braty main 2

Odessa – przewodnik

Aby przypodobać się mieszkańcom, należy poprawnie wymawiać nazwę miasta, czyli powiedzieć miękko i czule „Adjessa”. Do dzisiaj Odessa pełna jest kontrastów, splendor miasta i pędzące po ulicach range rovery z przyciemnionymi szybami, mieszają się z rozklekotanymi tramwajami i zniszczonymi podwórkami na obrzeżach miasta.

Z pociągu wypadam jak spieczona skwarka z patelni. Dwanaście ostatnich godzin spędziłem w 50-osobowej sypialni, chociaż nie najlepiej znoszę i te 2-osobowe. Podróż relacji Lwów – Odessa, plackarta.

Zajmuję swoją bokowyje, korytarz, górna prycza, tuż przy jednym z szeregu okien, których nie da się otworzyć. Skazani na powietrze, które wytwarzamy. Mam doskonały widok na cały wagon. Krajobraz zdominowany jest przez stopy odziane w wielobarwne skarpety, różnej jakości, roznegliżowane męskie torsy i wzorzyste chusty zakrywające kobiece głowy. Otacza mnie mieszanka zapachów, którą zdolni są wydzielać tylko ludzie oraz odgłosy bratania się współpasażerów zajmujących dolne miejsca i tych wszystkich, na których spadł – zadziwiająco głęboki, jak na warunki podróży – sen.

Wypijam czarną herbatę kupioną za 2 hrywny, grzecznie odmawiam kilku zaproszeniom do zakrapianej rozmowy, umieszczam w uchu stopery i czekam na sny. Nad ranem udaję się do toalety, którą tuż przed nosem zamyka mi prawodnik, czyli szef wagonu. „Ale ja naprawdę muszę” – mówię błagalnym tonem. „A ja muszę zamknąć” – odpowiada prawodnik – „za 15 minut będziemy w Odessie, czas na smrodzenie minął” – dodaje, uśmiecha się, klepie mnie po przyjacielsku w plecy i w ramach wsparcia opowiada dowcip. Rzecz dzieje się przy okienku informacji na dworcu w Moskwie. Zdyszany podróżny pyta „Kiedy odchodzi pociąg do Odessy?”, w odpowiedzi słyszy, że już odjechał, na co oburzony zadaje pytanie „Naprawdę?! A dokąd?”

Platany

Po wyjściu z pociągu kilka głębszych haustów powietrza stawia mnie na nogi. Mijając dworzec, a raczej klimatyzowany pałac kolejowy, którego miękkie kanapy zapraszają by zostać na nich dłużej niż w klasycznej poczekalni, znajduje się na ulicy Puszkina, w której zakochuję się absolutnie. Masywne platany, które – zupełnie po literacku – jesienią gubią srebrną korę, zimą, na długich szypułkach długo utrzymują niepozorne kwiaty, a wiosną i latem zuchwale się zielenią. Ulica Puszkina, którą wiele razy przejdę prowadzi w linii prostej od dworca kolejowego aż do pomnika poety, znajdującego się przy Primorskim Bulwarze, nieopodal portu. Po drodze mijają mnie rzędy kolorowych kamienic, muzea (w tym jedno poświęcone właśnie pisarzowi) i kilka znudzonych kotów, przesiadujących w bramach domów lub śpiących na krawężnikach. Aleksander Puszkin został zesłany do Odessy w 1823 roku, za krytykowanie w swoich wierszach carskiej tyranii i tak napisał o tym mieście: „Europa jest tu na każdym kroku. Wszystko tu błyszczy, wszystko jest doskonałe. Na ulicach słychać rozmowy w wielu językach…”.

Poważny humor

Gdyby nie wcześniej zarezerwowany nocleg z pewnością mógłbym wybrać coś z oferty, którą składają mi już na dworcu babuszki (średnio 100 hrywien za noc). To zdeterminowana gwardia kobiet, wyposażona w argumenty, umiejętności negocjacyjne a czasami i mini album ze zdjęciami kwatery. „Na ich czele stoi mocno ufarbowana, obwieszona ciężką, złotą biżuterią, herszt baba, która decyduje o tym która babuszka i kiedy nagabuje klientów” – kulisy mafijnej organizacji noclegowej wyjaśnia mi taksówkarz, który za 25 hrywien obiecuje podwieźć mnie w okolice portu, i każdego kolejnego dnia za tę właśnie cenę podróżować ze mną po centrum miasta. Wybieram jednak spacery, a czasami komunikację miejską (trolejbusy, busy i tramwaje), w których jednorazowy bilet kosztuje 1,50 hrywny. Uwolniwszy się od bagażu i zapachów nocy, zgodnie z rekomendacją taksówkarza udaję się na posiłek do Puzatej Chaty, która znajduje się na ostatnim, szóstym piętrze galerii handlowej „Europa”. Siedząc w restauracji, która swoje oddziały rozsiała po całej Ukrainie i zajadając co następuje: bulion, pierożki z wiśniami, (na które wracam jeszcze potem trzy razy), sałatkę krabową i sok ze świeżo wyciśniętej pomarańczy (całość za około 20 zł) mam doskonały widok na Odessę z lotu ptaka. Kontempluję tak pierożki, jak i widok na główną ulicę Odessy – Deribasovskaya, przy której, pod numerem 16 Adam Mickiewicz napisał „Sonety Krymskie”. 18 lat temu ulica została zamkniętą dla samochodów i stała się głównym deptakiem w mieście. Znajdują się tutaj liczne knajpki, galerie, hotele, sklepy i pierwszy, założony ponad 200 lat temu i niedawno odrestaurowany park Odessy (The City Garden). Poza tłumami turystów z aparatami, pomnikiem lwa i lwicy z młodymi, stoi tutaj słynne krzesło upamiętniające rosyjską powieść satyryczną „Dwanaście Krzeseł” napisaną w 1928 przez Ilję Ilfa i Eugeniusza Pietrowa, i czterokrotnie sfilmowaną. Otóż, jeden z bohaterów książki, nijaki Hipolit Matwiejewicz, otrzymuje w spadku 12 krzeseł, niepocieszony tym darem pozbywa się go, zupełnie nieświadomy, że w jednym ukryte są brylanty warte kilkaset tysięcy rubli. Również przy ulicy Deribasovskaya, od 1972 roku odbywa się Festiwalu „Humorina” – mieszkańcy Odessy Prima Aprilis traktują zupełnie poważnie i każdego roku, 1 kwietnia przebrani, za klaunów i postaci z bajek maszerują deptakiem.

Spotkanie wschodu z zachodem

Zwiedzając Odessę kilka razy próbuję się w niej zgubić, bo to takie romantyczne i zawsze dobrze się opowiada, ale nie udaje mi się. Ulice miasta przecinają się pod kątem prostym, tworząc siatkę prostopadłych linii, po których można przemieszczać się niczym komputerowy Pacman, by zjadać kolejne punktu na kulturalnej mapie miasta. Spacerując ulicami miasta – koniecznie z głową podniesioną do góry by podziwiać ornamenty na budynkach – trafiam do Muzeum Wschodu i Zachodu (ekspozycja prac m.in. Michelangelo i Caravaggia), którego istnienie jest najlepszą metaforą miasta zamieszkanego przez Ukraińców, Rosjan, Żydów, Polaków, Bułgarów, Mołdawian, Ormian, Polaków, Greków i wielu innych. Odessę założyła ponad 200 lat temu caryca Katarzyna II, na odebranej Turkom twierdzy. Swoboda religijna, zwolnienie z obowiązku służby wojskowej pierwszych pokoleń osiedleńców i błyskawiczny rozwój tego dosyć młodego jak na Europę miasta przyciągał przedstawicieli wielu narodowości. Pierwszym burmistrzem, urbanistą miasta był Joseph de Ribasa, Hiszpan. Pierwszym namiestnikiem carycy książę de Richeliau, Francuz (którego dumny pomnik stoi na szczycie schodów potiomkinowskich). Struktura prostopadłych ulic miasta została wymyślona przez niemieckiego inżyniera, a pierwsze budowle wzniósł włoski architekt Franciszek Boffo.

Współczesność zachodniej Europu dostrzegalna w luksusowych strojach sklepowych manekinów czy bezprzewodowym internecie dostępnym na dworcach i w lokalach, wymieszana jest z prawosławnymi cerkwiami, islamskim meczetem, dziewiętnastowieczną synagogą, prawie dwustuletnimi hotelami i ogromnym rynkiem Prywozem, który znajduje się tuż za dworcem. Można tutaj kupić smażone krewetki, orientalne przyprawy, używane ciuchy, świeże ryby, papierosy na sztuki, najbardziej egzotyczne przyprawy, warzywa jeszcze z grudami świeżej ziemi i kilka innych, mniej legalnych rzeczy. Aby przypodobać się mieszkańcom, należy poprawnie wymawiać nazwę miasta, czyli powiedzieć miękko i czule „Adjessa”. Podobno caryca Katarzyna nazwała port żeńskim imieniem, bo na południu imperium zbyt wiele miast miało twarde i męsko brzmiące nazwy. Do dzisiaj Odessa pełna jest kontrastów, splendor miasta i pędzące po ulicach range rovery i bmw z przyciemnionymi szybami mieszają się z rozklekotanymi tramwajami i zniszczonymi podwórkami na obrzeżach miasta. Wykwintnym i luksusowym restauracjom z uśmiechniętymi kelnerami towarzyszą wiekowe delikatesy, w których sprzedawczyni nie będzie się siliła na zrozumienie języka angielskiego. Patrzy na mnie srogo i dopiero gdy wskazuję ręką czekoladę podaje mi ją niechętnie i przewraca oczami, sfrustrowana. Również kupując znaczek na poczcie mam nieodparte wrażenie, że przeszkadzam. Z pewnością jednak w Odessie można liczyć na przechodniów, mieszkańców miasta, którzy wskażą drogę, podpowiedzą gdzie można kupić tańsze pamiątki, zapytają skąd jesteśmy i uśmiechną się na wieść, że z Polski, bo znają, wiedzą, kiedyś byli lub ktoś z rodziny, z bliskich, przyjaciół, sąsiadów jest Polakiem.

Plaża

Dla większości Ukraińców i Rosjan, którzy tutaj przyjeżdżają Odessa to przede wszystkim kurort wakacyjny. Aby dojść do plaży, trzeba przejść znajdującym się obok portu parkiem. Poza zielenią, bulwarem Chwały i Nieznanych Żołnierzy, przy którym płonie wieczny ogień, w parku mieszka wataha kilkunastu dzikich psów, obok których spokojnie przechadzają się mamy z dziećmi. W obrębie miasta jest sporo ładnych, chociaż zatłoczonych plaż. Zielone ławeczki tuż nad morzem, szeroka plaża, a za nią socjalistyczne budowle tworzą oryginalny i surowy pejzaż. Tym bardziej, że klimat tutaj jest kontynentalny, suchy i gorący, ponad 280 dni w roku jest słonecznych.

Będąc już na plaży wybieram się do Werandy (nie mylić z francuską La Veranda z ul. Bunina – równie smaczną, znacznie droższą), widok na plażę i morze, którego nic nie zasłania, do tego dyskretna wschodnia muzyka i obsługa, która ani się nie narzuca, nie nie ignoruje. Idealnie. Za kolację rozpoczętą lampką dwunastoletniego koniaku Klinkof, składającą się z grillowanych krewetek, zakończoną smażonymi w naleśniku bananami i nieustannym wpatrywaniem się w fale zapłaciłem około 45 złotych. W Odessie jedzenie można wybrać zgodnie z upodobaniem smakowym. Znajdują się tutaj restauracje ukraińskie, azjatyckie, francuskie, włoskie, rosyjskie i bułgarskie. Koniecznie należy wybrać się na śniadanie lub kawę z obłędnym deserem do „Kompotu”, ukraińskiej knajpki wystylizowanej na babciną, przytulną spiżarnię. Przychodzą tutaj wszyscy, samotnicy z laptopem, zakochane pary oraz biznesmeni.

 

Wybieram się zobaczyć symbol i największą atrakcję Odessy mając w głowie scenę z filmu S. Eisensteina „Pancernik Potiomkin”, w której po nieskończenie długich schodach, toczy się dziecięcy wózek wypuszczony z ręki zabitej przez żołnierzy matki. Obok uciekają przerażeni ludzie. W 1905 roku faktycznie doszło tutaj do krwawego starcia załogi rosyjskiego pancernika „Potiomkin” z wojskiem carskim, w wyniku czego na osławionych schodach zginęło około 2 000 osób. Podobno reżyser wymyślił kultową scenę kinematografii gdy siedział na schodach, jadł czereśnie i przyglądał się spadającej po nich pestce. Najsłynniejsze na świecie Potiomkinowskie schody, które leniwi mogą pokonać darmową kolejką linową (przejazd trwa 1 minutę i 10 sekund) liczą 192 stopnie. Schody wznoszące się na wysokość 27 metrów, łączą bulwar nadmorski z portem i zwężają się pnąc się do góry. Na dole mają ponad 21 metrów szerokości, na górze niecałe 13, dlatego gdy patrzy się na nie z góry sprawiają wrażenie jednakowej szerokości, natomiast widok z dołu jest zdecydowanie bardziej imponujący. Każdego roku na schodach Potiomkinowskich organizowany jest konkurs na ich najszybsze pokonanie, obecny rekord wynosi 22,8 sekundy. Przez chwilę zastanawiam się czy spróbować pobić rekord czy może jednak wybrać znajdującą się obok kolejkę i mimo szczerych chęci wybieram tą drugą opcję.

Czary i kamienice

Magia Odessy to przede wszystkim kamienice i stare rezydencje arystokratycznych rodów, m.in. pałace Tołstojów, Potockich, Rzewuskich. Spacerując malowniczą ulicą Pierieułek Woroncowski trafiam na kamienicę o jednej ścianie i wpatrując się (z otwartą buzią) w budynek zastanawiam się czy jestem chory psychicznie, czy właśnie popsuł mi się wzrok. Okazuje się, że jestem świadkiem słynnej i genialnej iluzji optycznej.

Z pewnością jednym z najpiękniejszych budynków miasta jest Opera na ponad 1500miejsc, wzniesiona w 1887 roku i będąca jednym z pięciu najlepszych akustycznie teatrów świata (wyprzedziły ją opery w Mediolanie, Londynie, Wiedniu i Paryżu). Spacer po Odessie to wędrówka śladami wielkich nazwisk, artystów, naukowców, muzyków, głównie pisarzy, tworzyli tutaj Izaak Babel, Iwan Bunin, Dmitri Mendeleev, Jacob Adler, a sam Lew Trocki, gdy został zapytany jak mu się podoba Paryż podobno powiedział: „Paryż? Podobny do Odessy, ale Odessa ładniejsza”.

Wizyta w Muzeum Literatury to intrygujące przeżycie, kolejne sale, zgodnie z upływającym czasem wypełniają stare książki, rękopisy, pamiątki po autorach. Zachwyca i przygniata zarazem ilość stworzonych, często zapomnianych słów. Odessa kusi również bardziej powszechnymi atrakcjami takimi jak delfinarium, puby, dyskoteki i butiki. Jednak największą frajdę sprawia mi spacer ulicami miasta, na których zatrzymał się czas. Stare kamienice, których zniszczony tynk, zakrywają pnącza winogron najbardziej oddaje ducha Odessy, w której wschód i zachód mieszkał obok siebie niczym syjamscy bracia.

 

Fragmenty powyższego tekstu zostały opublikowane w magazynie Traveler w 2012 roku.