Ørganek

„Muzyka okazała się najlepszym sposobem na dotknięcie ojca, którego już nie ma, dotknięcie tej sfery, którą zostawił” – mówi Tomasz Organek, piosenkarz.

 

„Nazywam się Organek, mam w sercu ranę. Nazywam się Organek i mam w sercu kamień” – śpiewasz na swojej debiutanckiej płycie. Co to za rana, jaki to kamień?
Chodzi o pewną nadwrażliwość, nic wyjątkowego. Nie jestem jedynym posiadaczem tej cechy. Nie zależy mi też kreowaniu siebie jako zranionego artysty, który błąka się po świecie i szuka natchnienia, bo tak nie jest. Duża grupa ludzi nosi w sobie nadmierną wrażliwość, czegoś stale poszukują, to jest ten ból, ten weltschmerz, ta rana. W Wilku Stepowym Hermanna Hesse to wszystko jest pięknie spisane, polecam. Ból może brzmi pompatycznie, ale dzięki niemu można więcej widzieć, ten ból drażni wewnętrzną strunę. I tak moim zdaniem, na zasadzie pewnego sprzężenia zwrotnego, powstaje twórczość.

Skąd u ciebie ta nadwrażliwość?
Trudno powiedzieć. To kwestia psychicznego formowania się człowieka. Zawsze byłem nieco wycofany, odsunięty. A skoro zdecydowałem się odsłonić wychodząc na scenę, to zrozumiałem, ze muszę być w tym uczciwy i się otworzyć, wszystko pokazać. Mieszkałem na prowincji, zawsze byłem za daleko od głównego nurtu. Nie było autobusów, którymi mógłbym wieczorem czy w nocy wrócić do domu, więc pozostawałem stale w domu, to sprzyjało temu odcięciu.
Raczki na Suwalszczyźnie, dwa tysiące mieszkańców, lasy, jeziora. I izolacja. Ta fizyczna przekładała się na psychiczną.

Do tego śmierć taty, możemy o tym porozmawiać?
Możemy, to wydarzenie pogłębiło izolację. Byłem najstarszym dzieckiem, brat jest ode mnie młodszy o cztery lata. Miałem wtedy szesnaście lat, pewne zadania zostały mi narzucone, ale poczułem też, że od teraz muszę grać rolę mężczyzny.

organek

 

Podobno przejąłeś wtedy obowiązek prowadzenia kwiaciarni.
Jeździłem bez prawa jazdy po kwiaty, mercedesem ojca, do tego auta wciąż mam sentyment. Nie miałem swojego pokoju. Wewnątrz starego, pożydowskiego domu, w którym mieszkaliśmy, w samym środku tego domu, było pomieszczenie, bez okien. To było moje miejsce. Miałem tam lampkę, wszyscy szli spać, a ja mogłem robić to na co miałem ochotę, czytałem książki, słuchałem muzyki, myślałem. W tym pomieszczeniu nie było drzwi, uczyłem się grać na gitarze, zakłócając spokój mamy i innych. Ten mój dziwny schron również sprzyjał poczuciu odizolowania, z którym czułem się coraz swobodniej, ono było zupełnie naturalne. Teraz składa mi się to wszystko w całość.

„Rano jesz śniadanie, po południu obiad, a na kolację umierasz” – powiedziałeś w jednym z wywiadów.
Śmierć ojca była traumatyczna. Gdy słyszałem przez ścianę, że zaczyna się dziać coś złego momentalnie włączył się we mnie tryb: mężczyzna. Zająłem się współorganizacją pogrzebu, załatwieniem księdza, musiałem wszystko w sobie trzymać, dać radę.

Przyszedł moment, w którym mogłeś wypuścić emocje?
To się dzieje teraz, dopiero niedawno zacząłem to robić. Przez długi czas byłem spięty, pozamykany. Muzyka pomaga.

Masz cały czas te trzy słynne kasety magnetofonowe od taty?
Jasne. The Beatles, Hendrix i Nalepa. Pamiętam jak dziś. Pojechaliśmy wybierać dla mnie liceum, niespecjalnie wiedziałem co chcę ze sobą robić. Po wizytach w sekretariatach, przejeżdżaliśmy przez ulicę Kościuszki, zatrzymaliśmy się przy sklepie. Ojciec powiedział, że muszę zacząć słuchać konkretnej muzyki, dał mi te trzy kasety. Pomyślałem, dobra, posłucham. Dopiero jak umarł naprawdę się w nie wsłuchałem, pewnie to jego szukałem w tym co po sobie pozostawił, również w tych kasetach. A nie zdążył mi nawet pokazać jak się stroi gitarę.

Był muzykiem?
Między innymi, był też taksówkarzem, prowadził różne biznesy. Muzyka okazała się najlepszym sposobem na dotknięcie ojca, którego już nie ma, dotknięcie tej sfery, którą zostawił.

Udało się?
Częściowo, bo po czasie muzyka stała się po prostu moim życiem, wyrosłem chyba z tej pustki.

Nieobecny tato jest obecny w uczuciach?
Jest obecny, ale teraz to już spokojne doświadczenie, jestem pogodzony. Świadomość śmierci jest bardzo obecna, mam ją cały czas w kieszeni jako nieodzowny element życia, oddychania. To cenne i wyzwalające, nie ma w tym strachu przed śmiercią. To przemożna świadomość przemijania, która inspiruje, pomaga tworzyć. Ona pomaga spojrzeć z dystansu, nadaje sens.

Jak pomaga?
Nie łudzę się. Wiem, że jeśli nawet na chwilę zostanie się mistrzem świata to tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia. Nic nie jest ważne w kontekście przemijania.

Śmierć, która porządkuje?
Tak. Porządkuje i ustala hierarchię ważności. Śmierć zadaje pytania o ślady, które po mnie zostaną. Wiem, że ludzkość przetrwa jeśli nic nie zostawię, ale to ważne, żeby się postarać.

Po co się starać?
Chyba dla tych śladów właśnie, chociaż tak naprawdę, w perspektywie czasu nie pozostanie po nas zbyt wiele. Po większości z nas nie pozostanie nic. To pomaga odetchnąć i żyć spokojniej, z większym zrozumieniem rzeczy. Starać się oczywiście warto, ale nie za bardzo.

Z taką lekkością łatwiej żyć poza systemem, udaje się?
Zazwyczaj. Staram się żyć tak, by nie zmuszać się do tego czego nie czuję. Wolę kierować się silnym przeświadczeniem, które jest we mnie od dawna, że warto podążać za impulsem. Wolę to od kalkulacji, zaplanowanych działań. Doświadczenie choroby, śmierci, jest w pewnym sensie przysługą, na początku było traumatyczne, potem poluzowało strach.

Po wydaniu płyty rozpocząłeś trasę koncertową od Raczek właśnie, miejsca pochodzenia. Jakie to było doświadczenie?
Piękne. Uciekłem z tych Raczek, z tego małego pokoiku, miejsca w którym po dziewiętnastej nie jeżdżą autobusy. W ogóle chcieliśmy grać na wschodzie, to miał być debiut chłopaka z prowincji. Zależało mi na tym by zacząć w domu, z którego uciekłem. To było przy okazji pięćsetlecie Raczek, duża impreza nad rzeką. Pierwszego dnia grały zespołu disco-polowe, drugiego ja. Przeżycie było niesamowite, przyszła cała plaża ludzi, praktycznie cała gmina. Myślałem, że ci ludzie mnie nie lubią, że mają mnie za zadufanego w sobie gościa, który wyjechał do miasta i nosi wysoko nos. A teraz wrócił z jakąś kamerą i się panoszy, bałem się. Koncert był niesamowity, a po nim przyszłą masa ludzi, w tym kobieta, która grała z moim ojcem w zespole. Ponad dwie godziny rozmawiałem z tymi, których nie widziałem od lat. Okazało się, że nie jest tak jak sobie wyobraziłem, że oni się mnie wyparli, wręcz przeciwnie. Poczułem się u siebie, już nie potrzebuję uciekać. Mój brat buduje w Raczkach dom, nie wiem jak będzie w przyszłości, nie planuję powrotu, ale kto wie.

A od czego chciałeś wtedy uciec?
Miałem takie przeczucie, które towarzyszy wielu ludziom z prowincji, że gdzieś tam, w dużych miastach żyje się lepiej, że zawsze gdzieś indziej jest lepiej. Bzdura. Ale pędziłem trochę, w różnych miastach w Polsce i Europie, nigdy nie trafiłem do tego wyobrażonego miejsca zwanego – tu jest lepiej. Paliło mnie pożądanie, potrzeba, głód lepszego życia. Pomimo tego, że jestem raczej introwertyczny jest we mnie chęć bycia w centrum, poczucie uczestniczenia w czymś ważnym, prawdziwym. Długo myślałem, że to kwestia miejsca zamieszkania, a nie wnętrza. Pamiętam dobrze, że czekałem aż zdam maturę w Suwałkach, by uciec. Toruń był przypadkowy, zdawałem do różnych miejsc i miast na anglistykę, tam się dostałem i zacząłem nowe życie.

Muzyka ci towarzyszyła?
Cały czas, pociągiem przywiozłem wzmacniacz. Postawiłem go w akademiku przy łóżku, koledzy musieli to znosić, szukałem zaczepienia, chociaż nie wiedziałem jeszcze co chcę robić. Grałem więc sobie. Pewnej wiosny ktoś usłyszał mnie na ulicy, anglik, Matt. Przyszedł i powiedział, żebyśmy zagrali razem. Wyszło z tego parę koncertów, ale to było ważne doświadczenie, bo pierwszy raz ktoś z zewnątrz mnie zauważył. Przechadzałem się od zespołu do zespołu, dopóki nie trafiłem do Sofy. To było już poważniejsze. Ledwie nagraliśmy demo odezwał się Hirek Wrona z Trójki. Później nagraliśmy płytę, dostaliśmy Fryderyka, weszliśmy w rynek muzyczny. To było niezwykłe dziesięć lat, które sporo mnie nauczyło. Nie nagrałbym pewnie swojej płyty gdyby nie te doświadczenia.

Jakie lekcje były najcenniejsze?
Pierwsza to technikalia, produkcja, wszystko związane ze studiem, koncertami, tworzeniem albumu. Druga to świadomość sceniczna, gdy wychodzę do ludzi wiem po co tam jestem, co robić. Bez względu na to czy gram dla kilku osób w stodole czy kilkuset na koncercie. Mam to oswojone.

Twój głos jest brudny, chropowaty, to nie jest czysty wokal.
Nie potrafię dobrze śpiewać ani grać.

Nie kokietujesz teraz?
Nie, czuję się przede wszystkim autorem i na tym mi najbardziej zależy. Przedkładam treść nad formę. Koledzy siedzieli samotnie, ćwiczyli skale, zawsze mnie to nudziło, wolałem grać w zespole, próbować kreować jakieś zjawiska, emocje. Nigdy nie aspirowałem do poruszania się po wielu oktawach. Oczywiście warsztat jest potrzebny, ale wiedziałem, że nie będę nigdy tego typu muzykiem, który wyśpiewuje każdą frazę. Wolę śpiewać historie, które są o czymś ważnym dla mnie.

Dlaczego płytę nazwałeś „Głupi”?
Bo lubię naiwność, właśnie ten brak kalkulacji, otwartość na to co się wydarzy. Im jestem starszy tym lepiej się czuję, za chwilę skończę czterdzieści lat i dobrze mi z tym. Na otwartości można więcej wygrać, na byciu gotowym na wszystko. Chciałem nagrać płytę, która jest prosta. Nie zależało mi na modnej płycie dla dzieciaków z miasta, wolałem by było mniej doskonałe, ale prawdziwe, by produkcja nie zdominowała tego co się dzieje na scenie. Na etapie miksów walczyłem o to by zachować swego rodzaju brud.

„Nie lubię mężczyzn, którzy pachną mydliną. Uczciwiej od mydliny jest pachnieć szczyną”
Ten utwór jest o hipokryzji, o kreacji siebie i wchodzeniu w schemat, role. Przez chwilę prościej się żyje i myśli, gdy uwierzymy w schemat. Tacy ludzie malują sobie mieszkanie na kolor łososiowy, bo tak wypada, nie pomyślą o tym jaki chcą mieć kolor. Napisałem „Nie lubię” żeby opowiedzieć o braku samodzielnego myślenia. A przecież to przyjemnie mieć swoje zdanie, nie przepadam za kompromisami.

Śpiewasz też o młodzieży, która się nudzi, słania na nogach, której brakuje powstania. Czujesz pokoleniową różnicę?
Czuję, przebywam głównie z młodszymi od siebie, więc mam porównanie. Z jednej strony są bezczelni, waleczni, a z drugiej potrafią się załamać jednym niepowodzeniem i wszystko im leci z rąk. Patrzę na nich i widzę te skrajności, to ciekawe, z jednej strony bardzo kreatywni, z drugiej koniunkturalni, ulegli wpływom, kalkulacjom. Ale to naturalna kolej rzeczy. Taka kilkunastoletnia perspektywa pozwala widzieć sprawy szerzej. Marek Hłasko podobnie opisywał swoich pięknych dwudziestoletnich: „Oni są słabi; nie tragiczni i nie śmieszni, tylko tragicznie, przeraźliwie słabi (…) Trzeba to pokolenie smutnych i rozpieszczonych dzieci, które utraciło wiarę w bociana, przygotować do życia – oni nie są przygotowani.”

A o sobie napisałeś „jestem spokojny, nerwy mam ze stali, chociaż serce mi wali”. Skąd ten spokój?
Niewiele rzeczy jest w stanie mnie naprawdę dotknąć, wybić z rytmu. Byłem na terapii, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że nic mi to nie daje. Może nie ufałem, może nie chciałem, ale generalnie nie potrafiłem obcej osobie mówić wszystkiego i te spotkania terapeutyczne donikąd mnie nie prowadziły. Oparcie znajduję przede wszystkim w sobie, ono jest zgodą, przyzwoleniem na to co przypływa. Nie potrzebuję mieć swojego bezpiecznego, stałego miejsca. Pokoje stwarzam w głowie.

Jak?
Sam ze sobą. Przygotowuję się na poszerzony odbiór, wyciszenie, czasami to się dzieje bezwiednie, ten moment gdy emocje i treści zaczynają się przelewać. Zaczynam pisać, grać. Jest we mnie przeświadczenie o niezmienności rzeczy, przemijaniu, które mnie uspokaja. Idzie za tym refleksja, że nie warto się przeciw temu buntować, można to zauważać, próbować zrozumieć, opisywać, ale przecież i tak wszystko się skończy.

Tomasz Organek zwany również Ørgankiem (ur. 1976) –  kompozytor, wokalista i autor tekstów. Współzałożyciel i przez dziesięć lat członek zespołu SOFA. W 2013 roku stworzył solowy projekt Ørganek i rok później debiutował płytą „Głupi”, nominowaną w 2015 roku do Fryderyków, w kategorii rockowy album roku. Zdobywca Mateusza Trójki 2014 i Nagrody Artystycznej Miasta Torunia im. Grzegorza Ciechowskiego 2014.

Wywiad został opublikowany w magazynie Zwierciadło nr 8/2015, Robert Rient.