Natalia Przybysz

Jestem kobietą, która boi się być kobietą – mówi Natalia Przybysz, piosenkarka.

Na czym polega wierność sobie?
Na podtrzymywaniu kontaktu z samym sobą. Na rozwoju i kultywowaniu świata wewnętrznego, na tym by nie tylko reagować na to co nas spotyka, co nami powoduje, ale by stwarzać, manifestować wolność. To może być bieganie, o które nikt nas nie prosi, które nie polega na wygrywaniu. Wierność sobie to wszystkie czynności, których celem nie jest udowodnienie czegoś w cudzych oczach.

Jak o to dbasz?
Chodzi o autonomię własnego szczęścia. Dbam o to by być czasami sama ze sobą, to trudne, gdy ma się dużo pracy, dwójkę dzieci i chłopaka, i wszyscy oni stoją nade mną jak psy przy stole, dyszą, chcą czegoś. Czasami ciężko zawalczyć o chwile tylko dla siebie.

Udaje się?
Tak, jest joga, bieganie, i czytanie. Byłam przeładowanym dzieckiem, oprócz zwykłej szkoły była ta muzyczna, i oczekiwanie by ćwiczyć dziennie sześć godzin, zupełnie nierealne. Nie miałam wcześniej czasu, ani własnej woli by znaleźć czas na to co lubię.

A jak dochodzisz do autonomii szczęścia, o której wspomniałaś?
Chodzę na terapię, to pomaga. W Polsce, czasami tak myślę, wszyscy powinniśmy iść na terapię. Terapeutka jest dla mnie neutralnym odnośnikiem do moich przeżyć, mojego świata, spotkania z nią uświadamiają mi, że moje uczucia są normalne, że mam prawo zachowywać się tak jak chcę.

To prawda, że na najnowszą płytę sporo utworów napisałaś po wyjściu z terapii?
Praktycznie wszystkie.

Śpiewasz „jak to się stało, że zapomniałam o moich piersiach” – już wiesz, jak to się stało?
Cały utwór to zlepek myśli, które do mnie przychodziły, gdy go śpiewałam bardzo długo nie wiedziałam dlaczego, jak to się stało właśnie. Zagraliśmy jedenaście koncertów i wciąż nic, wiedziałam tyle, że zapomniałam. Dopiero niedawno dotarło do mnie, że to piosenka o zaprzeczaniu własnej kobiecości, sporo jest takich dziewczyn. Piosenkarka Meshell Ndegeocello nagrała płytę „The world has made me the man of my dream” (Świat uczynił mnie mężczyzną z moich snów). Trudno być mi babką, kobietką, nie umiem chodzić na obcasach, nigdy tego nie chciałam, zawsze lepiej czułam się z chłopakami. W dzieciństwie patrzyłam na kobiety, które kochałam, a one cierpiały. Musiałam wtedy zdecydować, że nie opłaca się być kobietą. I stałam się chłopakiem mojej muzyki. W niej znajduję wrażliwość. Tak się czuję bezpieczniej, bo kobiecość wciąż jawi mi się jako coś kruchego, delikatnego, czułego, bezbronnego, pozwalam sobie taką być gdy śpiewam, i jeszcze przy dzieciach. To ważna część mnie, o której zapominam, bo ona obwarowana jest męskim pierwiastkiem, z którym nauczyłam się wychodzić do ludzi. W środku jestem kobietą, która boi się być kobietą. Stąd męskie zestawy ciuchów czy problem z koleżankami.

Ale śpiewasz, że nie jesteś „mości panienką co lubi czyścić okienko, co ścieli i mości łóżeczko”.
Bo za dużo sprzątamy zamiast skupić się na tym co robi dobry bałagan.

Co robi?
Zawsze byłam bardzo pedantyczna, moja siostra była bałaganiarą, wchodziła do mojego uprzątniętego pokoju, zrzucała buty i kładła się na łóżku, mówiłam jej by wyszła, bo robi mi swoją osobą bałagan. Gdy zaczęłam tworzyć płyty zdarzało mi się zasiedzieć, nagle okazywało się, że obok są brudne naczynia, jakieś papiery, że nie funduję sobie dnia świra i świetnie się z tym czuję. Że to co na zewnątrz jest tylko pretekstem, że największy porządek nie ułoży mojego świata wewnętrznego.

Często droga prowadzi od bałaganu do porządku.
U mnie było odwrotnie, mama dbała o to byśmy dobrze się odżywiały i były grzeczne. W całym życiu wypaliłam może z siedem jointów. Chaos zaczęłam postrzegać jako atrakcję zupełnie niedawno. Wpadłam w pułapkę wielu kobiet, matek. Urodzenie dziecka wytwarza odpowiedzialność, można się w tym zatracić. Super ojciec może być zdyskwalifikowany przez nadopiekuńczą matkę. Szczęśliwie w moim domu to on jest bardziej pedantyczny, chociaż podobno kobiecie dodaje seksapilu gdy jest bałaganiarą.

Dlaczego?
Coco Chanel tak twierdziła. Była leniwą kobietą w łóżku, i twierdziła, że to działało na mężczyzn, było bardziej atrakcyjne od wczesnego zerwania się i uprzątnięcia dobytku. Tak robią kobiety wchodzące w rolę matki swojego faceta, opiekuna.

Jeszcze jeden fragment „myślałam że to za tobą tęsknię, ale się okazało że jednak nie, tak bardzo brakowało mi mnie”.
Za każdym razem gdy wchodziłam w związek, ktoś miał coś wnieść w ten układ, wnieść coś dla mnie, uratować coś we mnie. Nigdy tak się nie stało. Ten utwór to takie moje małe olśnienie, gorzkie, ale uwalniające z drugiej strony, prawdziwe właśnie. Cierpienie jest częścią istnienia, to naturalne, nie da się zmierzyć szczęścia, uczynić go wymiernym, oczekiwać, że ktoś nam je zapewni.

Dobrze Ci ze sobą?
Zazwyczaj, powoli akceptuję coraz więcej siebie, również te smutne aspekty, uczę się wyprowadzać demony na spacer, sprawdzam jakie mają mordy.

Jak to robisz?
Nie jestem już taka krytyczna. Pomimo tego, że przez pewien czas fascynował mnie buddyzm, byłam na odosobnieniach Zen, również w Indiach, to dopiero na terapii uświadomiłam sobie, że cały czas wierzyłam w piekło i czyściec. Oba miejsca były we mnie obecne. Szereg moich związków, w tym ten z samą sobą, oparty był na konieczności przeprosin, na poczuciu winy. Nawet gdy wiedziałam, że ktoś nie miał racji, gdy się kłóciłam z partnerem musiałam przepraszać, bo jak to tak, być może za chwilę pokłóceni trafimy do czyśćca. W mojej podświadomości długo nosiłam takie toksyny, wielu z nas nosi, taki głos, który napędza poczucie winy. Teraz bez wizji piekła zdecydowanie lepiej się kłócę. Byłam wychowywana w przedszkolu u sióstr zakonnych. Gdy dzieci w wieku trzy – pięć lat karmi się obrazami Bruegla i zdjęciami z Afryki, a tak u mnie było, to trzeba siłą rzeczy nasiąknąć winą. Wyzwolenie z katolickiego poczucia winy nie powoduje, że wychodzi się ze schematu. Jest szereg izmów, chociażby mój weganizm. Są tacy, którzy zjadłszy przypadkiem masło cierpią, rzucają idee. Konstrukcja czekania na karę jest bardzo ludzka, nie potrafimy powiedzieć prawdy i zamilknąć. Wolimy przekonywać, tłumaczyć, manipulować. Czasami trzeba powiedzieć swoje i już.

Skąd bierzesz siłę?
Ból gardła oznacza dla mnie, że czegoś nie powiedziałam, że coś się we mnie zakleszczyło. Obserwuję siebie, bardzo pomaga tworzenie, cokolwiek by to było. W moim przypadku to jest śpiewanie, z dobrym sprzętem i zespołem mogę śpiewać osiem godzin.

A jest coś na czym się opierasz, coś pewnego w życiu? Miejsce, w którym możesz usiąść i odpocząć?
Mało tego. Najpewniej się czuje gdy w nocy przyjdą do mnie dzieci, zwijamy się w kulki i śpimy, jest w tym coś naturalnego, zwierzęcego. Wszystkie te atawistyczne rzeczy są pewniakami, może tylko one. Pewne jest, że jak się najem będę miała więcej siły.

Masz swoje ulubione manowce, na które powracasz?
Mam, odzywa się wtedy we mnie babcia, za bardzo zaczynam biegać po domu, przyzwyczajać wszystkich do tego, że będą obsługiwani. Gdy się zapomnę zawsze zabrnę za daleko. Na szczęście mój partner ma na tyle kultury osobistej, że nie daje się za bardzo rozpieszczać. Czasami dokarmiam, dosłownie i metaforycznie, ludzi, muzyków. Ktoś dzwoni rano i prosi o pożyczenie dwustu złotych, zgadzam się, potem ten ktoś na moich oczach kupuje sobie whiskey, a ja się znowu czuję za fajna, za głupia. To są moja manowce, przez które czasami tracę ludzi.

Jak to było z rozpadem Sistars, co było głównym motywem?
Właśnie potrzeba bycia wierną sobie, bliżej siebie. Byłam wyczerpana rutyną. Proces twórczy był coraz bardziej mechaniczny, doszło do tego, że wystarczyło bym wyszła z Pauliną na scenę, ruszała kończynami i już, ludziom się podobało. Graliśmy od wtorku do niedzieli. Myślę, że to były początki mojej depresji. Nie miałam kompletnie żadnych przyjaciół, moja siostra była parą z realizatorem dźwięku, każdy z kimś był, ja nie. Zaczęłam wchodzić wtedy w dziwne relacje, które nie miały szansy się rozwinąć. Chciałam odpocząć. Wyjechałam do Londynu do szkoły muzycznej, by z perspektywy ucznia zastanowić się co naprawdę chcę robić. Wtedy po raz pierwszy zaczęłam bałaganić, nauczyłam się przeklinać. Rutyna i smutek, zamknięcie w pudełku to dobry motyw by zacząć się zmieniać.

Wtedy pojawił się pomysł by pójść na terapię?
Później. W mojej rodzinie kilka osób ruszyło na terapię, to mnie zmotywowało. Poszłam sprawdzić w jakim miejscu jestem, kim jestem.

Największe odkrycie w terapii?
To z teraz, o kobiecości. Niedawno byłam w Indiach z mamą, dla mnie ona jest kwintesencją kobiecości, gdy szłyśmy razem ulicą znowu zaczęłam się przy niej czuć jak jej syn, koleś, przy siostrze mam podobnie, czuję się jak jej brat. Napatrzyłam się na cierpienia kobiet i przez to obraz kobiet przestał wydawać mi się atrakcyjny. Przedszkolanki, siostry zakonne, mówią do dzieci często na głowowym rejestrze, pozbawionym emocji. To ton, który nie męczy gardła, i te słowa „nie krzycz, dlaczego ty się tak brzydko zachowujesz, mi się to bardzo nie podoba, za chwilę będziesz siedział w kącie”. Podobnie mówią niektóre nauczycielki.

Mała Natalia patrząc na świat zdecydowała, że lepiej być mężczyzną.
Do tego zastanawiam się czasami czy jestem aby na pewno heteroseksualna, wydaje mi się, że gdyby mój chłopak był kobietą też bylibyśmy szczęśliwi. Mój nauczyciel śpiewu, Hannibal, afroamerykanin pochodzący z Kalifornii, który sporo czasu spędził z Niną Simon jest biseksualny i twierdzi, że wszyscy tacy są. Żeby dobrze śpiewać trzeba poznać w sobie drugą płeć, on mnie tego nauczył. Fortepian ma w sobie kobietę i mężczyznę. Instrumenty, śpiew – to nie ma płci. Przechadzanie się od męskości do kobiecości w tym pomaga. Hannibal to wyjątkowy nauczyciel, oprócz tego, że nauczył mnie śpiewać, nauczył mnie też gotować. Jeździłam do Wiednia na lekcje, on tam mieszka. Karmił mnie, chodziłam z nim o wschodzie słońca do Turków, na bazar i on tam śpiewał bakłażanom. Tłumaczył mi, że przed włożeniem do pieca, trzeba im zrobić masaż oliwą, a do tego warto śpiewać. To może być metaforyczne, bakłażan jest słodki jak się go upiecze, ale najpierw trzeba go pozbawić goryczy.

Jak?
Trzeba go przeciąć wzdłuż, to ważne, nie w okręgi. Z solidnego bakłażana wyjdą z cztery plastry, trzeba je umyć, posolić, odłożyć na czterdzieści minut by się spociły, potem wyciera się je papierowym ręcznikiem. Teraz można je wymasować w oliwie, ziołach, ułożyć na papierze, włożyć do piekarnika. To już koniec. Na tym etapie mój syn rzuca się na bakłażany, i żałuje, że są gorące. Można dodać świeżą kolendrę, kapary, włożyć między kromki chleba, zrobić sałatkę z pomidorami, opcji jest mnóstwo. Hannibal powtarzał mi, że mam w sobie trochę cukru, ale jest we mnie też sporo soli.

Dlatego napisałaś swoją wersję „Sto lat”? Śpiewasz „sto lat samotności, sto lat wiary nadziei i mdłości. Sto lat. Daj znak jak już dojdziesz do siebie, daj znak ja potrafię tu siedzieć i nie czekać lecz żyć, śpiewać i śnić”.
Bo to jest okropny utwór, czasami patrzę na twarz dziecka, któremu się śpiewa „sto lat”, ono jest przerażone. Można cierpieć i czekać, ale to nie ma sensu.

A oba procesy się wspierają. Czekanie istnieje tylko wtedy gdy sobie je wymyślimy.
Bo myślę, że tego trzeba się nauczyć, tego, że czas się toczy, że niczego co ważne nie przyśpieszymy.

Nie czekasz teraz?
Czekam, cholera, czekam. Przede wszystkim na czas z samą sobą, poza tym mimo wszystko zdarza mi się przeczekiwać trudne, irytujące sytuacje. Ale uczę się przestawać czekać, wyciszam, uczę się mówić prawdę lub nic.

Natalia Przybysz (urodzona w 1983 roku) – znana również jako N’Talia i Natu, wokalistka. Wydała solowe płyty: „Maupka Comes Hom”e i „Gram duszy” i „Kozmic Blues: Tribute To Janis Joplin”. Członkini Akademii Fonograficznej. Ma córkę Anielę i syna Jeremiego. Właśnie pojawiła się jej najnowsza płyta „Prąd”.

 

Wywiad został opublikowany w Magazynie Coaching 2015, Robert Rient

prąd