main222

Można nie kochać

Zabić ojca – jak to jest? Proszę sobie wyobrazić trójkę rodzeństwa, dwóch braci i siostra, siedzą w samochodzie, wygłupiają się, jak to dzieci. Jeden z braci, przypadkiem, zwalnia hamulec ręczny. Samochód zjeżdża w dół, po stromym podjeździe, uderza w tatę. Tak zaczyna się najnowsza powieść Elizabeth Strout „Bracia Burgess”. Jak się dorasta z przekonaniem, że – przypadkiem, ale mimo wszystko – zabiło się swojego rodzica? A relacje z rodzeństwem, czy na zawsze muszą być naznaczone piętnem tego wypadku?

Niedawno przyjaciółka wyznała mi, że nie kocha swojej siostry. Od wielu lat żyły osobno, w dwóch różnych krajach, jedna ogień, druga woda. Przyjaciółka lubiła pociągi i książki, jej siostra szybkie samochody i filmy, ale to nie było problemem. Nie potrafiły ze sobą rozmawiać, każda próba kończyła się kłótnią, atakiem i pośpieszną obroną, złością, ranami, które nie przynosiły zrozumienia, a nawet ulgi, tylko pogłębiające się poczucie oddalenia. Przez wiele lat słuchałem narzekań na starszą siostrę zakończonych stwierdzeniem – wiesz, nie znoszę jej, nie lubię, ale kocham w końcu to moja siostra. Święta, wesela i pogrzeby, urodziny, rocznice ślubu rodziców – to wtedy zazwyczaj się spotykały. Rodzice od wielu lat nalegali by ich córki w końcu się dogadały, przestały zachowywać jak w piaskownicy, przestały skakać sobie do gardeł. I moja znajoma próbowała, zakładam, że jej siostra również. Ale już po kilku minutach wystarczyło krzywe spojrzenie, jedno słowo, przywołanie wspomnień z przeszłości, albo rada wypowiedziana pełnym wyższości tonem, by dochodziło do kolejnej bitwy. I nagle do niej dotarło – nie kocha swojej siostry, nie kocha jej od wielu lat. Wierzyła, że jest odwrotnie, powtarzała jak mantrę stwierdzenie, że rodzinę, bez względu na to jaka jest, zawsze się kocha. Okazała się, że krew, wspólne gniazdo nie miało takiej siły. Bycie obok siostry przynosiło napięcie, złość, smutek, a nie to czego nauczyła się o miłości w trakcie swojego życia, tego, że ta wyzwala dobro, tylko dobro. Świadomość przyniosła jej ulgę, do której szybko dołączyły wyrzuty sumienia i poczucie winy – nie kochać swego rodzeństwa, czy tak wolno?

Elizabeth Strout, pisarka nagrodzona Pulitzerem, w „Braciach Burgess” opowiada historię Jima, błyskotliwego prawnika, Boba, jego młodszego brata, nieudacznika, który lubi alkohol i Susan, wychowującej samotnie dziecko. Nad losami rodzeństwa unosi się duch przeszłości, śmierć ojca, okrutny i nieszczęśliwy wypadek. Nie będę zdradzał fabuły książki, bo lektura tej nie tylko wciąga, ale dostarcza wielu powodów do refleksji nad relacjami z rodzeństwem i samym sobą, poza tyn koi. Pisarka wyznała kiedyś, że pisze po to by ludzie czuli się mniej samotni, udaje jej się to. Odsłania przed nami świat znany z wewnętrznego monologu, te wszystkie myśli, które uznajemy za wstydliwe, wątpliwości, ten brak miłości do najbliższej osoby i jeszcze większy zakaz, by przyznać to przed samym sobą, a co dopiero innymi. Pamiętam, że moja przyjaciółka zrobiła długą pauzę po tym jak wyznała, że nie kocha swojej siostry, patrzyła w skupieniu na moją twarz, czekała na ocenę, a w końcu zapytała czy to nie jest oburzające. Nie jest. Od braku miłości znacznie gorsza jest miłość udawana.

„Zaznał już straty. Znał spokój, który nastał, i oślepiającą siłę paniki, i wiedział też, że każda strata niesie ze sobą jakieś dziwne, ledwie uświadamiane uczucie wyzwolenia” – pisze Strout o jednym z braci, bohaterów jej książki i dodaje „przypominało mu to chwile z dzieciństwa, kiedy przekonywał się, że potrafi kolorować obrazki, nie wychodząc za linię”. Każdy z nas to przerabiał, zanim przyjdzie satysfakcja z utrzymania kolorów wewnątrz zaznaczonego kształtu, najpierw trzeba wiele razy wyjść poza linię, przekroczyć symboliczną granicę. Ci z nas, którzy dorastali z rodzeństwem wiedzą, że ta relacja jest rozbudowanym polem doświadczalnym, czasami wysadzonym minami i niewybuchami, które czekają długimi latami na swój moment. A czasami może się okazać, że łączy nas przeszłość, wspomnienia, rodzice, miejsca i ludzie, ale nie miłość, bo ta zgasła, albo nigdy jej nie było, a może była, ale jako nakaz, oczywistość, nigdy nie przeżyta. To miejsce, puste i zaskakujące, niosące w sobie „ledwie uświadamiane uczucie wyzwolenia” może być początkiem, nowym rozdziałem w jeszcze nienapisanej książce.

 

Poprzedni wpis                                                                                                        Następny wpis

 

Felieton pojawił się w „Magazynie Coaching” nr 1/2017 (styczeń – luty).

  • Sonka

    Wiele prawdy. Może rodzeństwom „wmawia się” przymus wzajemnego kochania się?

    • https://erient.pl Erient.pl

      Czasami pewnie – nawet jeśli nie wmawia – można odczuć oczekiwanie
      miłości pomiędzy rodzeństwem za oczywiste, mogą się nie lubić, ale nie
      kochać? To przecież zbrodnia.

      • Sonka

        Tak było u mnie w domu. W chwilach konfliktów między mną a bratem, przypominano, że na całym świecie jesteśmy najbliższymi sobie osobami, a to wyklucza niesnaski wszelkie i…kochać się trzeba. Całe lata w to wierzyłam, to przecież takie oczywiste było. . .

        • https://erient.pl Erient.pl

          Rozumiem. Zmusić do miłości się nie da.