Michał Kiciński

Kiedy pierwszy raz pomyślałeś o pieniądzach?
Bardzo długo odkładałem na pierwszy komputer. Razem z kolegą zbieraliśmy butelki i oddawaliśmy do skupu. Złotówki wymieniałem na dolary, bo te można było trzymać w skarpecie i nie traciły wartości. W mojej rodzinie nigdy się nie przelewało. Mama pracowała w poradni wychowawczo zawodowej, a tato jako nauczyciel akademicki. Będąc dzieckiem szybko zrozumiałem, że brak pieniędzy jest ograniczeniem, które komplikuje życie. Nie żyliśmy w nędzy, ale skromnie, pieniędzy co chwilę brakowało, albo trzeba było się nimi martwić. Zbudowało to we mnie silną motywację i postanowienie, że nie będę tak żył. Nie chciałem nieustająco myśleć o pieniądzach – dlatego chciałem je zdobyć. W końcu zapadła we mnie decyzja: do trzydziestki kupię sobie Porsche i będę miał 200 milionów złotych.

Twój majątek szacowany jest na 300 milionów złotych. A Porsche kupiłeś przed trzydziestką?
Tak, nawet kilka lat przed trzydziestką. Faktycznie majątek rośnie, ale na tym etapie życia cele biznesowe i finansowe mam odhaczone.

Kiedy poczułeś, że wszedłeś na szczyt?
W 2007 roku gdy z Marcinem Iwińskim – przyjacielem z którym założyłem CD Projekt – otrzymaliśmy tytuł Przedsiębiorcy Roku. Wygraliśmy z mocną konkurencją, z prawdziwymi gigantami.

Wtedy pojawiła się na rynku pierwsza część gry komputerowej „Wiedźmin”.
I ponad milion sprzedanych egzemplarzy – o to nam chodziło, by pokryć zainwestowane środki, by wejść na międzynarodowy rynek twórców gier, a do tego sporo się nauczyć.

Kopia _DSC4328-2
Fot. Olga Plesińska

Pomimo sukcesu kolejne lata były dla Ciebie trudne.
Ekstremalnie. Końcówka boomu inwestycyjnego, wzięliśmy ogromny kredyt i uruchomiliśmy sporo nowych projektów, w tym dwie kolejne części Wiedźmina. Chwilę później rozpoczął się krach finansowy, weszliśmy w niego z zadłużeniem, które w końcu sięgnęło ponad 20 milionów złotych. Nie mieliśmy na pensje dla pracowników, a zatrudnialiśmy ponad trzysta osób. Po raz pierwszy ktoś nas okradł, ktoś inny oszukał, ktoś wstrzymał płatności, do tego walcząca konkurencja. Zaczęliśmy tracić na różnych frontach.

Stres?
Niemożliwy do opisania. Szczęśliwie bank, w którym zaciągnęliśmy kredyt, zbankrutował, co dało nam kilka miesięcy oddechu. Nowym właścicielom zależało na tym by utrzymać naszą firmę przy życiu i ostatecznie odzyskać zadłużenie. Rozpoczęliśmy pierwsze rozmowy z inwestorami. Postawiliśmy na Zbigniewa Jakubasa, ale nie udało się porozumieć, a on rozpoczął rozmowy z firmą World Service. Zaczęliśmy  myśleć o przygotowaniach wniosku o upadłość i powoli godzić się z tym, że to koniec pięknej przygody. W gazecie trafiłem na informację, że rozmowy Jakubasa z World Service się przeciągają, sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem zapytać inwestora czy mamy jeszcze o czym rozmawiać. Ostatecznie, po wielu perturbacjach, zawarliśmy porozumienie.

Czym się zajmowałeś w firmie?
Głównie komunikacją, PRem i marketingiem, sprawami kreatywnymi. Razem z resztą zarządu pracowałem nad długoterminową strategią firmy. A drugi profil to uruchamianie nowych zadań. Zbierałem zespół tworzący pierwszego Wiedźmina. Nigdy nie interesowało mnie utrzymywanie w ruchu rozpoczętego zadania, za to bardzo lubiłem inicjować nowe projekty, rozpoczynać je.

Dlatego ukończenie liceum nie było atrakcyjnym wyzwaniem?
Być może, wtedy moją pasją były gry. Na zewnątrz słońce, potencjalne przygody w naturze, a ja siedziałem w pokoju z zaciągniętymi zasłonami i joystickiem w ręku. Nauczycielom w Liceum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie zależało na dobrych wynikach maturalnych. Był taki zwyczaj by oblewać w trzeciej klasie tych, którzy mają słabe wyniki z określonych przedmiotów. Lubiłem matematykę, ale poległem podczas egzaminu komisyjnego. Wylądowałem na tak zwanej „Sorbonie”, podobno najgorszej szkole w stolicy – sportowcy, narkomani, artyści i inni, niedopasowani. To było liceum dla dorosłych, do którego chodziłem trzy razy w tygodniu, popołudniami. Mogłem zajmować się swoimi sprawami, handlowaniem na giełdzie, planowaniem przyszłości. Po latach okazało się, że liceum Czackiego, którego nie ukończyłem, podobno umieściło mnie w galerii znanych absolwentów. Śmieszna sprawa.

Gdzie się wybrałeś po liceum?
Dwa lata studiowałem handel zagraniczny, by chronić się przed wojskiem, potem wybrałem filozofię.

Dlaczego?
Szukając odpowiedzi na najważniejsze pytania, kim jestem, kim jest Bóg, po co tu jesteśmy. Szybko okazało się, że intelektualne wyjaśnienia nie są wystarczające. Jednak zanim tak naprawdę zacząłem szukać odpowiedzi na te duże pytania, poświęciłem się biznesowi z pełnym zaangażowaniem.

Czyli jak?
Całym sobą. Jako dwudziestoparolatek nie znajdowałem przestrzeni na cokolwiek innego poza biznesem, byłem jemu całkowicie oddany. Kierował i decydował za mnie postawiony cel. Nie było odskoczni, odpoczynku, prowadziło to w konsekwencji do samo-spalania, albo inaczej – bycia zżeranym.

Który moment był krytycznym, tym który cię zatrzymał?
Ukończyłem trzydzieści lat, zacząłem cierpieć na różne chroniczne dolegliwości, siadło gardło, problemy skórne, do tego potworne osłabienie. Po pewnym czasie strzeliło mi wiązadło w kolanie, chociaż obiektywnie nie było do tego przesłanek. Sporo bólu, któremu towarzyszyło poczucie, że zajmuję się nie tym co mnie karmi, co sprawia, że jestem szczęśliwy. Podchodziłem do pracy z coraz większą rezerwą, zacząłem się leczyć medycyną zachodnią, naturalną, potem niekonwencjonalną, zainteresowałem się różnymi warsztatami ogólnorozwojowymi. Kariera zawodowa nigdy nie była celem samym w sobie, od początku wiedziałem, że pieniądze są potrzebne, by mieć przestrzeń i czas by zajmować się tym co najciekawsze.

Co jest najciekawsze?
Dla mnie poznawanie siebie i natury świata, dowiadywanie się o co w tym wszystkim chodzi. Dwadzieścia lat temu miałem poczucie, że wiem wszystko, teraz nie wiem prawie niczego. To fascynujące. Cały czas jestem w procesie nauki dbania o swoje ciało, słuchania go, dostrzegania, odzyskiwania sił, radzenia sobie z przeszłością.

Brzmi jak opowieść o wychodzeniu z depresji.
Dobrze brzmi, bo musiałem się z depresją zmierzyć. Smutek przewijał się w historii mojej rodziny, ale myślę, że depresję zaprosiłem do siebie stylem życia.

03.07.2015 Warszawa N/Z Michał Kiciński ; współtwórca i współwłaściciel firmy CD Projekt i m.in. gry Wiedźmin Fot. Filip Miller
Fot. Filip Miller

Co ci pomogło?
To był trudny czas, nie spałem od trzech tygodni, czasami udawało się w nocy usnąć na dwie, trzy godziny, czasami w ogóle. Mój partner Marcin zapisał się na kurs medytacji Vipassana w Indiach, poleciałem z nim. Dopiero w samolocie dowiedziałem się, że całość trwa dziesięć dni, pobudki o czwartej rano i dziesięć godzin medytacji dziennie. Nie było odwrotu. Nie zasnąłem w samolocie, w ośrodku medytacyjnym dostałem – jak wszyscy – mały, pojedynczy pokój, w którym również nie mogłem usnąć. W końcu udało mi się wejść w rytm medytacji, szybko poczułem się jakby trafił do domu, miejsca, które znam od dawna. Pewnego razu gdy stałem w kolejce po jedzenie, dotarło do mnie, że stałem w takich kolejkach, w takim sznurze ludzi, już setki, a może setki tysięcy razy, tyle, że nie w tym życiu. Smutek za przeszłością, za życiami, które minęły, połączył się z moją obecną depresją. Przypomniał mi się żal i powaga, którą nosiłem w sobie od dziecka, to poczucie tęsknoty za czymś czego nie dokończyłem, poczucie braku, pustki. Nagle rdzeń mojej depresji stał się zrozumiały. Przepłakałem z dwie godziny, a w końcu poczułem jakby mi ktoś zdjął wór kamieni z pleców. Smutek towarzyszący mi od dziecka odszedł na zawsze. Powrócił regularny, mocny sen, a po zakończeniu kursu czułem się jakbym miał skrzydła. To doświadczenie zmieniło moje życie.

Wracałeś na Vipassanę?
Wiele razy, by zrozumieć siebie, mechanizmy, które mną rządzą, determinują moje relacje. Uspokojenie tej części umysłu, która stwarza energie, emocje, myśli, pozwala by wypływały przeszłe energie, emocje i myśli – czasami pochodzące spoza znanego i teraźniejszego świata. To nie tylko niezwykle odświeżające, ale również uzdrawiające. Każde wydarzenie jest szansą na to by uwolnić siebie, by coś przepracować, zrozumieć. Tak samo każda irytująca nas osoba może być potraktowana jako dar do przyjrzenia się temu, czego w sobie nie kochamy, co odrzucamy. W tym sensie wszystko i wszyscy są lustrami, które nas odbijają. Medytacja pomaga patrzeć w nie z większym spokojem.

Udało ci się dotrzeć poza ten znany i teraźniejszy świat, o którym mówisz?
Tak. W bardzo różnych okolicznościach. Na Vipassanie zaczęły się mi pojawiać bardzo dziwne obrazy. Różne epoki, różne sytuacje. Takie jakby czarno-białe zdjęcia. Ignorowałem, je myśląc, że to po prostu moja wyobraźnia. Aż w końcu pojawiły się takie, których nigdy bym sam nie wymyślił. Poszedłem się spytać nauczyciela o co w tym chodzi. On powiedział, że jako produkt uboczny dużej koncentracji mogą się pojawić obrazy z poprzednich wcieleń. W samej medytacji do niczego to nie służy, jednak pokazuje, że jest coś więcej do czego na co dzień nie sięgamy. Później doświadczyłem wielu różnych sytuacji, znacząco wykraczających poza tak zwaną normalną rzeczywistość. Nauczyło mnie to jednego, że rzeczywistość jest dużo bardziej złożona niż nam się wydaje, oraz, żeby nie spieszyć się z mówieniem „to niemożliwe”. Choć w tych historiach, trzeźwe patrzenie i mocne stąpanie po ziemi jest bardzo ważne. Inaczej można odpłynąć w świat fantasmagorii, stracić uziemienie. Miałem takie epizody, pomimo tego, że w miarę mocno stoję stopami na ziemi. Widziałem sporo osób mających z tym problem. Pojawia się w nich fascynacja różnymi dziwnymi teoriami, często spiskowym, czy przesadne zanurzenie się w świecie niematerialnym, kosztem normalnego życia.

A może obrazy z poprzednich wcieleń to też wytwory umysłu? Nie masz wątpliwości?
Cały czas mam wątpliwości, ale tylko na poziomie intelektualnym. Mam w sobie sporo dowodów, tego co przeżyłem, widziałem, słyszałem tak samo wyraźnie i świadomie jak przeżywam teraz naszą rozmowę. W moim świecie, aby coś mnie przekonało musiało się zdarzyć kilka zupełnie niezależnych zdarzeń potwierdzających daną teorię. Ale i tak mam w rezerwie pewien sceptycyzm. Przekonam się po śmierci. Na swojej drodze nie skupiam się też na jednym narzędziu, był moment, w którym porzuciłem vipassanę, próbowałem innych środków.

Czego jeszcze próbowałeś?
Peruwiańskiej medycyny zwanej ayahuascą. Moja przyjaciółka z Tajlandii była w związku z szamanem, kiedyś wybrałem się do niej i wziąłem udział w pierwszej ceremonii. Każdy z uczestników wypija ciemny płyn przygotowany z dwóch amazońskich roślin. To niezwykle silna substancja, która wywołuje wizje, pozwala połączyć się ze światem duchów, przodków, natury. Miałem sporo wątpliwości. Po restrykcyjnym okresie medytowania, w którym zakazane są wszelkie używki, w tym kawa, zdecydowałem się wypić nieznaną substancję. Nie chciałem się zanieczyszczać, bałem się, że to po prostu kolejny narkotyk. Długo rozmawiałem z szamanem, powiedział, że dopóki nie spróbuję to nie zrozumiem. Przekonał mnie, mówiąc, że narkotyki zanieczyszczają organizm i po zakończeniu ich działania czujemy się dużo gorzej, a po ayahuasce wręcz odwrotnie. Ceremonia się kończy, a my zostajemy jakby z czystszą świadomością. Poza tym narkotyki uzależniają, ayahuasca nie działa na tak zwany układ nagrody i zazwyczaj po jej zażyciu ludzie tracą ochotę na korzystanie z używek i prowadzenie życia sprzecznego z naturą. Po rozmowie z szamanem postanowiłem spróbować. Podczas pierwszej ceremonii dowiedziałem się sporo na temat karmy, ale już druga była największą lekcją pokory jaką odebrałem w życiu. Ayahuasca pokazała mi mnóstwo schowanych w mojej osobowości wad, kompleksów i dała lekcje na następne lata życia.

Co konkretnie daje ayahuasca?
To o co prosisz, chyba, że potrzebujesz czegoś innego – tak przynajmniej mówią szamani. Kluczowa jest intencja, czyli to z czym przychodzisz na ceremonię. To inteligentna roślina, która w trakcie spotkania pozostaje z Tobą w kontakcie, porozumieniu, a ty jako uczestnik tego spotkania masz wpływ na jego przebieg.

Jaka jest twoja główna intencja?
Miejsce, do którego chcę dojść wypełnione jest spokojem i zdrowiem. Ayahuasca poszerza świadomość, pokazuje jedną sytuację z wielu różnych perspektyw. Pomaga zrozumieć głębokie przyczyny trudności napotykanych w życiu. Pomaga ułożyć relacje z innymi, lepiej ich zrozumieć. Pokazuje też czym jest prawdziwa bezwarunkowa miłość. Ale uwaga, to nie jest panaceum na wszystkie problemy. Tak jak medytacje mógłbym polecić niemalże każdemu, tak z ayahuascą byłbym bardzo ostrożny. Myślę, że dla wielu, zdecydowanie lepsze są klasyczne metody terapeutyczne, w których może kroki stawia się w spokojniejszym tempie, ale są one bardziej ugruntowane. Tym bardziej, że psychoterapia cały czas się intensywnie rozwija.

Korzystałeś z terapii?
Tak, głównie lowenowskiej pracy z ciałem. Fenomenalna sprawa. A Marzena Barszcz, która zdaje się sprowadziła metodą do Polski z USA jest prawdziwą mistrzynią, z intuicją nie do oszukania.

Czego szukasz?
Harmonii, rozgoszczenia się w niej. Zależy mi na tym, by w pełni korzystać ze swojego potencjału, by dogadać się ze swoim ciałem, nie robić tego co mu szkodzi. A gdy już dotrę do tego miejsca, byłoby świetnie gdybym umiał komuś pomóc. Materialnie interesuje mnie stwarzanie takich przestrzeni, miejsc, które sprzyjają rozwojowi, zdrowiu psychicznemu i fizycznemu.

03.07.2015 Warszawa N/Z Michał Kiciński ; współtwórca i współwłaściciel firmy CD Projekt i m.in. gry Wiedźmin Fot. Filip Miller
Fot. Filip Miller

Co to za miejsca?
Jedno z nich znajduje się w Urlach pod Warszawą. Wiosną przyszłego roku chcemy otworzyć ośrodek, do którego będziemy zapraszać różnych nauczycieli, trenerów, uzdrowicieli, szamanów, terapeutów. Inne miejsce to Fort Traugutta w Warszawie, który również chcę zapełnić warsztatami ogólnorozwojowymi, jogą, medytacją, wydarzeniami dotyczącymi zdrowia na różnych poziomach. Pomogłem też wystartować Strefę Rozwoju (strefarozwoju.pl) – wirtualne miejsce dla poszukujących informacji, terapii, warsztatów dla ciała i ducha oraz dla prowadzących różnorodne szkolenia. Mam również ośrodek w Peru, w świętej dolinie położnej w drodze z Piasaq do Machu Picchu. Szereg drzew, ogrodów, szlaków prowadzących w góry, daleko od drogi, czysta woda, pyszne jedzenie. Przyjeżdżają tam ludzie zainteresowani jogą, ale również warsztatami naturalnych upraw roślin, gotowaniem bez obróbki termicznej, szałasami potu. Ośrodek wspiera również lokalną szkołę i społeczność.

Pracujesz również nad projektem telefonu komórkowego.
Prace są już bardzo zaawansowane. Żyjemy w czasach przeładowania bodźcami, aplikacjami, zbędną stymulacją. Do tego szkodliwe promieniowanie generowane przez urządzenia komórkowe. Tworzymy bardzo prosty telefon, służący do niezawodnego dzwonienia i esemesowania, którego bateria będzie działała przez wiele dni, a samo urządzenie zaprojektowane jest tak by służyło kilkanaście lat. Taka ultranowoczesna wariacja na temat pierwszych telefonów z lat 90tych, mająca przy tym kilka bardzo ciekawych i innowacyjnych rozwiązań.

Które z narzędzi wspomagających rozwój uważasz za najsilniejsze?
Vipassana jest najsolidniejszą metodą którą próbowałem i zawsze w mniejszym lub większym stopniu mi towarzyszyła. A ostatnio wraca do mojego życia z nową siłą. Dodatkowo praca z oddechem. Jestem coachem techniki, która nazywa się Transformation Breath. Podczas sesji oddechowych dotyka się ciała, pomaga odblokować emocje, przynosi to niezwykłe efekty. Myślę, że od przyszłego roku zaczniemy organizować warsztaty tej techniki w Polsce. Trzeba jednak pamiętać, że każdy z nas ma swoją unikalną ścieżkę. Ważne by podążać za tym co najbliższe sercu. Tym co nas naprawdę porusza. Czasami zamiast wyjeżdżania do szamańskiej chaty w amazońskim lesie deszczowym, pomocne może się okazać wejście do najbliższego kościoła i pomodlenie się do Jezusa.

Korzystasz z tego?
Jasne. Najśmieszniejsze jest to, że doświadczenia z innych kultur tak bardzo przybliżyły mnie właśnie do Jezusa. Gdy pojechałem do miejsca jego narodzin i śmierci zaraz po ukończeniu kursu Vipassany, to głębia i precyzja doświadczenia jego obecności była niewyobrażalnie mocna. Nasza wiara jest taka jakby zwykła i powszednia. Nie ma w niej kolorowych wizji, ale to przepiękna droga, a słowa Jezusa mają ogromną moc i mądrość. Pod warunkiem, że naprawdę chce się je zrozumieć i wprowadzić w życie, co dziś wcale nie jest takie powszechne i oczywiste. Moc jego nauki jest niezwykła. Jest w tym spokojna pokora i porzucenie ego na rzecz wiary i ufności. Podziwiam tych, którzy tak potrafią, wciąż jestem na początku nauki tej trudnej sztuki. Oczywiście kościół gnębi wiele patologii, zupełnie jakby jego hierarchowie nie słyszeli słów swojego mistrza, to prawda, ale w tej społeczności żyje też mnóstwo pięknych ludzi o czystych sercach i dobrych intencjach. Tylko że oni nie rzucają się w oczy. W oczy rzucają się kapłani zabiegający o władzę i pieniądze, czy popełniający różne inne paskudne występki. Ich najbardziej widać w mediach.  Dla mnie Jezus to jeden z największych nauczycieli i uzdrowicieli, który cały czas jest z nami i działa.

A Budda?
On i Jezus to dla mnie bracia. Szli różnymi ścieżkami na ten sam szczyt, a czasami krok w krok obok siebie.

Co różni Ciebie sprzed dwudziestu lat i tego z teraz?
Świadomość, inaczej patrzę na świat i to jak należy osiągać cele. Znacznie mniej wierzę w samodzielną sprawczość, upór, ego, a zdecydowanie bardziej skłaniam się w stronę poddania i współgrania z wszechświatem. To co jest wspólne to stale obecne pragnienie czynienia dobra. Pozostała również determinacja. Gdy pracowałem nad Wiedźminem było kilka momentów, w których rozsądek podpowiadał by odpuścić i czułem, że jestem na granicy. Zwyciężała determinacja, która później pomagała mi wytrwać podczas długich godzin medytacji bez ruchu. Gdy dopadła mnie choroba, to determinacja pomagała nie poddawać się i szukać kolejnych rozwiązań. Teraz idę w swoim tempie, kilka kroków do przodu, kilka do tyłu, ale ostatecznie poruszam się przed siebie. W stronę harmonii. Kiedyś szedłem z przymkniętymi oczami i zaciśniętym z wysiłku ciałem. Dziś idę rozluźniony, z szeroko otwartymi oczami, podziwiając cuda dookoła mnie.

 

Michał Kiciński (ur. 1974 r.) – inwestor, przedsiębiorca, współzałożyciel firmy CD Projekt, która osiągnęła międzynarodowy sukces grą komputerową „Wiedźmin”. Wydano ją w 109 krajach i kupiło ją ponad 14 milionów graczy. W 2014 r. znalazł się w gronie 100 najbogatszych Polaków (ranking „Forbesa”), jego majątek szacowany jest na ok. 300 mln zł.

 

Wywiad pojawił się w Magazynie Coaching, styczeń-luty 2017.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

  • http://www.szeptempisane.pl SzeptemPisane.pl

    Podziwiam od zawsze niezwykłą zwyczajność i promieniującą pozytywną energię…

  • Pawel Mokfa

    To się nazywa synkretyzm religijny. Jest to całkowite zaprzeczenie chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo rozwinęło się i wrastało na krwi męczenników którzy ginęli w męczarniach dla tego , że nie chcieli zapalić świeczuszki dla pogańskiego bożka a tu mamy do czynienia z sytuacją pt: „Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek”, czyli każdemu bożkowi oddam cześć to może się uratuję. Niestety ale starożytna filozofia grecka , która definitywnie obaliła relatywizm i stała się funadmentem rozwoju cywiliacji chrześcijańskiej jest filozofią całkowicie przeczącą tym założeniom które prezentuje pan Kiciński. Nie ma wielu prawd jednoczesnie, jest tylko jedna prawda a jest nią Bóg podczas gdy tu mamy do czynienia z przyjmowaniem wszystkich na raz. Do takiego myslania może doprowadzić tylko brak porządnej formacji filozoficznej. Pan Kiciński twierdzi, że czyta Pismo św ze zrozumieniem a przecież ideologia jaką wyznaje całkowicie przeczy Pismu. Pierwsze trzy przykazania dekalogu i pierwsze przykazanie miłości wykluczają się całkowicie z tą ideologią. Całe Pismo zasadza się na jednej zasadzie – jest tylko jeden Bóg i obowiązkiem człowieka jest go kochać i robić to czego od niego oczekuje a nie robić co się chce. Synkretyzm religijny jest ideologią którą wprowadziła w życie masoneria jeszcze w XIX w , miała ona odciągać ludzi od Boga i Kościoła. Kiedy przypominam sobie założenia doktrynalne religii masońskiej to widzę dokładnie to co opisane zostało w tym artykule.
    Mam nadzieję , że albo pan Kiciński się nawróci , albo chociaż zrezygnuje z przyjmowania sakramentów , bo świętokardcze ich przyjmowanie tylko pogarsza jego i tak tragiczną sytuację. A piszę to tylko po to by jakiś nieświadomy swojej religii katolik nie pomyślał , że ta droga która idzie pan Kiciński jest dobra. Na prawdę , lepiej być letnim katolikiem niczego nieświadomym niż tak poblądzić jak pan Kiciński.