main wyspa

Na wyspie

Ten głos, który mówi, że lepiej cierpieć i swój pomysł zrealizować, niż odpuścić i osiągnąć spokój, jest znacznie głośniejszy w podróży. Na nieznane – zazwyczaj – rzucam się z zachwytem. Odpuścić, gdy sobie coś wymyśliłem, gdy sobie coś bardzo wymyśliłem, znaczy przecież ponieść porażkę, to nic jeśli tylko we własnych oczach. Nie znam osoby, która bardziej by mną pogardzała ode mnie samego. Na szczęście nie pozwalam sobie na to zbyt często, bo miłości dla siebie mam znacznie więcej. A jest tak, że postanowiłem dojść w wymarzone miejsce, na mojej drodze pojawiła się rzeka – nie powstrzymała mnie, oczywiście – i prawie utonąłem, ale o tym za chwilę. Po kolei.

DSCN0771

Ruszając z Bangkoku, wciąż z chorym gardłem i koszmarami po spotkaniu oficera żółte wąsy (do przeczytania tutaj) postanowiłem znaleźć sobie raj. Miałem trzy warunki: 1) do plaży musi być nie dłużej niż dziesięć minut piechotą, 2) do turystów musi być dalej niż dwadzieścia minut piechotą, 3) musi być tanio.

Czasami bawię się tak, że na stronie wyszukującej połączenia lotnicze, wpisuję miasto, z którego startuję i nie wpisuję miasta docelowego (pozwala na to np. Skyscanner.pl). Rozkoszuję się możliwościami, a jak pojawi się okazja – kupuję. Za mniej niż 50 zł kupiłem bilet z Bangkoku na prowincję Surat Thani – 600 kilometrów na południe. W ten sposób, po godzinie lotu, znalazłem się bliżej równika niż kiedykolwiek wcześniej, zmieniając klimat zwrotnikowo-monsunowy na równikowy. Przy okazji zwiedziłem lotnisko Bangkok-Don Muang obsługujące głównie tanie linie lotnicze. Nasłuchałem się opowieści o tym, że to koszmarne miejsce, z którego korzystają wyłącznie miejscowi – co jest bzdurą. Sprawnie, profesjonalnie, czysto, język angielski wszędzie w użyciu – nie widzę wielu różnic w porównaniu z międzynarodowym lotniskiem Bangkok-Suvarnabhumi.

Moją drugą zabawą jest szukanie noclegów, głównie poprzez portal Airbnb.pl. Wpisuję zakres cenowy i przesuwam kursorem po mapie. A później oglądam mieszkania, pokoje, ogrody. Znalazłem przestronną kawalerką z łazienką, kuchnią, własnym tarasem, i wielkim ogrodem za 30 zł za dobę. Samo południe wyspy Ko Samui (z Surat Thani autobusem do portu, potem łódką na wyspę i taksówką do mojego tymczasowego domu). Do plaży mam siedem minut piechotą, turystów nie widuję.

Dotarłem wieczorem, spocony i głodny. Dwie minuty od mojego domu jest knajpa prowadzona przez trzypokoleniową rodzinę, stołują się w niej miejscowi, co zazwyczaj jest dobrą rekomendacją. Zamawiam zupę cytrynowo-kosową z grzybami, ryż smażony z warzywami i zimnego Changa do picia (całość za 15 złotych). Dodaję sobie chili, delektuję się smakami, gdy podjeżdża motocykl. Dziewczyna zeskakuje bosą stopą na skorpiona, dużego, czarnego. Boli ją, trochę płacze, siada na krześle i dostaje zieloną maść (zwaną też tygrysią, którą Tajki i Tajowie używają praktycznie do wszystkiego, czyli podczas masażu, na poparzenia słoneczne, bóle głowy czy bóle mięśni). Dziewczyna smaruje stopę, nie płacze, jest spokojna. Zdaję sobie sprawę, że gdyby skorpion mnie ukąsił, prawdopodobnie zastanawiałbym się jak szybko umrę. Reakcja dziewczyny jest zdumiewająca i pouczająca. Odchodząc, patrzę na zwłoki skorpiona (siostra ukąszonej zabiła go klapkiem). Dokładnie tak wyglądają smażone skorpiony sprzedawane na ulicy Khao San w Bangkoku. Ulicę oblegają białe twarze, kupują nabite na patyk skorpiony i inne owady, robią sobie z nimi zdjęcia, zachwyceni swoim męstwem i głupotą.

Wracam do mieszkania powoli, kroki stawiam delikatnie, szczelnie zamykam moskitiery i idę spać.

Dzień I
Po śniadaniu złożonym z kawałków papai, grzanek z oliwą i dzbanka herbaty, idę na plażę. Będę leżał i pływał, nic więcej – to jest ten plan, który wymyśliłem sobie już w Bangkoku. 33 stopnie Celsjusza, żadnej chmury na niebie, idę, przeciekam. Nie podoba mi się dzika plaża, chcę kilometrów białego piasku. Idę więc w lewo, bo tak. Mam czapkę na głowie, która rzuca cień na nos, poza tym przeciekam bardzo w tym ukropie. I właśnie teraz na mojej drodze pojawia się rzeka Ban Thale. Wpada do morza, wygląda to nawet zachwycająco. Poza tym lubię skrajności: Syberia – Tajlandia, woda słona – woda słodka, fanatyzm – ateizm. Robię zdjęcie i postanawiam przejść rzekę.

DSCN0945

Widzieliście film „Władca pierścieni”? Jest tam taka scena – Arwena, księżniczka Elfów, ratując Frodo, przekracza rzekę, na koniu, mówi do rzeki zaklęcie by rzeka jej pomogła, by pochłonęła ścigających ją Nazguli. Rzeka słucha Arweny. Kocham Arwenę.

river

Jestem Arweną, wypowiadam zaklęcia, chichoczę, bo moja rzeka jednak wygląda marnie, wąska jest, malutka. Pierwszy krok w piasek, drugi w coś ciemnego, błotnistego, co mnie wciąga, zasysa. Mówią, żeby nie panikować, ale śmiem twierdzić, że gdyby nie panika rzeka by sobie mnie wzięła. Nie ma we mnie nic z Arweny. Jestem paniką, wypowiadam przekleństwa i rzucam się w wodzie, chcę wracać, mielę wodę nogami, mielę błoto, mielę piasek. Działam jak sprawna glebogryzarka. Wychodzę, z rękami nad głową, trzymam tam torbę, a w niej klapki i aparat – cóż za instynkt, chwalę się, żeby zupełnie nie poczuć pogardy za tą przeprawę w stylu Orków. Mokry, cały z błota, piasku i złości, szukam sposobu. Postanawiam przejść morzem, wodą. O tu:

DSCN0898

Zajmuje to sporo czasu, słońce pali niemiłosiernie, pić mi się chce. Ale w końcu triumf, przeszedłem. I idę dalej, plaży z katalogów brak, tylko dzikość i dzikość, a w końcu głazy uniemożliwiające dalszą wędrówkę. Wchodzę w roślinność, umyka przede mną wąż, skorpionów brak. Słońce i pragnienie, które narasta. Wychodzę na ścieżkę, a później betonową, szarą ulicę, żywego ducha, tylko słońce. Idę, oddalam się od wody, wbijając się w głąb wyspy. Dojdę do plaży, powtarzam sobie. Pojawia się przede mną ziemia na sprzedaż (gdyby ktoś chciał sobie wykarczować, na tablicy jest napisane: Mr Onn, 0854735571).

DSCN0811

Dojdę do plaży, tak sobie mówię, chociaż pojawia się też myśl, że za kilkadziesiąt minut umrę, od słońca. Przejeżdża obok mnie miejscowy na skuterze, patrzy się dziwnie i jedzie dalej. Po kolejnym kilometrze wchodzę w zarośla, pierdolę, obojętnie jaka plaża, muszę wleźć do wody, bo umrę. Nie ma plaży, są głazy, więc wracam tą samą drogą, wyczerpany, nie wlazłem, pić mi się chce. Myślę nawet sobie – bo czasami targuję się w głowie, czy gdybym miał przez najbliższy rok nie uprawiać seksu, ale ktoś dałby mi wodę to czy bym się zgodził, no i staje (!) na tym, że wymieniłbym pół roku bez seksu za butelkę wody.

Musicie też wiedzieć, że mam na sobie krótkie spodenki i absurdalnie przepuszczającą słońce koszulkę, bawełnianą. I musicie wiedzieć, że aby dostać się z betonowej drogi na plażę trzeba zejść w dół, a wraca się pod górę. To teraz wracam, dyszę. Po prawej pojawia się drewniana brama do resortu, wchodzę, mijam basen i wykwintnych białych turystów, wchodzę do restauracji, uśmiecham się i pytam o wodę, dostaję małą butelkę za 70 bahtów (8 złotych). Za 70 bahtów w knajpie obok mojego mieszkania można zjeść porządną kolację. Ale cieszę się, wracam na betonową i idę, mijam kolejne resorty, prywatne plaże, słońce świeci, zbliża się południe. W końcu jest, wejście w las i plaża, palmy kokosowe, jakaś łódka, oprócz mnie kobieta i rodzina, biały piasek. Wyciągam z torby ręcznik, rozbieram się do slipek, kupuję zimnego Changa, leżę, pływam, rozkosz.

Wróciwszy, z poparzeniami, głównie na ramionach, szyi i uszach, zapisuję w głowie nauczkę by nigdy nie wychodzić z mieszkania bez wody.

Dzień II
Dowiaduję się, że za miejscem, w którym wczoraj kupiłem wodę, znajduje się ośrodek „Kamalaya” i plaża, z której mogą korzystać turyści. Dziesięć minut marszu, tak mi powiedział pewien Włoch, nie plażą oczywiście, bo tam jest rzeka, ale ulicami. Mam ze sobą 1,5 litrową butelkę wody i krem do opalania. Nie wpadam na mądry pomysł nabycia mapy. Moja podróż do Kamalaya trwa ponad pół godziny i kurwa, nigdy więcej w tę stronę wyspy nie pójdę. Przy wejściu do Kamalaya okazuje się, że to teren prywatny, że można wynająć sobie pokój za 750 zł, albo domek za 3 000 zł na dobę! Z domku położonego przy plaży, kamienne schody prowadzą wprost do wody. Wchodzę na teren Kamalaya jakby nigdy i nic, wchodzę bo gdybym miał zawrócić to bym się zabił. 34 stopnie na plusie i południe, i czapka jako jedyna ochrona. Ukrywam obawę pod miną poważną, nonszalancką, lekko wyniosłą, bo tak wyobrażam sobie białych, którzy wydali taką kwotę by skorzystać z wakacji (w cenie poza wyżywieniem – masaże i oczyszczenie organizmu na szereg sposobów). Mijam dwa baseny, restauracje, uśmiechniętych, ubranych na żółto pracowników obsługi. Patrzę ludziom w oczy, żeby nie było, że się tu wkradłem. Biali są dziwni, ekscentryczni, może w drodze ze swojego pokoju na plażę, niektórzy zabrali wielką torbę, a ich gęba jest poparzona, czerwona i spocona – takimi myślami się pocieszam. I oto jest ona, grabiona, czyszczona, z leżakami i huśtawkami, biała plaża dla białego człowieka. Wybieram miejsce w cieniu, rozbieram do slipek i kładę na leżaku opatulonym żółtym ręcznikiem.

DSCN0787

Leżę, serce mi wali, z upału i tego, że jestem tu nielegalnie. Mija czas, nikt mnie nie wyrzuca. Pić mi się chce, ale nie wyciągnę 1,5 litrowej butelki z wodą na plaży, na której wszyscy pozostali mają postawione obok siebie kryształowe szklanki, z napojami różnymi. Nie zamówię nic, bo mnie zapytają o numer pokoju. Idę pływać, jest zadziwiająco zwyczajnie. Leżę.

DSCN0782

Patrzę na innych, biali ludzie w wieku każdym, sporo miejsc wolnych, większość leży sama. W końcu nie wytrzymuję i wyciągam butelkę, żłopię, z pół litra poszło. Mam wymyślone, że jak mnie ktoś z obsługi zapyta dlaczego tak żłopię, to powiem, że jestem dzisiaj na wodnej-diecie. Biali przyjeżdżają oczyszczać się tu na różne sposoby, wiem z opowieści, są lewatywy z poziomek i kawy, są napary z kory, są monodiety z wszystkiego, może też być wodna-dieta ze specjalną wodą pozyskiwaną z Kąd Śtam. Nikt nie pyta, ale kelner zauważył, że żłopię wodę z butelki, zachłannie. Zbliża się ze szklanką pełną zimnej wody, w której pływa lód i wyciśnięta limonka. Stawia obok mnie, kiwam głową, że niby nie, przy czym uśmiecham bardzo stonowanie, jakbym był znudzony i przyzwyczajony, że mi się podaje. Wypijam łyk dopiero po dziesięciu minutach, żeby nie było, że co. W końcu, niezaczepiony przez nikogo, wracam do siebie. Wiem tylko tyle, że piasek i woda na dzikiej plaży są bardzo podobne, i słońce świeci tam tak samo.

Dzień III
Żeby dojść do mojej dzikiej plaży, te siedem minut, mam dwie opcje. Droga kokosowa.

DSCN0864

Albo droga motyli.

DSCN0928

Droga motyli trwa godzinę i dłużej, bo ciężko się nie zatrzymać, takie są kolorowe i piękne. Ale o zwierzętach wyspy napiszę w innym wpisie, za dużo ich, zbyt niezwykłe są.

W pewnym momencie droga motyli łączy się z drogą kokosową. Patrzę do góry, czy któryś z owoców nie leci na mnie. Rok temu, jak w Tajlandii leżeliśmy sobie z Moniką na plaży, pod palmą, to kokos spadł obok jej głowy. Dało nam to do myślenia. Potem dowiedziałem się o pewnej pani z Austrii, która umarła kokosem zabita. Leżenie pod palmami na dzikiej plaży nie jest mądre.

DSCN0809

Podoba mi się, tak sobie idę, w przeciwną stronę niż wczoraj. Żadnego turysty, żadnej rzeki.

DSCN0808

Oparzenia nasmarowane, woda w torbie, słońce i chmury na niebie, jakby idealnie. Po drodze mijam huśtawkę, która kusi, więc ulegam.

DSCN0822

Mijam przewrócone drzewo (przy nim poznam mojego przyjaciela, o którym napiszę jutro).

DSCN0961

Mijam wyrzucone przez wodę sieci rybackie.

DSCN0824

Mijam wrak.

DSCN0840

I idę, bo jest idealnie.
Nagle coś się dzieje na niebie. Trochę Armagedon.

DSCN0831

Wiatr szaleje. Z wszystkiego co wiem o tsunami – to nie tak się zaczyna. I nagle zaczyna padać. Uciekam pod drewniany dach dawno zamkniętej knajpki. I gapię się tak na deszcz przez najbliższe trzy godziny. 29 stopni na plusie, deszczu się nie boję, tylko mam w szmacianej torbie aparat i czytnik książek, więc czekam, aż deszcz minie. I jest to kolejna nauczka, by wychodząc z domu, poza wodą, zawsze zabierać ze sobą reklamówkę, do ukrycia tego co nie może zmoknąć. Wracając, chowam się jeszcze dwa razy przed ulewą. Ostatecznie rozbieram do majtek i owijam aparat w ręcznik, i ciuchy, bo deszcz dopada mnie co chwilę, wystarczy że opuszczę mój tymczasowy schron. Gubię się na wyspie.

W końcu, pomiędzy palmami, krzakami i błotną ścieżką, trafiam do warsztatu samochodowego. Rozbawieni Tajowie wskazują mi drogę, mówią poza tym różne rzeczy pokazując na mnie palcami, ale szczęśliwie nic nie rozumiem. Domyślam się jednak, że biały, mokry człowiek, w samych majtkach i z wielką torbą na ramieniu, odwiedzający warsztat samochodowy, może wywołać różne emocje.

Uśmiecham się i wracam, mimo wszystko jakiś taki niepoprawnie szczęśliwy.

 

Poprzedni wpis                                                                                                               Następny wpis

  • Joanna – Mama w Centrum

    Popłakałam się ze śmiechu czytając Twój tekst :) Doskonały! Jakbym siebie widziała w podobnych sytuacjach 😉 i wpadłam w cały blog, jak śliwka. I zostaję.

    • https://erient.pl Erient.pl

      Dzień dobry, cieszę się, witam, łzy ocieram 😉

  • arleta bresińska-balcer

    Powiem krótko od godziny czytam Pana Bloga i skradł on moje serce. Powinnam pisać swoje posty, bo mam masę kosmetyków do zrecenzowania ale niech tam , zrobię to póżniej. Trzeba mieć odwagę być w takim zakątku, żyć z tą społecznością i jeszcze tak cudownie o tym pisać. Dzięki Panu przeniosłam się choć na chwilę na wyspę i zapomniałam o trudach codziennych. Ogromne wrażenie. Koleżanki Blogerki mnie skrzyczą, że nie odpowiadam na lajki ale ten czas jest w tej chwili dla wyspy i Jej recenzenta. Pozdrawiam Arletunialalunia czyli Arleta