ojciec

Ojciec się boi

Ona jest w ciąży, utyła, ma hemoroidy. Nie chcę jej zdradzać, odchodzić, ale rozumiem facetów, którzy tak robią.

 

Żona była moim przewodnikiem

Nie pamiętam pierwszej myśli, tylko uczucie zwierzęcego przerażenia. To się działo prawie dekadę temu, miałem 29 lat. Była dziewiąta rano, sobota, to miał być leniwy weekend. Żona poszła zrobić sobie test ciążowy, nie wychodziła przez prawie pół godziny, nasikała na pięć patyczków. Wróciła i powiedziała, że jest w ciąży, przytuliliśmy się. Nic nie myślałem, czułem, że tracę życie. Za drugim razem było zupełnie inaczej, bardzo się cieszyłem, pamiętam to uczucie sensu i radości. Nie poznałem takiej pary, której pierwsza ciąża pomogłaby zacieśnić więzi. Drugie dziecko już tak, ale spodziewając się pierwszego dziecka, nie wiesz kompletnie nic o tym, co cię spotka.

Byliśmy trzy lata po ślubie, a ze sobą już od szkoły średniej, chodziliśmy do równoległych klas. Rozmawialiśmy czasami o dziecku, że mogłoby się pojawić, przestaliśmy się zabezpieczać i po dwóch latach od tego momentu pojawiła się Marta. Mamy swoją małą firmę poligraficzną, żona do momentu ciąży pracowała ze mną, potem zajęła się domem.

Nie wiem, kiedy dla niej stało się to realne, ale dla mnie długo nie było. Pamiętam, jak zobaczyłem pierwszy raz na USG kręgosłup dzieciaka, usłyszałem odgłos bicia serca, to było niezwykłe, ale nie docierało do mnie, że to moje, że będzie żyło, chodziło, śmiało się, nazywało mnie tatą. Żona została przewodnikiem po tym nowym, nieznanym dla nas świecie. Jak mieliśmy iść do lekarzy, ona wszystko planowała, jak trzeba było zapytać o to, co się dzieje przy porodzie, wybrać szpital, to była jej inicjatywa. Szkoła rodzenia to też jej pomysł. Ja się zgadzałem i towarzyszyłem, ale sam nie wnosiłem żadnych nowych pomysłów. Wzięła na siebie całą odpowiedzialność za ciążę, poród i pierwsze miesiące po nim. Patrząc na to z perspektywy drugiego dziecka, nie wiem, czy żona faktycznie wzięła na siebie wszystkie obowiązki, czy nie miała wyboru.

Na początku drugiego trymestru zupełnie się wycofałem, po pracy chodziłem do knajp przy rynku we Wrocławiu, w którym mieszkamy. Ze znajomymi albo sam. Trwało to parę miesięcy. Rozmawialiśmy, to znaczy pamiętam takie ciężkie rozmowy, w których ona mówiła, że nie spędzamy razem czasu, że ja się nie przejmuję, ale nie rozumiałem wtedy, o co jej chodzi. Kłóciliśmy się o to, że zniknąłem, że nie można ze mną poważnie porozmawiać, że do domu przychodzę się wyspać, potem do pracy, potem do knajpy i że właściwie mnie nie ma. Pojawiałem się, gdy musiałem np. pójść do lekarza. Do dzisiaj nie do końca rozumiem to wycofanie. Wiem, że żonie zupełnie zmieniły się priorytety, ja przestałem być tak ważny, na pierwszy plan wysunęła się ona ze swoim wciąż rosnącym brzuchem. Poza tym wiedziałem, że to na mnie spadnie teraz obowiązek utrzymania rodziny, to poczucie bardzo… ciąży. Wcześniej wspólnie dokładaliśmy się do budżetu. Nieważne, jak bardzo zaradna by była kobieta i ile by zarabiała, przez pewien czas, który nawet w jego najkrótszej formie zajmie miesiące, wypada z zawodowego obiegu, traci źródło dochodu. Nie umiałem odnaleźć się w tej nowej roli odpowiedzialnego żywiciela rodziny, przerażała mnie wizja tego, że to zadanie na najbliższe lata, może całe życie. Dodatkowo część mnie chciała wykorzystać ten ostatni czas na szaleństwo, wszystko to, czego po urodzeniu dziecka już nie będę mógł. Wiedziałem, że zostało mi kilka miesięcy porządnej zabawy, spotykałem się wtedy ze znajomymi, poznałem wiele kobiet, sporo piłem, imprezowałem. Nie każdego kręci seks z ciężarną, kobieta w ciąży robi się nieatrakcyjna. Oczywiście jest w niej jakieś piękno, urok związany z dzieckiem, ale to budzi raczej czułość, a nie pożądanie. Żonie popsuła się cera, tyła, puchła, była zmęczona, wręcz wykończona, wymiotowała, bekała, czkała, dostała hemoroidów. Ta piękna łania sprzed ciąży zamieniła się w inkubator.

Miałem pomysł, żeby odejść, ale uważałem, że to straszne świństwo zostawiać kobietę w takim stanie. W sumie przez całą ciążę myślałem, że ewentualne rozstanie nie byłoby dramatem. Tylko nie chciałem sam podejmować takiej decyzji. W tych knajpach, po pracy, gdybym zakochał się w jednej z tych dziewczyn albo gdyby któraś z nich była wystarczająco uparta, odszedłbym. I pewnie tego żałował. Bardzo kocham Martę i Artura, moje dzieciaki, nie zdarzyło mi się w życiu nic równie cudownego.

Mniej więcej w połowie ciąży pewnej niedzieli przy śniadaniu powiedziała mi, że wyprowadza się do rodziców. Zignorowałem to jako kolejną histerię. Ale w następny weekend już jej nie było, nie zauważyłem, kiedy się spakowała i pojechała. Bez żadnego wyjaśnienia. W tym momencie wytrzeźwiałem, również w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wyrwało mnie to ze snu i dotarło do mnie, że będę miał dziecko. Tak jakby mój mózg powiedział mi: koniec zabawy, do roboty. I wziąłem się do roboty. Pojechałem do niej z kwiatami i przemyśleniami, opowiedziałem jej, czego się boję, ale nie chciałem powiedzieć i nigdy nie powiedziałem, co robiłem po pracy, to by tylko zniszczyło nasze małżeństwo. Przyjeżdżałem do niej codziennie, aż pewnego razu wróciliśmy razem. Przestałem chodzić do knajpy, mogła ze mną porozmawiać, byłem bliżej niej i zacząłem czuć dziecko, wcześniej kopnięcia traktowałem jako dziwactwo natury: no dobra, rusza się brzuch, i co z tego? Potem dotarło do mnie, że to moje dziecko, że wymyślam imię dla kogoś, kogo sam spłodziłem. Żona poczuła się bezpieczniej.

Gdy pojawiła się Marta, musieliśmy zmienić całe życie, doszły do głosu wszystkie różnice, mnóstwo rzeczy, o które można się pokłócić. Byliśmy od lat w związku i ten etap mieliśmy już za sobą, już się wykłóciliśmy, a teraz pojawiają się nowe sprawy. Królowały różnice wychowawcze. Co będzie jadło? Czy ochrzcimy? Czy pójdzie do żłobka, czy nie? Czy będzie na zwykłych pieluchach, czy na eko? Czy będzie jadło z piersi? Czy będzie spało w swoim łóżeczku, czy z nami? I w każdym z tych wariantów – jak długo? Czy robić mu drzemki, czy ma zasypiać, kiedy chce? Przed nami wyrosło nagle mnóstwo tematów, niektóre to pierdoły typu podać marchewkę czy banana, a inne fundamentalne – czy jak będzie płakało, to będziemy je tulić, zostawiać samo, czy może klaps jest w porządku? To były pola do awantur. W wielu sprawach czuliśmy się bezradni, nie wiedzieliśmy, co robić – czy jak ma gorączkę, to jest to naturalne, czy trzeba jechać do szpitala? Co to znaczy, że płacze? Nie umiałem tego zinterpretować, żona szybciej się nauczyła i wiedziała, czy Marta chce się bawić, pić, zrobić kupę. A przestrzeń, w której do tej pory żyłem, stała się wielkim, zagraconym placem zabaw.

Przez pierwsze miesiące życia Marty nie mieliśmy czasu na rozmowę, bycie ze sobą, seks, codzienne przyjemności. Kilka razy miałem taką myśl, że już jest po wszystkim, że nasze małżeństwo jest fikcją. Gdyby nie Marta, to myślę, że oboje byśmy odeszli. Żona była wyczerpana, karmiła piersią i to ona wstawała w nocy. Jak pojawił się Artur, to karmiliśmy go z butelki. Podzieliliśmy się obowiązkami, przez jeden tydzień wszystkie nocki były moje, przez kolejny – żony.

Przy drugiej ciąży jest bezpieczniej, kobieta już tak przeraźliwie nie przeżywa, nie dba o dziecko tak chorobliwie, odpuszcza, czasami napije się kawy, już wie, że nie będzie idealną matką, bardziej dba o siebie, jest mniej zestresowana, zmęczona. Gdy Marta miała dwa lata, oboje zdecydowaliśmy, że chcemy kolejne dziecko, i gdy żona zaszła w ciążę, cieszyłem się jak wariat. Już wiedziałem, ile daje kontakt z własnym dzieckiem. Wtedy wszystko przestaje być takie ważne, całkowicie zmienia się perspektywa. Jak myślę o szczęściu, o tym, co sprawia mi zupełną radość, to mam przed oczami Martę i Artura, moje dzieci.

Wiem, że zachowywałem się fatalnie podczas pierwszej ciąży. Wydaje się, że wystarczyła chwila refleksji, popatrzenia na siebie z dystansu, by zrozumieć, że jestem dupkiem. A zajęło mi to parę miesięcy, w dodatku gdyby nie żona, pewnie do dzisiaj bym tego nie zrozumiał. Dlaczego? To wciąż jest dla mnie zagadką.

Ona przestała być atrakcyjna

Nie chcę jej zdradzać, odchodzić, ale rozumiem facetów, którzy tak robią. Ona przestaje być dla mnie atrakcyjna, zmienia się, jest bardziej uciążliwa, marudna, wymagająca. Wcześniej poświęcałem jej czas z miłości i chęci. Mogę, więc coś robię albo tego nie robię. A teraz „mogę” zmienia się w „muszę”, to budzi we mnie niechęć. Wiem, że ona nie ucieknie od swojego brzucha, bezsenności, huśtawki nastrojów, więc pewne rzeczy musi, a ja nie. Mogę odejść, odwrócić się, zostać dłużej w pracy. Każdy, gdy jest wykończony, próbuje odpocząć, sprawić sobie jakąś przyjemność, różnica jest taka, że ona nie może, ja tak. Dlaczego więc miałbym tego nie robić?

Przez pierwsze dni w głowie wciąż pojawiało mi się słowo „chyba”. Myślałem, że może się nie zagnieździ, może poroni, stracimy to, i trudno. Nie wpadłem w euforię, nie podskakiwałem, nie cieszyłem się. Co jakiś czas docierało do mnie, że być może naprawdę będę miał dziecko, ale nie chciałem przywiązywać się do tej myśli, przyzwyczajać do dziecka, którego przecież tak naprawdę nie ma. Nie chciałem żadnych przygotowań, zakochiwać się w człowieku, którego nie widzę.

Zastanawiałem się, jak ona to będzie przeżywała, o dziecku myślałem jak o pasożycie, obcym ciele, które weszło w moje ukochane ciało i je ssie, i będzie ssało przez najbliższe 20 lat. Przez pierwsze tygodnie nazywałem to właśnie ssawką energii, czasu, urody, wszystkiego! Zwyczajnie bałem się, że zabierze nas całkowicie. A pojawiło się chyba w najlepszym czasie naszego związku, jesteśmy od czterech lat razem, największe kryzysy mamy za sobą. Od ponad roku spokój i sielanka. Kilka miesięcy temu, zaraz po moich 36. urodzinach, dostałem nową, dobrą pracę w agencji nieruchomości. Ona, młodsza ode mnie o pięć lat, pracuje na pół etatu w dziale obsługi klienta w banku. Kupiliśmy fajne mieszkanie na Bielanach w Warszawie, które całkiem ładnie urządziliśmy i jakoś przestaliśmy się zabezpieczać. Nie mogę powiedzieć, że się staraliśmy o dziecko, po prostu nie przejmowaliśmy się tym, że się pojawi. Wiem, że nie popełnię już nigdy tego błędu. Co prawda kilka razy nawet rozmawialiśmy, że dziecko, jak ma się pojawić, to się pojawi, a jak nie, to nie. Takie – teraz to wiem – bzdurne magiczne myślenie. Ale nie wierzyłem, że to się stanie naprawdę, że będę ojcem. Jak kolejny test wyszedł pozytywnie, trochę się załamaliśmy. Ona nie wiedziała, co ma robić, ja też. Przerażające jak nic do tej pory. W tym małym pasożycie widzę zagrożenie utraty wolności i niezależności, którą oddaję mojej ukochanej z wyboru, to moja decyzja. Jakkolwiek będę się bronił przed tym, wiem, że dzieciak będzie mi bliski, że będę go kochał, ale będzie ssał. Zabierze mi wszystko bez względu na to, jaki prowadzę tryb życia. Lubię mieszkać w dużym mieście, bo mam dostęp do kina, opery, koncertów, teatru. Wszystko na wyciągnięcie ręki i chociaż w kinie byłem cztery miesiące temu, w teatrze ponad dwa lata, a w operze nigdy, to mam tę możliwość, to mój wybór. Tak samo jest z dzieckiem, stracę wiele możliwości, ono nie będzie mi pozwalało, bym dalej żył swoim życiem, które lubię.

Aborcja? Pojawiła się taka myśl, w pierwszym tygodniu pytała, co o tym myślę. Uznałem, że to jest jej decyzja, ona jest w to bardziej zaangażowana niż ja, dlatego nie mam prawa podjąć jakiejkolwiek decyzji czy nakłaniać jej. Powiedziałem, że jak zechce, to pojadę z nią do kliniki, ale ostateczną decyzję musi podjąć sama. Nie ja poniosę konsekwencje, to jej ciało. Znaleźliśmy klinikę w Niemczech, ostatecznie jednak się nie zdecydowała, czemu przyklasnąłem. Gdyby się zdecydowała, to też w porządku. Teraz jest już za późno. Wiem, że będę miał dziecko.

Faktycznie, przez pierwsze tygodnie dużo pracowałem, ta praca mnie zagarnęła… No dobra, trochę uciekłem, nie było mnie w domu przez chwilę, kilka tygodni. Kłóciliśmy się o to, miała pretensje, że nie chodzę z nią do lekarza, że nie podejmuję żadnych decyzji, że nie mam zdania, że nie spędzamy wspólnie czasu. Ale ja naprawdę nie miałem zdania. Miałem jej powiedzieć, że nie chcę nic zmieniać, że nie chcę tego dziecka, że liczę na to, że poroni? Aborcja to duża ingerencja, faktycznie przez chwilę myślałem, że można oddać po porodzie, potem długo mi to wypominała. Nie wiedziałem, co robić, a w pracy wszystko było jak dawniej, czułem się bezpiecznie, poza tym znam wielu facetów, którzy robią o wiele gorsze rzeczy od zarabiania pieniędzy.

Jej ciało mnie odpycha, wysyła mi sygnał „nie podchodź”. Udany seks wymaga ciężkiej pracy, może niektórym się zdarza od razu, ale uważam, że aby znaleźć swoje ulubione pieszczoty, potrzeba wysiłku, umiejętności czytania swoich ciał, uwagi. Im więcej było między nami zaufania, tym lepiej było w łóżku, ona się otwierała. Przypadkowy seks nigdy nie był dla mnie taki kręcący jak z tą, którą bardzo dobrze znam i z którą chcę spędzić życie. I w pewnym momencie to ciało przestało być mi przychylne. Mieszka w niej pasożyt i jej ciało jest zmęczone, wyssane, niechętne do dodatkowych ingerencji, pieszczot. To jest bardzo frustrujące. W moim ciele nic się nie zmieniło, jestem przyzwyczajony do jakiejś tam regularności, a tu nagle, niezależnie, ile tego było wcześniej, zostaje mi to odebrane na długi czas. Można sobie z tym poradzić innym rodzajem doznań, mniej instrumentalnie. Bez penetracji przecież też można mieć orgazm, można bawić się różnymi pozycjami, większą bliskością, ale trzeba chcieć. A ona tego nie chce! Bo jest zmęczona, coś ją ciągle boli, a co najważniejsze, sama odrzuca swoje ciało, czasami nawet traktuje je ze wstrętem i tak o nim opowiada. Wszystko się pozmieniało, więc ona przestaje siebie akceptować. Kobiety bardzo często mają problem z akceptacją tego, jak wyglądają. A gdy już im się to uda, bo partner pomógł, zapewniał, że jest piękna, wspaniała nawet z mankamentami, to nagle traci to ciało. Zaczyna jej się nie podobać, przestaje akceptować siebie, więc zaczyna się wstydzić, trudno jej się obnażyć, otworzyć, czerpać frajdę z seksu. Uważam, że kobiety pełnię swojej seksualności odczuć mogą tylko wtedy, gdy mają zupełne zaufanie do partnera, a mogą je mieć tylko wtedy, gdy same się akceptują. Potrafią wtedy oddać ciało w nie swoje ręce, mieć orgazm. A ja już nie mam sił ani chęci każdego dnia przekonywać ją, że jest piękna, seksowna, że wiele innych rzeczy poza rozstępami i grubym brzuchem jest ważniejsze, bo ona uważa inaczej. I w pewnym momencie przekonała mnie do tego, pomyślałem, że ma rację, że nie jest atrakcyjna, a przynajmniej nie tak jak kiedyś.

Przyszłość? Na razie to głównie strach. O to, że dziecko będzie wymagało ode mnie dużej aktywności, zaangażowania. To jest ciężka praca fizyczna, nie mam już na nią ochoty, moja sprawność, siła i zdrowie się zmniejszą, a moje dziecko z każdym rokiem będzie coraz bardziej wymagające. Mam znajomych z dziećmi, widzę, jaki to jest ciężar emocjonalny, fizyczny, techniczny. Poza tym boję się, że ono zabierze mi jej miłość, już zabrało mi jej seksualność. Ale wierzę, że nasze życie wróci do normy, gdy dziecko zostanie ogarnięte, gdy się go nauczymy. Myślę, że wypracujemy sobie jakiś model bycia ze sobą, nie tylko seksualnie, wierzę, że ona coś wymyśli, to bardzo mądra kobieta. Wiem, że przyjdą nowe rzeczy, dobre, cudowne, że będę kochał to dziecko, ale na razie to tylko słowa. Nie ma tego, nie widzę, nie czuję.

Od kiedy ona jest w ciąży, między nami jest gorzej, ale to nie ja się zmieniłem. Jestem tym samym człowiekiem, moje potrzeby są takie jak wcześniej. A nawet większe. W pracy mam bardzo fajną koleżankę, atrakcyjną, przychylną. Wie, że mam kobietę w ciąży, mogę jej o tym swobodnie opowiadać i czuję, że ona rozumie. Gdybym chciał, gdybym zrobił jeszcze kilka kroków, wylądowalibyśmy w łóżku, ale nie chcę tego. Nie mam na tyle odwagi, by później mierzyć się z moralnym potępieniem ze strony znajomych, mojej matki, samego siebie.

To jest wybór mojej kobiety

Była miłością mojego życia, taką jak z najbardziej tandetnej komedii romantycznej. Miałem 26 lat, ona 24. Jestem muzykiem, chociaż żyję z uczenia. Po jednym z koncertów ktoś nas sobie przedstawił, przegadaliśmy całą noc. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Poczułem, że chcę z tą kobietą nie tylko się kochać, że to nie jest kolejna pusta przygoda, ale coś prawdziwego. Okazało się, że mieszkamy kilka kilometrów od siebie. Ona jest z Trójmiasta, ja z trochę mniejszej nadmorskiej mieściny. Ustabilizowałem się, wyprowadziłem od rodziców, zacząłem udzielać więcej korepetycji, więcej zarabiać, mniej podróżować. W końcu ze znajomym założyliśmy małą firmę, mamy grupę stałych uczniów, biznes jakoś się kręci. Wziąłem kredyt na 30 lat i kupiłem mieszkanie w małym mieście niedaleko Trójmiasta, naszych rodzin i znajomych. Po kilku miesiącach zamieszkaliśmy w nim razem, to musiało się stać pierwszej nocy. Kochaliśmy się jak szaleni. Kilka dni później zachorowała, okazało się, że jest w ciąży. Była przestraszona, a ja wniebowzięty! Nie mogłem przestać o tym mówić – rodzinie, uczniom, sprzedawcy. Będę ojcem! Nocami siedziałem na forach i rozmawiałem o ciąży, głównie z kobietami, które miały niebawem urodzić. Kupowałem zabawki, ciuszki, postanowiliśmy razem z kumplami wyrzeźbić kołyskę. Pewnie, że się bałem, głównie o pieniądze i czy będzie zdrowe. Ale bardzo się kochaliśmy, więc myślałem, że jakoś sobie poradzimy.

Nie chciałem z nią rodzić, nie chciałem widzieć tego bólu, tych wydzielin. Zawsze przerażał mnie widok krwi, poza tym chciałem zostawić sobie w głowie jej obraz jako pięknej kobiety. Widziałem kilka porodów w telewizji, wiem, że to nie to samo, ale tamte sceny w zupełności mi wystarczały. Nie chciałem widzieć swojej kobiety w takim stanie. Gdy urodził się Mateuszek, byłem bardzo szczęśliwy, świętowałem wieczorami, ale całe dnie spędzałem w szpitalu.

Przez całą ciążę byłem blisko, zaraz po porodzie przynosiłem bukiety kwiatów, nie pozwalałem jej podnosić nic ciężkiego. Wiedziałem, że to najgorszy czas, więc chuchałem i dmuchałem na tę wykończoną kobietkę. To wielki wysiłek, ogromny ciężar, bardzo ją doceniam, jest wspaniałą matką, naprawdę to wymaga mnóstwa pracy i czasu. Znajomi mówią mi, że jestem perfekcjonistą, coś w tym jest, dopiero jak skończę jedno zadanie, biorę się do kolejnego. Dzięki temu pracuję na najwyższym poziomie. A ona wstaje wcześnie, robi nam śniadanie, karmi Mateuszka, myje podłogę, wyciąga pranie, kupuje przez internet ciuchy, widzę to wszystko i podziwiam ją. Ja bym tak nie potrafił. Ona zajmuje się dzieckiem, ale wiem, że jak będzie większe, przyjdzie moment na mnie, chociaż mam żal, pretensję do niej, że przestaliśmy wspólnie spędzać czas.

Ciąża to sprawa kobieca, nie ma co się oszukiwać i inaczej tego nazywać. Dlatego ona mnie odrzuca, bo musi zrobić miejsce dla dziecka. Jasne, pewnie mógłbym czekać na nią, ale ona na mnie nie czeka, wybrała tamtą relację, tego małego człowieka, to cudowne, ja to rozumiem, ale nie pozwoliłem sobie na to, by moje życie się skończyło. Muszę sobie radzić z tym, że teraz nie jestem dla niej najważniejszy, że nie pociągam jej jak kiedyś. Od lat chodzę na basen trzy razy w tygodniu, dwa razy w roku jeżdżę z kumplami na tydzień w góry, w spartańskie warunki, by się zrestartować, odpocząć przed pracą, napisać kilka utworów. Nie zrezygnowałem z tego. Ona przed urodzeniem dziecka też miała pasje, uwielbiała chodzić do kina, spotykała się z przyjaciółkami, teraz tego nie robi. A myślę, że to ważne, żeby być dla siebie pociągającymi, by nie stracić uczucia.

Nigdy nie gotowałem, pamiętam, że jak mnie poprosiła o zrobienie kanapek, zdziwiła się, że posmarowałem jej masłem, bo ona od lat używa zamiast masła serka białego. I obraziła się na kilka dni. Za masło! Skąd mogłem to wiedzieć, skoro tego nigdy nie robiłem? Jak mnie o coś poprosi, to nie ma sprawy i zajmuję się wtedy Mateuszkiem, ale to się nie zdarza często. Czasami żartuję, że mnie wykastrowała. Jest zmęczona, trochę zgorzkniała.

Kilka razy o tym rozmawialiśmy, próbowałem ją zachęcić, by zrobiła coś dla siebie, tłumaczyłem, że siedzenie cały czas z dzieckiem unieszczęśliwia. Już mnie nie inspiruje, nie wychodzi ze znajomymi, ich też porzuciła. To jej wybór. Nie zrezygnowałem z tego, co lubię, i nie zrezygnuję, nie o to chodzi w życiu, by się poświęcić.

Widzę wszystko, co robi, jest naprawdę idealną mamą, doceniam jej trud, wiem, że ja bym tak nie umiał, nie potrafił. Zaproponowałem, że zatrudnimy opiekunkę na godzinę czy dwie dziennie albo nawet dłużej, tak by przychodziła każdego dnia, żeby ona mogła mieć czas dla siebie, coś poczytać, poleżeć, iść do kina. Wolałbym, żeby nie pracowała zawodowo, niech po prostu robi to, co lubi, ja zatrudnię opiekunkę, przecież wiem, że to męczące i trudne zajmować się dzieckiem. Ale nie chciała. Seksu też nie chce, czasami się kochaliśmy, ale zupełnie bez zaangażowania, tak pośpiesznie, bez sensu, wiedziałem, że zgadza się tylko ze względu na mnie. Kocham ją, więc już jej nie zmuszam. Jesteśmy raczej dobraną parą, ona po prostu jest wycieńczona dzieckiem, co doskonale rozumiem. Relacja zupełnie nam się zmieniła, wiem, że jestem drugorzędny dla niej, że nie jestem najważniejszy. Ona też mniej się przejmuje tym, co robię, jak się czuję, czy mnie rani to, co mówi. Może i chciałbym się więcej angażować, ale to nie jest możliwe. Ona urodziła, ona karmi piersią, ona zostaje z nim w domu, ona potrafi rozpoznać jego nastrój, wie, jaką zabawkę podać. Dzieciak lepiej się przy niej czuje, to po co ja mam się narzucać, psuć całkiem dobry układ. Odczekam swoje, wiem, że to minie i że będę jeszcze im potrzebny, tak samo było z moim ojcem. Dziecko dla niej jest ważniejsze niż nasz związek, dużo ważniejsze niż ja.

Niedawno rozmawiała ze swoją siostrą, która samotnie wychowuje dziecko, o tym, że takie poświęcenie się opłaca, bo spowoduje, że do końca swojego życia będzie miała bardzo bliską, najprawdopodobniej najbliższą relację z synkiem. Siedziałem obok, a one dalej mówiły tak, jakby mnie tam nie było.

 

Reportaż został opublikowany w magazynie Wysokie Obcasy 3.10.2012 – „Ona jest w ciąży, utyła, ma hemoroidy”, Robert Rient.