Misia Furtak

Pracowała jako pokojówka, potem w knajpie i na recepcji, nocami odkurzała  hale i biura, żeby za dnia tworzyć muzykę. Misia Furtak znana z międzynarodowego zespołu très.b właśnie wydała solową płytę i opowiada nam dlaczego w jej życiu jest więcej smutku niż radości, i co robi za dnia, żeby mogła spokojnie spać nocą.

Jeśli gdzieś poczujesz się jak w domu to znaczy, że musisz zmienić miejsce?
Nie wiem z czego to wynikało, ale długo tak właśnie było. Kiedy zdążyłam się przyzwyczaić, poczuć się gdzieś dobrze ruszałam dalej. To anty intuicyjne, teraz trochę się zatrzymało, chociaż czasem odzywa się pokusa. A jeszcze innym razem zdaje mi się, że skoro jestem w ciągłym ruchu to nie ma znaczenia gdzie jest moja kwatera główna.

Bo poczucie bezpieczeństwa usypia, jest ograniczające? Skąd ten ruch?
Nie wiem, nie jestem dobra w podejmowaniu decyzji, gubię się przy najprostszych wyborach. Gdy mam się zdecydować na napój w knajpie doprowadzam wszystkich do szału, bo nie potrafię wybrać. Gdy jestem otwarcie postawiona przed dużym, trudnym wyborem czuję się sparaliżowana. Te decyzje, których rezultatem były moje przeprowadzki wynikały ze zbiegów okoliczności, które zaczęły się wydarzać, zanim zdążyłam zapaść się w przesadne rozmyślanie. Nie usiadłam przy biurku by zrobić świadomy plan na najbliższe lata, w których decyduje o siedmiu kolejnych przeprowadzkach, tak się po prostu wydarzało do tego czasu.

Jaka była najtrudniejsza, najważniejsza decyzja w twoim życiu?
Myślę, że pozostawienie wszystkiego i wyjazd do Dani. Przerwałam wtedy studia w Polsce, przeniosłam się do obcego kraju, w którym wszyscy mówili obcym językiem, nikogo nie znałam i zamieszkałam z obcą osobą.

Nie brakuje ci domu, własnego miejsca, niekoniecznie tego z ogródkiem i białym płotem, ale takiego prywatnego schronu?
Im więcej się przemieszczam, im więcej na mojej drodze hoteli, niepewnych miejsc, tym częściej myślę o przestrzeni, w której panowałby spokój, gdzie mogłabym na wygodnym fotelu odchylić się do tyłu i złapać oddech. Teraz w Warszawie wynajmuję dwadzieścia metrów i czasami chciałbym móc podać komuś własny, stały adres zamieszkania. Zaczynam myśleć o miejscu, w którym czułabym siebie, do którego mogłabym zaprosić ludzi. Czasami potrzebuję odosobnienia, a czasami, szczególnie jak pracuję, potrzebuję rozmów, burzy mózgów. Chociaż raczej jestem osobą dwa kroki do tyłu i jeden do przodu.

misia-ff

 

Co to znaczy?
Więcej obserwuję niż mówię. Nie odpowiadają mi zamknięte, odizolowane środowiska, grupy. Jestem ostrożna jeśli chodzi o przynależność do większego zbioru ludzi, bo w pewnym momencie oni wypracowują i ustalają pewne wartości, pod którymi ty już nie bardzo chcesz się podpisać. A moje dwa kroki do tyłu to wszystkie te momenty gdy potrzebuję się wyłączyć. Tak było na przykład na festiwalu w Krakowie, gdzie niespodziewanie przeniesieni na główną scenę, graliśmy przed Florence and the Machine dla ponad 30 000 ludzi. To była taka mobilizacja, że schodząc ze sceny przybiłam tylko piątkę z chłopakami od Florence, którzy akurat wnosili harfę, usiadłam w garderobie i usnęłam na godzinę. Tak czasami jest gdy występuję i schodzą ze mnie nerwy, później muszę odreagować.

Poza snem jak jeszcze sobie radzisz ze stresem?
Po koncercie często wypijam lampkę wina, ale gdy odzywają się nerwy nie mam sprawdzonych sposobów, za każdym razem jest inaczej. Próbuję wewnętrznie się wyciszyć, tak by nawet jeśli w środku wszystko mi się przewraca, na zewnątrz emanować spokojem, to się odbywa siłą woli, na granicy rozmów ze swoim wewnętrznym duchem.

Jak rozmawiasz z tym duchem?
Zaczynam wcześniej, przed ważną sytuacją, na przykład koncertem staram się dobrze przygotować, to mi daje pewność. Rozgrzewam głos, sprawdzam czy działa odsłuch. Nie muszę oglądać sali, czy są ludzie i jacy, bo to co zrobią i pomyślą nie zależy ode mnie, ale robię wszystko żebym sama sobie nie miała nic do zarzucenia.

Jesteś Łemkinią i podobno twoi przodkowie większość roku spędzali pracując poza domem, będąc tak jak ty prawie ciągle w trasie.
Moi dziadkowie, pradziadkowie handlowali mazią, prawie trzy czwarte roku spędzali na wozach maziarskich, wskakiwali na nie i jechali do pracy, sprzedawać swój towar. Rodzice urodzili się już na ziemiach zachodnich, po akcji „Wisła”. Poza tym spora część mojej rodziny zajmowała się muzyką, sztuką. Tata ma słuch absolutny, ale z niego nie korzysta. Kuzyn jest świetnym oboistą, takie geny. Być może te wszystkie przesiedlenia, praca w ruchu mają na mnie jakiś metafizyczny wpływ, ale szczerze mówiąc nigdy o tym nie myślałam. Babcia i dziadek ze strony taty, i dziadek ze strony mamy pochodzą z jednej wsi Łosie, a druga babcia z innej, położonej zresztą bardzo blisko Klimkówki. Po przesiedleniach trafili w różne miejsca, i to, że moi rodzice poznali się w Gdańsku i okazało się, że już od samego początku mają wspólną przeszłość i są Łemkami to dla mnie niezła historia.

Jakim byłaś dzieckiem?
Grzecznym i spokojnym. Za to dostałam gorączki jak mama zabrała mnie do teatru na „Królewnę Śnieżkę” i zobaczyłam czarownicę niosącą jabłko. To był przebrany facet i przyszedł do Śnieżki z  niecną intencją. Nie wiedziałam, że to facet i w ogóle nie wiedziałam o co chodzi, ale wiedziałam że coś jest nie tak. Mama śmiała się, że chciała mi zaaplikować trochę kultury a musiała mi aplikować leki. Gorączka 40 stopni przez dwa dni.

Jak miałaś sześć lat zaczęłaś szkołę muzyczną, którą porzuciłaś w wieku dwunastu lat, dlaczego?
Bo wydawało mi się to kompletnie bez sensu. Szkoła była upierdliwa, pani nauczycielka z naręczem swoich dzieci słuchała odgrywanej pracy domowej, zadawała następne i tyle. Nie trafiało to do mnie. Gdy przeszłam ze skrzypiec na flet poprzeczny to po kilku miesiącach pan nauczyciel powiedział, że totalnie się ze mną nudzi, bo gram gamy a on uczy samych zaawansowanych. Nie czułam by komuś tam zależało, a dla mnie muzyka była ważna. To była męka, zła energia, frustracja. Pomyślałam trudno, nie będę muzykiem, pogodziłam się z tym.

Jak na decyzję o porzucaniu szkoły zareagowali rodzice?
Jakiś czas temu powiedziałam im, że mogli mnie zmusić,  żebym kontynuowała. Śmiali się, że po latach dziecko im zarzuca, że nie było do czegoś przymuszane. Wspierali mnie, widocznie tak jak ja nie wierzyli w szczerość moich nauczycieli, widzieli ile mnie to kosztuje emocjonalnie. Dzisiaj jak przyjeżdżam do mamy do Zielonej Góry, wieczorem, po wypiciu herbaty mogę od razu zasnąć, w Warszawie to nie jest możliwe, leżę do późna, myślę. Bardzo dobrze się tam czuje. Dzwonimy do siebie z mamą bardzo często, łączą nas bardzo dobre relacje. Rzadziej rozmawiam z moim tatą, ale to wynika z charakterów, on jest bardziej wycofany i bardziej surowy, a jednocześnie to najuczciwsza i jedna z najbardziej inteligentnych osób, jakie znam. Chwile zajęło nam znalezienie sposobu na dobrą komunikację, ale udało się.

W jednej z piosenek śpiewasz „wiesz, że któregoś dnia twoje marzenie rozedrze cię na strzępy”, zastanawiam się czy teraz coś cię w środku rozrywa na strzępy?
Mam teraz więcej spokoju niż wtedy gdy pisałam ten utwór. Ale gdy coś złego dzieje się na świecie czuję złość i jestem rozedrgana. Mam dosyć męczące poczucie sprawiedliwości, dotyka mnie chciwość, nieuczciwość, spiskowanie, kwestia wolności obywatelskiej. Jak mam w sobie spokój to mam z czego czerpać, ale jak jestem w panice to do niczego się nie nadaję.

Skąd bierzesz spokój?
Z przyjaźni, od bliskich, z rozmów, przegadania trudnych tematów. Jestem raczej współpracująca, nie lubię stanowczo stawiać granic, jakiś czas temu w ogóle tego nie robiłam. Zgadzałam się na zbyt wiele. Teraz wolę czasami przemęczyć się w trakcie konfrontującej rozmowy, odmówić, wyrazić swoje zdanie zamiast w imię iluzji współpracy milczeć, bo potem za to płacę właśnie brakiem spokoju, poczuciem, że robię coś wbrew sobie. Ale trudno mi o tym mówić, ja w ogóle nie bardzo lubię mówić o sobie, zwłaszcza o tym co prywatne.

Jesteś smutna?
Wydaje mi się, że tak, chociaż nie chcę generalizować. Włącza się we mnie czasami głupia naiwność, przekonanie, że świat jest dobry i wtedy gdy zdarza się coś złego to mi bardzo daje po głowie, bo nie dość, ze wierzę w utopie, to jeszcze dodatkowo czuję się jak oszust, który próbował ludzi przekonać do tego, że świat ma sens. Jestem bardziej smutna niż wesoła, chociaż lepszym słowem będzie melancholia.

Jak się ona objawia?
Bardzo dużo pamiętam, czasami to przeszkadza. Z ludzi, których znałam, znam, z wydarzeń, z przeszłości, buduję różne układanki, wychodzą mi mapy historii, ludzi, miejsc. Do niektórych nie mam już w ogóle powrotu, niektóre są wciąż otwarte, ale skręciły w jakieś odleglejsze ode mnie miejsca i to czasami powoduje melancholię, poczucie tego, że tyle spraw przeminęło i przeminie. Wymyślam scenariusze tego jak mogłoby być. To nie jest jednoznacznie smutne, to raczej zaduma, która pomaga czasami produkować smutne teksty.

„Przez te wszystkie lata marzyłam, żeby spędzać dni tak bym mogła w nocy spać”.
To opowieść o marzeniu dotyczącym mojej drogi życiowej, pisałam je w trudnym momencie, z perspektywy kompletnego załamania. Jeśli wybór życiowy ma dużo ciemnych stron, i prawie wszystko mówi, że on nie ma prawa się udać, a mimo to idzie się w wymarzoną stronę to czasami nie jest człowiekowi łatwo. Mieszkałam wtedy w Holandii, miałam już zespół, ale żeby grać muzykę pracowałam fizycznie, trwało to kilka lat. Miałam studia, dyplomy, ale nic się nie zmieniało w mojej sytuacji, byłam na granicy. Gdyby nie dobra wola ludzi, którzy pozwoliły mi mieszkać tam bez płacenia czynszu nie poradziłabym sobie. Najpierw pracowałam jako pokojówka w hotelu, potem w knajpie, odkurzałam nocami hale i biura, potem na recepcji. Dzięki pracy w nocy mogłam za dnia grać próby.

Patrząc z perspektywy opłacało się?
Tak, to był wybór, niczego nie żałuję. Pamiętam jak sprzątaliśmy wielką wystawę sztuki, w jednym pomieszczeniu wisiał najdroższy obraz wystawy, trójka sprzątających ze mną Marokańczyków postanowiła z mapą w ręku odnaleźć ten obraz, przyjrzeć się mu. Poszłam za nimi. Doturlaliśmy się z przemysłowymi odkurzaczami wyglądającymi jak R2D2 do działu z renesansowym malarstwem, stanęli przed obrazem jak wryci, i po chwili jeden z nich powiedział „nie kumam”, drugi na to „ja też”. I poszli. Pomyślałam wtedy, że nigdy w życiu już mnie coś takiego nie spotka i zdałam sobie sprawę jak dziwne i niesamowite zarazem jest to co robię. Największa trudność polegała na tym żebym przestała o sobie myśleć jako o sprzątaczce. Takie myślenie, że sprzątanie nie jest moim życiem, że jest tylko drogą do muzyki nie było proste. Tym bardziej, że ludzie dookoła żartują sobie z ciebie, ktoś odłącza ci odkurzacz, ktoś wchodzi za bar bo lepiej naleje sobie piwo, dopada cię poczucie, że mogłoby cię tu nie być, że w ogóle nie jesteś potrzebny. Napisałam w tym czasie do pewnej wokalistki, która zanim weszła na światowy poziom pracowała fizycznie, gotowała, sprzątała. Czułam się niezręcznie pisząc do niej, ale przez jej historię była pierwszą, do której chciałam się odezwać. Byłam o krok od zrezygnowania z tego co dla mnie ważne, napisałam jej o wszystkim, zapytałam o rady, i dostałam od niej fantastycznego maila. W ostatnim zdaniu napisała, że jeżeli to jest to co chcemy robić to co innego możemy zrobić. Pomyślałam potem, że tak, faktycznie to jest takie proste.

To prawda, że twoje muzyczne początki to mikrofon podpięty do komputera i ty sama w pokoju, w rodzinnym domu w Zielonej Górze?
Tak, zresztą ta muzyka cały czas jest w sieci. Straszne śmieszne rzeczy, niezłe kwiatki. Robiłam to kompletnie sama. Siedziałam przed wielkim, starym pecetem, kabel od mikrofonu albo gitary bezpośrednio w niego wpięty i nagrywałam, potem edytowałam, dorzucałam ścieżki. Dzięki temu uczyłam się miksować, komponować, nagrywać. To były czasy bez MySpace, Facebooka, nie robiłam tego by gdzieś wrzucać muzykę, słyszało to może z pięć osób. Później przez forum internetowe nawiązałam współpracę z jakimś artystą ze Szwecji, który wysyłał mi muzykę, ja mu pisałam melodie wokalu i tekst. To był w pewnym sensie mój pierwszy zespół, tyle że z kimś, kogo nigdy w życiu nie spotkałam.

A z Tres B. po dziewięciu latach poczuliście się zmęczeni, macie chwilową przerwę czy to może być rozstanie na zawsze?
Daliśmy sobie rok by zająć się swoimi sprawami, a potem zdecydować. Na pewno jest zmęczenie materiału, każdy z nas ma również swoje zobowiązania osobiste, zawodowe, potrzebujemy trochę powietrza. To była nasza wspólna decyzja, może nie będziemy spotykać się towarzysko, ale nie wykasowaliśmy do siebie numerów. Trudno mi mówić o przyszłości, bo to ona pokaże co dalej.

Czego się boisz?
Samotności, nie funkcjonuję dobrze będąc wyizolowaną, bez relacji, kontaktu. Nie chodzi o bycie samemu tak w ogóle, bo to lubię i czasami potrzebuję. Poza samotnością boję się zależności, nie lubię dlatego myśleć o starości, śmierci.

O czym teraz marzysz?
Żebym nie musiała się martwić, żebym była osadzona, żyła bez walki o codzienność, wewnętrznego połamania. Chcę wydać kolejną, pełnowymiarową solową płytę, mieć obok siebie przychylnych ludzi i spokój.

Misia Furtak – Łemkini, urodzona w  Zielonej Górze, kompozytorka, wokalistka i basistka, autorka tekstów, laureatka Paszportu Polityki w kategorii muzyka popularna i Fryderyka w kategorii debiut roku, członkini międzynarodowego zespołu „Très.b”. W październiku pojawiła się jej pierwsza solowa płyta pod szyldem „Misia Ff”.

Wywiad został opublikowany w magazynie Zwierciadło nr 1/2014, Robert Rient.