Mela Koteluk

„Nadmierna i głodna, umiarkowania i zwyczajności” – o sobie tak śpiewasz?
Rzeczywiście, chyba sporo mnie w tym. Z uporem maniaka dążę do pewnego stanu równowagi, tworzenia i utrwalania środkowego pasma. Mam bardzo dobrze wykształcone góry i doły, ale to co pomiędzy, wymaga ode mnie kreatywności. Być może to tylko kwestia dostrzeżenia tej sfery i skupienia się na niej, trudno powiedzieć. Jest we mnie potrzeba stabilizacji, ale zauważam też, że im bardziej się na niej koncentruję, tym bardziej życie sprawdzą moją wytrzymałość. Wtedy myślę, że to taki etap, który testuje moją gotowość i szczerość intencji. To o czym mówię ma związek z prawdziwą zmianą postawy, autentycznym pragnieniem, a jednocześnie z cierpliwością i wyluzowaniem się.

Czym ono jest?
Chodzi o zdjęcie napięcia z pewnych tematów, pozbycia się żądań i ograniczających wyobrażeń. Warto mieć w głowie marzenia, dążenia, oczywiście. Ale robienie czegoś za wszelką cenę to czasami wsteczny, który kreuje sytuacje wymagające podporządkowania się im, a to odbiera moc i w jakiś sposób człowieka zakleszcza.

Jesteś uparta?
Nieprawdopodobnie. Muzyki nigdy nie traktowałam siłowo, ona przychodzi naturalnie, bez akrobatyki. Słowo chęć wydaje mi się kluczowe. Kiedyś pracowałam długo nad tym, żeby zaczynać zdania od słowa chcę, bo wydawało mi się, że to jest asertywność, która ułatwi życie mi i ludziom wokół mnie. Ale to chybiona forma i już jakiś czas od niej odchodzę.

Natchnieni coachowie i tania psychologia lubi takie sztuczki.
Dokładnie! Wypowiem swoje potrzeby – kolejne ambiwalentne słowo – i to niby coś zmieni. Nie artykułuję teraz wszystkiego, co przychodzi mi do głowy. Słowo chcę ograniczam jak mogę. Wierzę, że myśl materializująca się w mowie, przechodzi do działania i uruchamia lawinę zdarzeń – pytanie jakich.

Co zatem robisz, by ułatwiać życie sobie i innym?
Działam w zgodzie ze sobą, trzymam się swoich racji i intuicji. Wciąż zdarzają mi się awarie związane z asertywnością, ale uczę się i stawiam czoła trudnym sytuacjom. Im lepiej komunikuję się ze sobą, tym lepsze mam relacje z innymi. Z perspektywy czasu wszystkie sytuacje, w których uległam presji i zrobiłam coś wbrew sobie, odbiły się na otoczeniu. Gdy pojawiają się schody sztuką jest znaleźć najbardziej sensowne rozwiązanie i nauczyć się wyciągać wnioski. Jako osoba z natury nieśmiała mam nad czym pracować. W szkole nie wyrywałam się pierwsza do tablicy, znałam odpowiedź, ale podniesienie ręki w górę było dla mnie nie do przeskoczenia.

A jak teraz radzisz sobie z nieśmiałością, występując przed setkami ludzi?
Nieśmiałość nie prysnęła jak bańka mydlana pomimo tego, że wychodzę na scenę i to co robię ma charakter publiczny. W pewnym momencie zrozumiałam, że często powoduje ona problemy komunikacyjne. Wtedy nieśmiałość stała się wyzwaniem, zaczęłam jej używać jako narzędzia do przekraczania własnych granic. To trochę zmienianie wady w zaletę. Dziś, gdy mam kontakt z ogromną ilością ludzi wokół siebie, na scenie czy poza nią, robię dokładnie to, do czego uważałam, że nie byłam stworzona. To tak, jakby los celowo wrzucił mnie na głęboką wodę. Dostałam niepewność, dzięki której uczę się przełamywać wątpliwości. Miniony rok był dla mnie bardzo intensywny zawodowo i osobiście, z tej właśnie perspektywy miałam szansę by przyjrzeć się gdzie jestem i kim się staję. Zagraliśmy kilkadziesiąt koncertów. Był to trochę wgląd z punktu widzenia pralki.

Mela-Koteluk-Spadochron

 

I jak sobie odpowiadasz na pytania o to gdzie i kim jesteś? Mijają prawie trzy lata od debiutu, raczej spektakularnego, dwa Fryderyki, dobre recenzje, intensywna trasa koncertowa.
Trochę zmienił się mój tryb życia. Skupiłam się na muzyce i koncertowaniu, w konsekwencji czego ograniczyłam wiele kontaktów towarzyskich, z prozaicznego powodu jakim jest braku czasu. Czas pomiędzy wyjazdami w trasę wykorzystywałam, żeby pobyć w domu, nacieszyć się nim. Natomiast nie potrafiłabym żyć bez więzi z ludźmi, to jest wielka wartość. Lubię ludzi. Był moment zastanowienia nad utraconymi relacjami, powstało pytanie czy tryb życia, który zaczęłam prowadzić nie pozbawia mnie czegoś ważnego. Ale w temacie relacji jestem stała, tylko skala zjawiska jest inna, znacznie skromniejsza, lepiej skondensowana. I zaczęłam sobie poszukiwać odpowiadających mi proporcji, a to płynna sprawa, nie umiem ich wykalkulować, ustawić, odmierzyć. Tak jak w gotowaniu, doprawiam na oko, nie używam przepisów. Przy pierwszej płycie działałam po omacku, na psi węch, wszelkie decyzje dotyczące zespołu, składu, tego jak powinna brzmieć i wyglądać płyta, były intuicyjne. Zachodziłam w ślepe uliczki, wracałam, sporo w tym było nieobliczalności, wznoszącej energii.

Czego nauczyłaś się z popełnionych błędów?
Przede wszystkim polubiłam je, bo zaczęłam na nie inaczej patrzeć, jak na coś, co stanowi o rozwoju, wchodzeniu w nieznane, próbowaniu, aktywności. Można ograniczyć występowanie błędów stąpając tylko po znanych obszarach, ale lubię wchodzić w coś nowego, nawet kosztem błędu, bo w ten sposób doświadczam świata, ludzi, siebie. Grunt żeby wyciągać wnioski i nie wpadać w błędne koło.

Skąd „Migracje”, nazwa drugiej płyty?
To płyta o ruchu, w szczególności mentalnym. Choć można powiedzieć, że fizycznie moje życie uformowało się do postaci walizki, z którą wędruję, taki czas. A propos wcześniej wspomnianej zależności: paradoksalnie, im bardziej wykuwałam kotwicę, tym więcej migrowałam.

Stałaś się rozpoznawalna, sławna, co to dla ciebie znaczy?
Daj spokój. Rzadko kiedy ktoś mnie zaczepia, nie bywam na przyjęciach i balach. Sporadycznie zdarza się, że ktoś w trakcie zakupów zapyta mnie o autograf i to są zazwyczaj miłe spotkania, jakaś krótka rozmowa, ktoś powie że słucha moich płyt lub był na którymś z koncertów. Zdumiewa mnie czasami, jak komuś udaje się mnie rozpoznać w luźnych dresach i szopie na głowie! Podsumowując, mam dużo swobody i bardzo sobie to cenię.

Ale na koncerty jeździsz już dwoma busami, nie jednym.
To prawda, ze względów bezpieczeństwa sprzęt wozimy osobnym busem. Spędzamy w trasie niezliczone godziny, dlatego mi na tym zależało. Cieszę się, że teraz mogę wykorzystywać pieniądze do realizacji tego typu pomysłów jak transport, scenografia czy oświetlenie sceniczne. Ale pieniądze na samą twórczość czy kreatywność się nie przekładają, a może jednak w sensie „artysta głodny jest o wiele bardziej płodny”. Brak pieniędzy ma swoje dobre strony, bo uruchamia ludzi, którzy bezinteresownie oddają swoje talenty i energię pewnym sprawom i pokazuje to ich świat wartości. Na przykład, przy pierwszej płycie nie mieliśmy złotówki by zapłacić grafikowi i fotografowi, a mimo to mieliśmy wsparcie i pełne poświęcenie przyjaciela zespołu Honoraty Karapudy. Bardzo to doceniam. Wierzę w swoje idee, chronię je i bronię, kiedy muszę. „Migracje” powstawały bardziej świadomie, to pewnie kwestia doświadczenia.

Nie tylko jesteś wokalistką, ale również pracodawczynią, zatrudniasz swój zespół – jak ci jest w tej roli?
Czuję na sobie odpowiedzialność za zespół, ale nie chciałabym zunifikować się tylko do tej roli, to byłaby katastrofa! Jesteśmy przyjaciółmi, życzliwymi sobie ludźmi, wspólnie tworzymy nowe sytuacje.

A gdy pojawia się presja czasu, bo próba skrócona, do tego sprzeczne zdania, dajesz sobie prawo do podjęcia ostatecznych decyzji?
Tak było i jest, potrzebny jest ktoś kto ujmie wszystkie opinie i na ich bazie podejmie decyzje. Jesteśmy jednak zgraną grupą, nie odbiegamy od siebie światopoglądowo tak, by było to w jakiś sposób problematyczne.

Jak się odnajdujesz w tym wciąż zdominowanym przez mężczyzn świecie?
Nie ma we mnie nawykowego podziału na płeć. W dość naturalny sposób odbiegam od kategoryzacji, za to mam w sobie czujki, które pozwalają mi widzieć jakieś ilości cech uznawanych za kobiece w mężczyźnie, jakieś ilości cech uznawanych za męskie w kobiecie. Moja optyka ma raczej charakter holistyczny.

A do której energii ci bliżej, męskiej czy żeńskiej?
Obie są fascynujące! Kobiety czy mężczyzny nie czynią przecież organy płciowe, te kilka centymetrów ciała. Płeć sytuuje się w mózgu. Czasem mam wrażenie, że mężczyźni w środowisku artystycznym których spotykam, twórczy i empatyczni, mają więcej substancji szarej niż mówią o tym podręczniki do biologii.

Skubas jakiś czas temu powiedział, że sport jest mężczyzną, a muzyka kobietą.
Zgadza się, muzyka nie jest z pewnością sportem, to nie są wyścigi ani ranking tego kto jest lepszy.

mela migracje

 

Co chwilę pojawiają się rankingi, najlepsza płyta, najlepszy wykonawca, największa ilość wyświetleń, obserwujesz te zestawienia?
W innej chmurze trzymam głowę. Rzeczywiście, szczególnie wiele podsumowań wypada na przełomie roku i czasem coś wpadnie na moją orbitę, ale jestem od tego daleko. Czasem mam takie przebłyski, że jest coś więcej, niż to co widzę na co dzień. Wtedy wydaje mi się, że dostałam się do nowego, innego pokoju i wyzwaniem jest utrzymanie tych nowych drzwi otwartych.

A jak się wybiera kogoś „na słuch”? W utworze „Stan dusz” śpiewasz o intuicji?
Słuch jest dla mnie, z racji muzyki, ważnym organem, zmysłem. W tonie głosu osoby, z którą rozmawiam, słyszę wolę, samopoczucie, doświadczenie. Posługuję się słucham bardziej niż wzrokiem, który mam w rozsypce. A to wszystko przez czytanie pod kołdrą z latarką w podstawówce. Słuchem poznaje świat i ludzi, on pomaga dokonywać wyborów. Ale to nie jest utwór o mnie.

Czego ci się źle słucha w człowieku?
Sporo tego. Kłamstwa i krygowania, można też usłyszeć pozę. A niekiedy to jest zła wola lub założenie złej woli.

Stałaś się bardziej ostrożna w minionych trzech latach?
Chyba nie, mam nadzieję, że nie. Nadmierna ostrożność zamyka poznanie i ogranicza. Uważanie na to co się mówi i robi ociosuje ze spontaniczności. Nie straciłam zaufania do ludzi i nigdy nie chciałabym tego stracić. Jestem wdzięczna, że mogę funkcjonować w tym świecie, również tym mikroświecie, który sama sobie stworzyłam, a który jest częścią całości. Śpiewanie jest dla mnie cały czas azylem, ma funkcje lecznicze, nawet wtedy gdy mam obciążone ciało.

„Matowy, zachrypnięty głos, niższy niż mi się wydawało” – powiedziałaś niedawno w wywiadzie, lubisz swój głos?
Nie słucham swoich nagrań, bo nie mam kompletnie dystansu do własnych płyt. Gdy już je słyszę to pojawia się mnóstwo szczegółów godnych poprawienia. Uczę się zostawiać przeszłość jako zamkniętą sprawę i brać za to, co nowe. Szczerze, nie mam wybuchu radości gdy słyszę się w radiu.

Za to ja mam. W tym roku kończysz trzydzieści lat, przywiązujesz jakąś wagę do tej liczby?
Jak spotkamy się po 3 lipca to Ci powiem czy przekroczyłam jakiś magiczny próg. Nie myślę o wieku. Nie czuję się na żaden wiek. Wiem, że to pieczątka, że żyjemy w kulturze zegarków. Nie chciałabym wpaść w jakąś rolę z powodu samej liczby, każdy ma swoje tempo.

Wciąż tyle podróżujesz? Masz czas dla siebie?
To bywa tak, że czasami nie umiem odmawiać światu zadań, które by chciał żebym wykonała. Dlatego zastanowienie się nad tym co się dzieje, nad rzeczywistością, jest bardzo ważne. To proces wewnątrz głowy, indywidualne skupienie, o takie momenty w trakcie dzikiego galopu jest niełatwo, to jak odczepienie swojego wagoniku z pędzącego składu. Tęskni mi się za tak swobodną głową, którą pamiętam z przeszłości, kiedy nie było tylu bodźców naraz. To twórczy stan. Nie robić nic to czasami jedne z najważniejszych momentów w życiu, wtedy można zrozumieć czy zmienić perspektywę. Wynajęłam jakiś czas temu pracownię dla siebie, to tylko moja przestrzeń, ułatwia mi życie, bo mogę posiedzieć tam sama. W ostatnim roku często odwiedzałam swoją rodzinę, rodziców, to też czas dla mnie. Regeneruję się u korzeni, odpoczywam w mateczniku. Czytałam wcześniej, że tak się dzieje, ale jeszcze nie potrafiłam tego doświadczyć. Aż tu nagle okazało się, że zamiast jechać na koniec świata z wielkim plecakiem, wolę być bliżej ludzi, którzy pozwalają mi odetchnąć, nie oczekują ode mnie czegokolwiek poza tym bym była kim jestem i tym samym dają mi wolność. Doceniam to jak obchodzi się ze mną moja rodzina, nie narzuca mi swojej wizji świata, tylko daje bezpieczne miejsce do bycia. Wracam tam bardzo chętnie.

A co robisz by – tu kolejny cytat z twojej nowej płyty – „nie pompować się pragnieniem”?
Świat, ten stworzony przez nas, lubi wywierać presje. Ale przecież możemy stawiać swoje granice i ja cały czas się tego uczę. Za każdym razem gdy mi się to udaje jestem z siebie dumna, idę sobie kupić dobrą kawę z kardamonem. Cały czas bywa tak, że robię mały kroczek w przód, a potem robię trzy kroki wstecz. Życie skupia się na drobiazgach. Mam wrażenie, że cała sztuka polega na nauczeniu się zamiany wszelkich wymagań na cieszenie się byciem, celebrowanie codzienności i szanowanie życia. Wdzięczność, ta emocja, ma wielką moc. Muzyka jest jak gotowanie, tworzenie piosenki przypomina tworzenie dania, w którym wiele zależy od odpowiednich proporcji, wyczucia. Bo czasami od jednej szczypty czegoś powstaje smak całości, bo sens tkwi w szczypcie.

A pokusę i strach faktycznie stawiasz obok siebie, są dla ciebie tym samym?
Jedno napędza drugie. Strach kusi. A pokusa wynikająca z chęci, pożądania wywołuje pustkę, z kolei ona jest tożsama ze strachem. Przynajmniej tak ja to widzę, ktoś przecież może się z moim punktem widzenia nie zgodzić. Podziwiam gesty kolekcjonowania, same kolekcje. To mogą być obrazy albo pudełka od zapałek, reaguję na to z zachwytem, że ktoś zbiera coś od dwudziestu lat. Ja z kolei mam tak, jeśli chodzi o dobra materialne, że potrzebuję w tej materii ruchu, żeby móc z nich korzystać. Nie lubię gromadzić płyt czy książek na później, nie lubię zasypywać się przedmiotami. To odbiera mi swobodę. Wolę przeczytać dobrą książkę, dać ją tobie, siostrze, komuś z zespołu. W naszym gronie działa obieg, tak wolę. Nad Świdrem, kilka kilometrów od szosy lubelskiej, stoi coś na kształt karmnika dla ptaków, jest miejsce na jedną książkę, zabiera się ją i zostawia nową. Podoba mi się ta idea. Treść z płyty czy książki wpływa na mnie inaczej gdy nie uznaję jej za własną.

Nie znajdujesz w sobie chęci uchwycenia tego co mija, co przeminęło?
Oczywiście, że odnajduję. Pisanie piosenek to takie regularne chwytanie tego, co mija. Natomiast sęk w tym, żeby nie chwytać wszystkiego i nauczyć się pewne rzeczy odpuszczać, a to właśnie wymaga ode mnie jakiejś inicjatywy. To jak puszczenie czerwonego balonika, który jest dość duży, w którym odbija się świat, ale który też ten świat przesłania. Puszczenie sznurka może chwilę potrwać.

I co powoduje, że uwalniasz ręce?
O to właśnie chodzi, o wolne ręce, którymi można samemu coś stworzyć.

Mela Koteluk (ur. 3 lipca 1985 w Sulechowie) – wokalistka i autorka tekstów, jej debiutancka płyta pt. „Spadochron”, została nagrodzona w kwietniu 2013 roku Fryderykiem w kategorii Debiut roku i Artysta roku. W listopadzie 2014 roku ukazała się jej najnowsza płyta zatytułowana „Migracje”, oba albumy osiągnęły status platynowych płyt.

 

Wywiad został opublikowany w magazynie Sens nr 4/2015, Robert Rient.

Mela i ja

Mela Koteluk i Robert Rient