgryzotę. Po grecku marasmos oznacza więdnięcie, usychanie, a po łacinie mortuus to właśnie martwy

Im bardziej martwiła się o swojej mamę tym mniej ją kochała. A to potęgowało poczucie winy, że za mało się stara, że ostatni raz niepotrzebnie podniosła głos, że nie powinna jechać na wakacje skoro jej mama może umrzeć. Anita zbliża się do czterdziestki, ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym i mieszka w małym miasteczku pod Poznaniem. Cztery lata temu Bożena, jej mama, przeszła mastektomię prawej piersi, obecnie jest pod stałą kontrolą lekarską. Podczas leczenie i w pierwszych tygodniach po zabiegu Anita odwiedzała mamę prawie każdego dnia, teraz stara się ją odwiedzać co najmniej raz w tygodniu. Bożena mieszka sama, jej mąż, ojciec Anity umarł ponad dziesięć lat temu. Wraz z rakiem pojawiła się u niej również depresja, której Bożena nie chce leczyć farmakologicznie ani terapeutycznie, gdyż twierdzi że i tak jej czas się zbliża. Anita czuje się jak w potrzasku, obowiązek pomocy mamie miesza się u niej z potrzebą bycia blisko, martwienie o stan zdrowia wywołuje w niej lęk, czasami niechęć i złość, której nie decyduje się wyrażać, ponieważ mama choruje. Jednak to co najbardziej męczy Anitę to właśnie stałe zmartwienie, które wypełnia większość jej myśli. I chociaż nie pamięta by kiedykolwiek w dorosłym życiu spędzały ze sobą tak dużo czasu, to nie pamięta również by kiedykolwiek dzieliła je tak wielka emocjonalna przepaść.

Słowo martwić jeszcze w XV wieku znaczyło tyle co być martwym, uśmiercać czy zabijać. Wiek później martwić zaczęło oznaczać kłopoty, zgryzotę. Po grecku marasmos oznacza więdnięcie, usychanie, a po łacinie mortuus to właśnie martwy. „Nie lubię słowa zmartwienie, kojarzy mi się ono z czymś śmiercionośnym, z wycofaniem się z relacji, z czegoś realnego i żywego” –   mówi Agata Algierska, psychoterapeutka pracująca w Centrum Psychoterapii Integralnej w Poznaniu i dodaje, że zamartwianie się bywa „narcystyczną obroną przed spotkaniem z drugą osobą”. Dzieje się tak dlatego, że zmartwienie, martwienie się czy zamartwianie nigdy nie odbywa się w teraźniejszości. Zawsze jest wyobrażaniem przyszłości w oparciu o jakiś fakt z przeszłości, lub tylko owego faktu interpretację. Martwiąc się o kogoś pozostajemy w złudzeniu, że idziemy do kogoś, do spotkania, do budowania, do dawania, ale tak naprawdę robimy krok od człowieka, od emocji, od bliskości, od intymności.

Martwienie się o chorą mamę wydaje się być zupełnie naturalne i w kontakcie z rzeczywistością. Jednak pod zmartwieniem Anity znajduje się bardzo dużo złości i frustracji do mamy. Złość niesie w sobie zagrożenie utraty relacji. Zazwyczaj nie boimy się złości tylko jej konsekwencji, a tak naprawdę fantazji na temat konsekwencji. Anita boi się konfrontacji, nie tyle swojej złości co samej myśli o tym, że może się zezłościć na chorą mamę. Im więcej się martwi tym rzadziej mierzy się ze swoimi wypartymi, negatywnymi uczuciami. „Dlatego wolimy się zamartwiać niż złościć, bo w naszej kulturze jest to o wiele łatwiej przyjmowane i akceptowane. Dodatkowo zmartwienie w naszej kulturze kojarzone jest z miłością, bywa odbierane jako zaangażowanie, wyraz uczuć,  deklaracji że jestem przy kimś. Ale to jest ucieczkowe, służy podtrzymywaniu iluzji kontaktu a nie podtrzymywaniu kontaktu.” – komentuje Agata Algierska.

Czym innym jest troska, rozumiana jako zainteresowanie drugą osobą i uważność na nią. Gdy ktoś obok nas cierpi zazwyczaj doświadczamy bezradności, tym bardziej jeśli jest to bliska osoba. Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość w takich sytuacjach wybiera zmartwienie, a zatem tworzenie wyobrażeń. Wtedy ludzie nie są ze sobą, grają w grę pod tytułem „tak bardzo Cię kocham, że będę się o Ciebie zamartwiał i będę cierpiał jeszcze mocniej od Ciebie”. To nie jest bycie ze sobą, a złudzenie obecności. Wolimy się martwić niż być blisko, sprawdzać, pytać, pomagać, dawać przestrzeń, interesować się. „Martwienie się jest formą myślową, którą mam pod kontrolą. Ona się rozwija, ale tylko w mojej głowie, nie powoduje natomiast rozwoju danej relacji. Ja się dziecko o Ciebie martwię – gdy mówię to zdanie odtwarzają się w mojej głowie różne straszne historie. Tak naprawdę pod tym zdaniem bywa ukryty inny komunikat: nie ufam, że sobie poradzisz; nie wierzę, że jesteś wystarczająco dorosły; nie wierzę że jesteś moim partnerem bo muszę się o Ciebie zamartwiać, bo nie dasz sobie rady, bo jesteś słaby i nie umiesz się o siebie zatroszczyć. Czym innym jest zapytać: jak mogę Ci pomóc, albo powiedzieć nie umiem Ci pomóc, ale może ty wiesz czego potrzebujesz. To właśnie jest troska” – komentuje Agata Algierska i dodaje, że  zamartwianie się jest prawie zawsze nawykową formą obrony przed rzeczywistością zewnętrzną i wewnętrzną. A każda psychologiczna obrona służy ochronie przed jakąś odmianą bólu i realnością tego wszystkiego co niesie ze sobą relacja. W jej skład wchodzą pragnienia i frustracje, radość i złość, ale również nasze poczucie zależności i bezradności. A z bezradnością, niemożnością zrobienia czegoś by ulżyć ukochanej osobie bardzo ciężko sobie radzić. To te momenty, w których wszystko co możemy zrobić to być, nie radzić, trzymać za rękę,  pozwolić odejść zarówno umierającemu rodzicowi jak i dostającemu dziecku. Jednak dopóki się martwię nie muszę kontaktować się z rzeczywistością, nie muszę być tu i teraz, nie muszę przeżywać tych wszystkich emocji. Wtedy właśnie włącza się mechanizm wyobrażania sobie przyszłości, tego wszystkiego co może się przytrafić, snucia historii czyli martwienia się.

Niektórzy manipulują sobą nawzajem, dając drugiej osobie powody do zmartwienia, bo tak wyobrażają sobie bliskość. Czasami w ten sposób zachowują się zakochani, którzy na początku relacji próbują sprawdzić jaka będzie przyszłość, uzyskać niewypowiedzianą obietnicę: skoro opiekujesz się mną teraz to znaczy, że zrobisz to później gdy np. będę niedołężna. Osoby takie pozostają w przekonaniu, że martwienie się o kogoś lub bycie z kimś ktoś się martwi jest równoznaczne z bliskością. Nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób szereg relacji zostaje przedwcześnie pogrzebanych pod ciężarem oczekiwań i zwykłego zmęczenia związanego z koniecznością śpieszenia na realny lub wyimaginowany ratunek. Na podobnej zasadzie opartych jest szereg relacji koleżeńskich, niekiedy przyjacielskich dopóki jedna ze stron pod wpływem psychicznego wyczerpania nie zechce odejść, lub nawet uciec. Zmartwienie uniemożliwia pozostawanie w kontakcie z realnymi uczuciami, np. złością do drugiej osoby o to, że  nie dba o siebie, że zapomniała wziąć leki i jest chora, że oczekuje pomocy i wysłuchania. „W troszczeniu się jest coś bardzo żywego, nastawionego na drugiego człowieka, w zamartwianiu przeciwnie oddalamy się, odcinamy. Bo druga osoba nam zupełnie nie jest potrzebna byśmy mogli się zamartwiać. Wystarczy wyobrażenie” – mówi Agata Algierska. „W swojej pracy terapeutycznej przede wszystkim sprawdzam do czego pacjentowi służy zamartwianie, jaką funkcję pełni, w jakim obszarze się dzieje i jaką niesie informację”. Niekiedy jest ono opowieścią o braku gotowości na wyrażenie nieprzyjemnych uczuć, czasami mówi o lęku przed odejściem kogoś kogo chcemy na siłę przy sobie zatrzymać, innym razem wynika z braku umiejętności swobodnego przeżywania radości czy spokoju. Bywa również, że martwimy się nawykowo, że jest to nieświadomy odruch, którego nigdy nie poddaliśmy analizie, krytycznej ocenie, wtedy martwimy się bo wydaje się to naturalne, dobre, dodatkowo nagradzane przez współczesną kulturę. Jednak za każdym razem gdy zaczynam się martwić warto siebie zapytać po co to robię. I dlaczego wolę odpływać myślami w zmartwienie niż wybrać troskę.

Anita nie odważyła się powiedzieć swojej mamie o złości, paraliżującym ją uczuciu bezradności, ale też lęku przed śmiercią. Taka rozmowa jest dla niej obecnie zbyt trudna, ale po konsultacjach z terapeutką uczy się rozpoznawać mechanizm zamartwianie, tego jak wybiera pozostawanie ze swoimi myślami, zamiast pozostawania w kontakcie z mamą. Anita uczy się zadawać pytania i słuchać odpowiedzi: Jak mogę pomóc, czego potrzebujesz, co jest Ci teraz potrzebne, co chcesz abym zrobiła. Uczy się nie wybiegać w przyszłość i nie brać odpowiedzialności za nastrój mamy. Wie, że w spotkaniu dwojga osób potrzebna jest przestrzeń, stara się ją wypełnić nie tylko zabiegami pielęgnacyjnymi, rozmowami o receptach, ale również milczeniem, z którego powoli wyłania się bezradność, troska, i miłość.

 

Artykuł został opublikowany w magazynie Sens, „Fałszywa troska – na czym polega”, listopad, 2014, Robert Rient.

  • Sonka

    Coś w tym jest.