Panapoom Panaparo Bhikku

Wszystko będzie znikać tak jak cierpienie, szczęście zniknie, ciało zniknie, łzy będę jeszcze wiele razy płynąć po moich policzkach, ale znikną. Wdech i wydech znika codziennie, kiedyś zniknie zupełnie. Tak samo jak cierpienie, z którym żyłem czterdzieści lat. Wiem też, że całe życie będę ze sobą sam, nawet gdy wrócę z klasztoru do ludzi. Wiem, że będę zmagał się jeszcze nie raz ze smutkiem, ale cokolwiek się pojawi – pojawi się tylko na jakiś czas – mówi Panapoom, mnich z Tajlandii.

Boisz się tygrysów?
Wszyscy się boimy, ale tam gdzie mieszkam nie ma tygrysów, tylko legendy o nich. Są za to węże i niedźwiedzie, ale raczej małe.

Gdzie znajduje się twój klasztor?
W Amphur Dansaie na północy Tajlnadii, cztery kilometry od miasta Dansai. Żyjemy wysoko w górach, w lesie, bez prądu. Mieszkam tak jak pozostali mnisi, w kuti, małych chatkach wykonanych z drewna, chodzi o to żeby wszystko było w zgodzie z naturą.

Co jest wewnątrz kuti?
Nic, nie ma krzeseł, okien, drzwi, łóżka, każdy insekt może wejść, śpimy na ziemi, dookoła kuti jest las. Niektóre kuti są oddalone od innych na tyle, że nie można ich zobaczyć, dlatego zasadniczo cały czas jesteśmy sami. To zmaganie się z samotnością, bycie z nią. Na początku godzina w samotności, dwie to było wyzwanie, teraz kilka dni nie stanowi problemu.

IMG_7139

Panapoom Panaparo Bhikku (w środku) i Robert Rient, fot.: Karolina Sikorska

Mieszkacie osobno?
Każdy przebywa w kuti sam. Mistrz mówi, że dzisiaj śpię w tej kuti, za dwa dni przenosi mnie do innej, po kolejnych pięciu dniach ponownie zmieniam miejsce. Przeprowadzamy się często, to uniemożliwia przywiązanie się, zaanektowanie jakiejś przestrzeni jako własnej.

Dlaczego zostałeś mnichem?
Urodziłem się w rodzinie katolickiej, w rozbitym domu. Mama poszła swoją drogą, zostałem z tatą, który nie miał dla nas zbyt dużo czasu, cierpiałem. W sumie zawsze towarzyszyła mi myśl, że życie jest do dupy. Wszystko wydawało się być złe, jakby świat miał na sobie przyklejoną tendencją do złego. Znajomi i przyjaciele nie traktowali mnie najlepiej a ja zachowywałem o sobie przekonanie jako o miłym człowieku. Pytanie „dlaczego” otaczało mnie z każdej strony, dopóki nie założyłem swojej rodziny. I wtedy wszystko co wypierałem, co zepchnąłem bardzo głęboko wyskoczyło i spadło na mnie. Pojawiły się kryzysy, zacząłem zdradzać żonę. Ale będąc z tą drugą osobą nie byłem szczęśliwy, nic co robiłem w tym czasie nie mogło wyciągnąć mnie z poczucia smutku, nieszczęścia. Kłamałem coraz częściej, w coraz drobniejszych sprawach pojawiało się coraz więcej fałszu. Zostałem kimś kim nigdy nie chciałem zostać, kłamcą, zdrajcą. Moja rodzina była rozbita, przeze mnie, a ja wciągałem wszystkich, którzy byli blisko do czarnej dziury, w której siedziałem. Brakowało mi siły. Wtedy spotkałem mojego mistrza Phra Ajarn Nuanchan.

I co się wydarzyło?
To było jakieś dwa lata temu, pierwsze co przyszło mi do głowy to przekonanie, że skądś go znam, że wygląda tak znajomo, jakbym już go wcześniej spotkał. Poza myślami pojawiło się irracjonalne uczucie, że on być może wie co ja robię, zacząłem się bać. Pociągnął mnie za sobą, zacząłem z nim podróżować.

To była szybka decyzja?
Bardzo. Wtedy jeszcze nie planowałem zostać mnichem, po prostu widziałem otaczający go spokój, to jak wielki wpływ wywiera na innych. Gdy zacząłem z nim podróżować i w końcu wspomniałem, że chciałbym zostać mnichem powiedział żebym poczekał rok, przez ten czas obserwowałem jego dharmę.

Co to jest dharma?
To wyjście z cierpienia, czymkolwiek ono jest. Bez względu na to czy to ból kolana czy cierpienie psychiczne związane z traumą z dzieciństwa. Dharma jest naturą, jest istnieniem. Dharma nie jest religią, jest neutralna, wszystko jest dharmą, chrześcijaństwo, islam, buddyzm tak długo jak nie pojawiają się w nich konflikty. Gdy pojawiają się konflikty nie ma dharmy. Dharma jest moim obowiązkiem.

Ale czy nie jest twoim obowiązkiem jako taty być przy swoich dzieciach? Co z twoją rodziną, dziećmi? Nie uważasz, że powinieneś być z nimi blisko?
Masz na myśli tego ojca, który żył w kłamstwie i nieszczęściu, że on powinien być blisko swojej rodziny? Myślę, że w naturze nas wszystkich jest kochanie siebie. Prawda boli. Kochasz swoje dzieci tak bardzo mocno, ponieważ kochasz siebie. W pewnym momencie zrozumiałem, że najbardziej na świecie kocham siebie, bardziej od moich dzieci, myślę że to uniwersalne doświadczenie, ale nie chcemy go widzieć. Wiem, że to co zrobiłem swojej rodzinie nie jest wybaczalne, ale potrzebowałem czasu by to zrozumieć, zobaczyć że stałem się nienawiścią, że stałem się tym czego najbardziej nienawidziłem. Jestem tutaj jak wycinek większego czasu. To nie jest moja droga na całe życie, przebywam w klasztorze od siedmiu miesięcy, za rok wracam. Pozostaję w kontakcie z rodziną. Tęsknią, ale też rozumieją co robię, że próbuję być lepszą osobą nie tylko dla siebie. Wiedzą, że uczę się pozbywać złych nawyków, być lepszym ojcem.

W dalekich górach, tylko ze sobą i tymi wszystkimi myślami, uczuciami, z daleka od nich – to nie boli?
Robię to dla siebie, dla nich, dla każdego kto przejdzie przez moje życie.

Ale czy droga mnicha, żyjącego gdzieś w dżungli, poza światem i relacjami nie jest tak naprawdę ucieczką? Nie trudno być dobrym gdy nie ma nikogo dookoła.
To zależy jak definiujesz dobro i zło, ale nie, nie uciekam tutaj od siebie, świata, przeciwnie. Dla mnie definicje składają się z drobnych detali. To, że coś komuś dajesz w prezencie nie oznacza, że robisz dobrze. Liczą się intencje. Czasami dajemy coś innym bo już tego nie potrzebujemy, albo straciło na znaczeniu. Dobro, prawdziwe dawanie oznacza dla mnie dzielenie się czymś co naprawdę kochasz, a nie czymś czego już nie lubisz, albo masz za dużo, czymś co nie ma już znaczenia.

Na przykład emocjami, czasem? Albo słuchaniem po to by móc potem opowiedzieć siebie?
Wszystkim. Dawanie czasu, rzeczy materialnych, wsparcia, to prawie zawsze idzie z jakąś intencją. Będąc mnichem masz czas skupić się na detalach, na intencji dawania, czy przypadkiem nie dzielę się by otrzymać. Chodzi o dawanie bez proszenia o cokolwiek, nawet w myślach, duchu.

Co jest dla ciebie najtrudniejsze w klasztornym życiu?
Robienie czegokolwiek bez zamiaru, planowania, jakiegokolwiek zamysłu, intencji właśnie, po prostu robienie. Zrozumiałem, że zawsze byłem zdeterminowany a to mnie usztywniało. Dharma to natura, natura to dharma – to jedno i to samo. By stać się jednym z naturą trzeba być miękkim, lekkim, zrelaksowanym, elastycznym. Jak jestem usztywniony w myślach, ciele, osobowości – nie pasuję prawie nigdzie, albo do niewielu miejsc, ale gdy jestem elastyczny pasuję prawie wszędzie, bez zmartwienia, troski. Pierwsze trzy miesiące w klasztorze były ciężkie, byłem skostniałym mnichem, robiłem wszystko z wielkim zaangażowaniem, determinacją, tak jak wcześniej w biznesie. Ale by doświadczyć dharmy trzeba być zrelaksowanym, nie chcieć brać, dostawać. Im bardziej pragniesz zobaczyć, dotknąć, doświadczyć tym dalej jesteś od prawdy.

P1000297

Panapoom Panaparo Bhikku (drugi od lewej), fot.: Robert Rient

Ale przecież chcesz być lepszym człowiekiem, przebudzić się, żyć w zgodzie z naturą, światem. Jak zatem chcieć bez chcenia?
Dla mnie polega to na wypełnianiu swoich obowiązków, które masz wypełnić i już. Innymi słowy zrobić to co należy zrobić bez przyzwolenia by to co robię określało moją tożsamość, to kim jestem. Każdy ma swoje obowiązki. Jako mnich muszę wstać o drugiej w nocy, potem zaczyna się vipassana, czyli medytacja wglądu na siedząco, w ruchu, podczas spacerów po dżungli. Potem są poranne i wieczorne śpiewy, około dziewiątej jemy jeden posiłek z tego co otrzymaliśmy w darach od mieszkańców okolicznych wiosek. Robię to co muszę próbując do niczego się nie przywiązywać, nie pragnąc, nie czując niechęci.

Dlaczego wstajecie o drugiej w nocy?
Mistrz mówi, że to najlepszy czas, bo większość ludzkich umysłów pogrążonych w chaosie wtedy śpi. Chodzi o to by być połączonym z energią natury. I każdego dnia poza wypełnianiem obowiązków staramy się nie chcieć, ale to nie jest proste. Co chwilę zdaję sobie sprawę, że mam pragnienia, że chcę czegoś, że tworzę kolejne plany. Przyglądam się im.

Jak?
Medytując. Podejmując decyzję, że będę siedział bez względu na to co się wydarzy obok mnie, bez względu na myśli, bez względu na to co lub kto się pojawi obok. Nie otworzę oczu bez względu na każde uczucie i dyskomfort, po prostu będę medytował i zobaczę co się stanie.

Ale jak to się ma to do bycia elastycznym?
To jest trening uważności, wypełnienie swoich obowiązków najlepiej jak potrafię, bez prześlizgiwania się. Teraz z tobą rozmawiam i nie dzieje się nic poza rozmową, a gdy medytuję wtedy wyłącznie medytuję, najlepiej jak potrafię. Po prostu chodzi o to bym zrobił to co należy do moich obowiązków. Bycie elastycznym rozumiem jako bycie sobą, a nie bycie zbyt sztywnym, napompowanym powietrzem albo jakąś ideą, jakakolwiek by ona nie była. Każde zadanie, jeśli połączone jest z wiarą pozwala widzieć to czego wcześniej nie widziałeś.

Co jest twoją wiarą?
Podążanie drogą Buddy, drogą bez cierpienia, odpuszczanie tego wszystkiego co przeszkadza w byciu na tej drodze.
A nie uważasz, że każdy powinien znaleźć swoją drogę? Budda, podobnie jak Jezus nie założyli religii, to zrobili ich uczniowie, późniejsi wyznawcy. Każdy z nich mówił o tym by wsłuchać się w siebie i miłość czymkolwiek ona jest. Podobno każdy z nas już jest oświecony tylko tego nie widzi, być może właśnie przez przynależność do jakiejś religii.
Masz rację, dla mnie buddyzm jest czymś czego mogę się przytrzymać na swojej drodze, czymś co mnie prowadzi bezpośrednio. To jest właśnie wiara, którą wybrałem. Jezus jest świetnym duchowym nauczycielem, po prostu nie miałem dobrych doświadczeń z jego wyznawcami, katolikami, którym wiara w Jezusa nie przeszkadzała robić źle. Nie znalazłem swojej drogi w chrześcijaństwie, nie ze względu na niego. Powiedzieć by nadstawić drugi policzek czy kochać swoich bliźnich to nie jest religia, to wydaje się być jedyna droga. Buddyzm to mój wybór, do którego nikogo nie namawiam, wiem że każdy musi znaleźć swoją własną drogę.

Czujesz się szczęśliwy?
Czuję się lepiej niż kiedykolwiek. Karmiłem się przez długi czas wszystkim co dookoła mnie, sięgałem po to na co miałem ochotę. Dzisiaj pójdę do kina, zjem to, kupię sobie taki samochód, podążałem za każdą potrzebą, zaspokajałem ją, miłości też mi było za mało. Na początku musiałem walczyć ze sobą w klasztorze, musiałem robić wiele rzeczy, na które nie miałem ochoty, jeść to czego nie lubię, być tam gdzie nie chcę, rozmawiać z kimś z kim nie chcę.

Rozmawiacie w klasztorze?
Czasami tak, ale dużo czasu spędzamy w separacji. Im więcej rozmawiasz tym bardziej senna robi się twoja świadomość, umysł zaczyna kłamać, porównywać, opowiadać nowe historie, stwarzać nowe potrzeby. Cisza i medytacja powoduje, że te wszystkie operacje umysłu można zaobserwować, im dłużej to trwa tym bardziej one cichną. By zbliżyć się do dharmy trzeba być samemu ze sobą.

Co było dla ciebie największą niespodzianką?
Gdy moje cierpienie zniknęło, tak jakby tuż przed moimi oczami. Pewnego dnia medytowaliśmy, widziałem wyraźnie moje wewnętrzne cierpienie, tego dnia zapomniałem okularów, a nie byłem przyzwyczajony do życia bez nich. Musiałem przeczytać tekst pieśni, próbowałem dostrzec słowa  aż rozbolała mnie głowa. Wypłynęło wtedy wiele wypartych przeze mnie uczuć. Zacząłem się zastanawiać dlaczego mistrz mi to robi. Dlaczego muszę czytać te teksty. Dlaczego tutaj jestem. Tak jakby tysiące wulkanów wybuchło w moim wnętrzu. Pomyślałem, że to idiotyczne, że jestem w tym miejscu, jakiś głos mi mówił żebym odpuścił, że nie ma sensu tak się męczyć. Próbowałem dyskutować z moim umysłem, ale on nie chciał słuchać, był jak rozgniewane dziecko, które nie ma ulubionych zabawek, nie udało mi się go wyłączyć, pomyślałem, że dłużej już nie wytrzymam, nie dość że jestem nieszczęśliwy w życiu to jeszcze męczę się w klasztorze. Potem wypłynęły ze mnie wszystkie smutki z dzieciństwa, o których zapomniałem. I wtedy nagle coś się stało, gdy już miałem wybuchnąć mój umysł gdzieś odszedł i całe cierpienie zniknęło. Byłem przejęty, szukałem przez kolejne dni cierpienia ale go nie było, zniknęło. To było przejmujące. Wtedy zrozumiałem, że wszystko będzie znikać tak jak cierpienie, szczęście zniknie, ciało zniknie, łzy będę jeszcze wiele razy płynąć po moich policzkach, ale znikną. Wdech i wydech znika codziennie, kiedyś zniknie zupełnie. Tak samo jak cierpienie, z którym żyłem czterdzieści lat. Wiem też, że całe życie będę ze sobą sam, nawet gdy wrócę z klasztoru do ludzi. Wiem, że będę zmagał się jeszcze nie raz ze smutkiem, ale cokolwiek się pojawi – pojawi się tylko na jakiś czas.

A gdyby ktoś chciał na kilka miesięcy pojechać do klasztoru, medytować, być ze sobą, w naturze, to możliwe?
Tak, jakiś czas temu była u nas dwójka Polaków. Jeśli ten ktoś o kim mówisz nie zna nikogo tutaj, nie ma żadnych namiarów niech po prostu przyjedzie i za dużo nie myśli. Im więcej myślisz tym dalej jesteś od decyzji, której pragniesz. Przyjedź i zobacz co się dzieje, zacznij robić to co pozostali. Pewnie trafisz na jakiegoś mistrza, innego znajdziesz w sobie.

Czuję się zainspirowany.
Prawdopodobnie kiedyś zrobiliśmy coś dobrego skoro mogliśmy teraz o tym wszystkim porozmawiać. Zdajesz sobie sprawę, że spotkaliśmy się już wcześniej?

Panapoom Panaparo Bhikku – mnich, urodzony 1972 roku w Banpong (prowincja Ratchaburi w Tajlandii). W wieku siedemnastu lat przeprowadził się do Paradise Valley (stan Arizona w USA), gdzie ukończył szkolę średnią, a następnie administrację i biznes na Uniwersytecie Iowa. Mąż i ojciec, biznesmen prowadzący wraz z żoną firmę zajmującą się inżynierią tworzyw sztucznych, obecnie przebywa na dwuletnim odosobnieniu w klasztorze leśnym w Tajlandii.

mnich

Wywiad został opublikowany w magazynie Coaching Extra 2014, Robert Rient