Piotr Nesterowicz

Wierzę, że w życiu trzeba kierować się pasją, tym co naprawdę angażuje. Często ludzie wypalają się marząc o zmianie. Nic nie robią. Nie ryzykują. To odbiera satysfakcję – mówi Piotr Nesterowicz, reporter. 

 

Co ma wspólnego biznes z literaturą?
Łatwiej mi opowiedzieć o własnym doświadczeniu, niż uogólniać. Pewne moje cechy pomagały mi zarówno w biznesie, jak i podczas pisania.

Jakie?
Jestem bardzo analityczny, ustrukturyzowany w myśleniu, zbieram fakty, łączę je, wszystko analizuję, z kolei inteligencja emocjonalna ma u mnie wciąż tak zwany potencjał rozwoju. Ta część analityczna pomaga w biznesie, w rozpoznawaniu źródeł problemów i później rozwiązywaniu ich. Podobnie jest przy pisaniu reportażu. Szybko w głowie rodzi mi się struktura, koncepcja, chociaż nie zawsze zostaje do końca. „Cudowną” zmieniałem wiele razy, ale od początku wiedziałem, jak odbyte rozmowy przełożyć na papier, gdzie cytaty ze spisanego wywiadu umieścić w dłuższym tekście. Dostrzegam paralele między zdarzeniami.

Byłeś konsultantem w jednej z największych firm doradczych na świecie, potem trafiłeś do zarządu Netii. Porzuciłeś to, co robiłeś przez piętnaście lat, by zająć się pisaniem, zaryzykowałeś. Jakie to uczucie?
Bardzo dobre. Chociaż z natury jestem racjonalny, to w wyborach życiowych, w tym przypadku związanych ze zmianą pracy, kieruję się jednak emocjami. To nie znaczy, że podejmuję decyzje z dnia na dzień, ale ważniejsze jest dla mnie, jak się czuję, niż sprawdzenie czy decyzja o zmianie pracy lub jej rzuceniu będzie rozsądna na ścieżce kariery. Przez dziewięć lat pracowałem w McKinsey, ostatecznie jako młodszy partner. Wymagające miejsce, jeśli chodzi o czas pracy, ale bardzo ciekawe. Jednak pewnego poniedziałku zalały mnie myśli, że przede mną kolejne spotkanie z klientem, następne, a równocześnie podobne prezentacje, jeszcze jeden projekt. Zaczęło mnie to męczyć, przestało ekscytować. Nie chciałem już doradzać w biznesie, podjąłem decyzję, że odchodzę, zakomunikowałem to, a dopiero potem zacząłem szukać pracy. Po czasie trafiłem do Tele2, pracowałem tam jako dyrektor generalny na Polskę. Następnie, gdy po czterech latach sprzedaliśmy firmę Netii, dołączyłem do jej zarządu, gdzie przede wszystkim byłem  odpowiedzialny za stronę operacyjną.

Źle Ci tam było?
Zupełnie nie, świetna praca. Duża spółka giełdowa, ale niezależna. Ważni inwestorzy byli instytucjami finansowymi, nie mieliśmy akcjonariusza branżowego ani państwowego, co oznaczało ogromną samodzielność, swobodę dla zarządu. Każda porażka, ale też każdy sukces zależał od nas. A miałem szczęście pracować z wybitnymi ludźmi. Już wcześniej nauczyłem się, że w wyborach zawodowych najważniejszy jest dobór odpowiednich ludzi, od nich zależy najwięcej, i zdolność do osiągania celów, i atmosfera w pracy. Kto jest obok, nade mną, pode mną w strukturach zawodowych – wciąż uważam za najważniejsze. Ludzi żałowałem najbardziej, gdy odszedłem.

W którym momencie podjąłeś decyzję, że odchodzisz z biznesu?
Mentalnie po dwóch latach pracy w Netii, formalną rezygnację złożyłem po trzech, potem jeszcze pół roku zostałem, by domknąć pewne sprawy. A w międzyczasie pisałem.

Po co zacząłeś pisać?
Nigdy tego nie przewidywałem. Moja polonistka z liceum bardzo by się zdziwiła, że piszę książki i wydałem „Cudowną”, która zbiera dobre opinie. W szkole nigdy nie byłem literackim orłem, miałem czwórkę z polskiego, wielu pisało lepiej. O tym, że zacząłem pisać, zadecydowała chyba śmierć moich rodziców w 2007 roku, najpierw tato, a półtorej miesiąca później mama. Jestem przykładem stereotypu wycofanego syna. Moja siostra więcej z nimi rozmawiała, więcej wiedziała o ich młodości, dzieciństwie. Mam naturę introwertyka, raczej tłumię emocje niż je wyrażam. Może pisanie było formą autoterapii? Z pewnością po ich śmierci dotarło do mnie, że za mało z nimi rozmawiałem. Chyba chciałem to nadrobić. Poza tym od młodości wymyślałem historie, ciągnąłem je czasami przez wiele miesięcy. Niekiedy jedną scenę z bohaterem potrafiłem wałkować przez tydzień. Cyzelowałem najdrobniejsze szczegóły. Może to była szkoła tworzenia fabuły, opisu. Gdy jeździłem do moich rodziców do Opola, przed ich śmiercią, stworzyłem po drodze historię, tę samą przez wiele miesięcy. Po ich śmierci żona wysłała mnie poza Warszawę, abym złapał oddech, i tam zacząłem tę opowieść przekładać na papier. Napisałem książkę, fantastykę, pokazałem żonie, ona jest pierwszą redaktorką wszystkiego co napiszę, powiedziała, że może być. Wysłałem do kilku wydawnictw, jedno postanowiło wydać. I chociaż finalnie nic z tego nie wyszło, to dostałem sygnał z zewnątrz, że to co piszę nie jest takie złe. To był czas, gdy zacząłem pracować w Netii. Pisanie coraz bardziej mnie angażowało emocjonalnie i intelektualnie, spychając na dalszy plan pracę zawodową, którą przez tyle lat bardzo lubiłem.

Zabezpieczyłeś się odchodząc z firmy?
Wiedziałem, że chcę pisać, ale równocześnie musimy razem z żoną utrzymać rodzinę. A z pisania nie jest to łatwe. Przyzwyczailiśmy się do życia na pewnym poziomie, a ja postanowiłem odejść w coś niepewnego.

Co  na to Twoja rodzina?
Zrobiliśmy z żoną naradę, wiedzieliśmy że pisanie nie będzie – przynajmniej na początku – źródłem utrzymania. Żona doskonale sobie radzi, generuje stały przychód. Stwierdziliśmy, że uda nam się, przy pewnych ograniczeniach, ale bez dramatycznych wyrzeczeń, utrzymać określony poziom życia dla nas i dzieci. Ale oczywiście było ryzyko. Szczególnie to emocjonalne – porzucenia kariery, w której odniosłem sukces i podjęcia czegoś, co po dwóch – trzech latach mogło okazać się niewypałem. Wierzę, że w życiu trzeba kierować się pasją, tym co naprawdę angażuje. Często ludzie wypalają się marząc o zmianie. Nic nie robią. Nie ryzykują. To odbiera satysfakcję.

Wciąż jest modne rzucić korporację i wyjechać w Bieszczady, kolorowe pisma karmią tymi historiami, a Ty narzekasz na tych, którzy narzekają na korporacje.
Nie uważam korporacji za idealne miejsce, ale śmieszą mnie ludzie, którzy spędzili w niej dziesięć czy piętnaście lat, zrobili kariery, byli częścią, zazwyczaj nie tylko małym trybikiem owej korporacji, często zarobili sporo pieniędzy, ułożyli sobie życie i nagle mówią, że to było kompletną pomyłką. Jeżeli ktoś faktycznie żył przez tyle lat w iluzji, zaprzeczeniu samego siebie, to musiał mieć niesamowicie frustrujące życie. Jednak mam wrażenie, że najczęściej jest to racjonalizacja swojego wyboru i odcinanie się od przeszłości poprzez jej deprecjonowanie.

Nazwałeś siebie introwertykiem, co to dla Ciebie znaczy?
Jestem zamknięty w sobie, mam bardzo wąskie grono znajomych i jeszcze mniejsze przyjaciół. Nie lubię imprez, konferencji, spotkań towarzyskich, podczas których prowadzi się rozmowy o niczym. Nie odnajduję się w tym. Przez prawie cztery lata w Netii byłem na paru takich spotkaniach.

Pisanie fikcji to dobre schronienie przed takimi koniecznościami, ale co wtedy, gdy zbierasz informacje do reportażu, spędzasz długie godziny z nieznanymi sobie osobami?
Żona się wciąż nie może nadziwić, że chodzę po obcych domach i rozmawiam czasami na bardzo intymne tematy. Przełamuję w sobie naturalną chęć do zamykania się, co bywa dla mnie terapeutycznym doświadczeniem. Okazuje się, że ludzie szybko się otwierają, zadziwia mnie gotowość do zwierzenia. Pisałem kiedyś reportaż o kobietach, które wskutek schorzeń fizycznych albo problemów psychicznych nie mogą uprawiać seksu. Niektóre z moich bohaterek zachorowały po latach udanego życia seksualnego i rodzinnego. To podkopywało ich poczucie własnej wartości, kobiecości, niszczyło relacje, rujnowało plany posiadania dzieci, nie mówiąc o tym, że powodowało ból, nie tylko fizyczny. Rozmawiałem z tymi kobietami o bardzo osobistych sprawach, o których czasami nie mówiły nikomu innemu. Zaczęła mnie pociągać ta ludzka gotowość do dzielenia się. Jest całe mnóstwo nieopisanych, nieznanych historii. To fascynujące.

Jak te intymne rozmowy na Ciebie wpływają?
Nabieram dystansu do siebie. A przede wszystkim pokory. Pochodzę z Opola, z przeciętnej rodziny, tato pochodził z Podlasia, mama z Wielkopolski. Po studiach we Wrocławiu wyjechałem do Warszawy. Na fali zmian w lat dziewięćdziesiątych, jak wielu młodych moich rówieśników, zrobiłem szybką karierę. Z pewnością trochę zachłysnąłem się tym życiem, finansami, możliwościami wcześniej niedostępnymi, tym czego zawsze brakowało, a co nagle było na wyciągnięcie ręki. Wierzę, że nigdy mi to do końca nie przewróciło w głowie, a gdy zacząłem jeździć na odległe tereny, wiejskie, takie z których pochodzą moi rodzice, spokorniałem. Wyraźnie uświadomiłem sobie, jak inny jest świat warszawskiego biznesu. Nie uważam, by był zły, mam wielu znajomych, którzy wciąż się tym zajmują, a których cenię. Niemniej, problemy, tematy rozmów, przeżycia i emocje przez nie wyzwalane są inne. To było odświeżające.

Wracasz na Podlasie, na tereny z których pochodzisz, to w jakimś sensie powrót do rodziców, do tych rozmów, które się nie wydarzyły?
Przez pierwsze dwa, trzy lata po ich śmierci nie widziałem w sobie radykalnej zmiany. Jednak teraz, gdy piszę, czasami mam wrażenie, że chcę spłacić dług. Nadrobić te wszystkie nie odbyte rozmowy. Pierwszą książkę o Podlasiu, zbiór reportaży, napisałem gdy taty już nie było. Teraz również piszę o młodych ludziach pochodzących ze wsi, o latach pięćdziesiątych. Większość żyjących Polaków jest pochodzenia chłopskiego, nasi rodzice, dziadkowie migrowali do miast najczęściej właśnie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. A jest to przeszłość często wyparta, zapomniana, chociaż to ona kształtuje nas, zarówno jako społeczeństwo, jak i jednostki. W pewnym sensie piszę również o moich rodzicach, o ich rówieśnikach, w ten sposób prowadzę z nimi wciąż dialog.

A Twoja codzienność wraz z rzuceniem biznesu mocno się zmieniła?
Nie, wstaję po szóstej rano po bułki tak jak wstawałem, potem odwożę dzieci do szkoły.

Jak definiujesz karierę, sukces?
Może to idealistyczne i oklepane, ale spełniona kariera to poczucie osiągnięcia tego co ważne, zostawienie po sobie śladu. To może być praca nauczyciela, stworzenie świetnej kampanii reklamowej czy napisanie książki. Ważne by to co robię sprawiało satysfakcję.

A Twój ślad, co byś chciał po sobie zostawić, na przykład swoim dzieciom?
Są dla mnie najważniejsze. Wierzę, że dzieci są jednym w tych najważniejszych śladów, jakie po sobie pozostawiamy. Ale nie podoba mi się traktowanie dzieci w kategoriach projektu. Chcę by były szczęśliwe z tym co będą robić. Byłoby wspaniale, gdyby to się im  udało.

Czyli nie masz na nie pomysłu?
Oczywiście, że mam. Tyle, że to jest mój pomysł, a nie ich. Mój syn jest w drugiej klasie gimnazjum i miotam się: czy powinienem przykręcić śrubę, narzucać swoje oczekiwania, moją wizję tego, co ważne, czy nie. Wiem, że go nie zmuszę, bo przestanie mnie słuchać, a i tak to on ułoży swoje życie, gdy dorośnie. Chciałbym, by zawodowo podążali za tym co ich angażuje.

A nie zawodowo?
By mieli obok siebie kilka osób, z którymi będą się przyjaźnić, które kochają, chociaż jedną osobę, by ktoś był. Tego im życzę.

„Wolę być przeciętnym pisarzem z moją genialną rodziną, niż odwrotnie” – powiedziałeś w jednym z wywiadów, musisz wykupywać czas by pisać?
Czasami chciałbym być sam, przychodzi wena, a domownicy mnie irytują, przeszkadzają skupić. Gdzieś się zamykam. Jednak trwa to krótko. W tym tygodniu  jestem sam w Warszawie. Sam ze sobą. Minęły cztery dni i stwierdzam, że już wystarczy, zaczynam tęsknić, dobrze by wrócili. Moje potrzeby samotności są krótkoterminowe. Wyjazd na dzień lub dwa gdzieś w teren, by spotkać się z ludźmi, pojechać – lubię sam jeździć samochodem – zaspokaja moją potrzebę na izolację. Metod pisania jest tyle ilu piszących.

A jaka jest Twoja?
Nie mam rygoru, zaczynam pisać gdy pojawia się potrzeba. Najpierw opowiadam sobie historię w głowie, czasami przychodzą zdania, zapisuję je. W pewnym momencie siadam i piszę, czasami po wiele godzin. Mija kilka dni, nadchodzi przerwa, ładowanie na nowo baterii.

„Interesują go ludzie, a właściwie obraz ludzi, przeglądających się w objawieniu” – napisał Ignacy Karpowicz w recenzji Twojej najnowszej książki „Cudowna”, miał rację?
Tak. Na początku myślałem, że to będzie reportaż historyczny o tym jak komuniści walczyli z religijnością, z własnymi obywatelami. Potem zainteresował mnie obraz ludowej religijności, on się przez ostatnie pięćdziesiąt lat moim zdaniem nie zmienił. W miejscach cudów, objawień, ludzie zachowują się wciąż tak samo, zmienia się tylko otoczenia. Schemat pozostaje identyczny. Wreszcie jednak okazało się, że najbardziej poruszyły mnie emocje, jakie to zdarzenie wywołało wśród mieszkańców miasteczka, sąsiadów i jak wpłynęło na losy tych, których objawienie szczególnie naznaczyło.

Z jednej strony są ci, którzy potrzebuję uwierzyć, przekonują, agresywnie głoszą jedną prawdę, po drugiej stronie są ci, którzy wyśmiewają, szydzą, są cyniczni, dążą do tego by zniszczyć ów cud, podważyć go. Pozornie to dwa różne stanowiska, ale są jak dwa końce tego samego kija.
Dlatego w książce nie zabieram stanowiska, nie chciałem popaść w ironię, to jest łatwe, ale również uważałem, by nie uderzyć w górne tony. Opisywałem te skrajności zostawiając ocenę czytelnikom, oni zdecydują czy wierzą w cud czy nie. Natomiast trudno mi było przejść obojętnie nad zawiścią. Chociaż nie wydarzyły się tam jakieś straszne rzeczy, ale pomówienia, plotka rozkwitły i zatruły niektórym życie na wiele lat.

Smutny obraz nas jako ludzi wyłania się z tego reportażu.
Trochę mnie to przeraziło. To zetknięcie z historiami pełnymi jadu. Nigdy nie wypytywałem o lokalne plotki, ludzie sami chętnie się nimi dzielili. Bez względu na to, jak podchodzili do religii i objawienia. Na swój użytek oddzielam fanatyka od osoby żarliwej. Jeden i drugi człowiek zdecydowanie wierzy, chociaż może być ateistą albo słuchać  Radia Maryja. Fanatyk w innych, którzy nie podzielają jego tak silnych przekonań, dostrzega zagrożenie. Obcego, którego deprecjonuje, atakuje. Osoba żarliwa głosi swoją wiarę, ale nie narzuca jej innym. I umie dostrzec w tym drugim człowieka, a nie wroga.

Jesteś żarliwy?
Niestety, chyba nie, nie mam w sobie tak gorącej wiary. Chociaż wiara w coś ponad naturalnego wydaje mi się cenna, ważna, w końcu wynosi życie nad to, co rzeczywiste.

A sens gdzie znajdujesz?
Nie będę się silił na poważne przemyślenia, pozorował przed Tobą, że kieruje mną jakieś głębokie filozoficzne czy mistyczne rozważania. Liczy się dobre życie w rodzinie, szczęście z tymi najbliższymi i by wykonywać jak najlepiej to, co się robi. Chcę dobrze opowiadać o świecie, o tym co mnie interesuje, o tym co uznaje za ważne.

Piotr Nesterowicz – urodzony w 1971 roku, ekonomista i pisarz. Autor esejów, reportaży i opowiadań fantasy. Wydał książkę „Organizacja na krawędzi chaosu”, powieść fantasy  „Piasek” i zbiór reportaży „Ostatni obrońcy wiary”,. W 2014 roku nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie ukazała się jego najnowsza książka, reportaż „Cudowna”.

Wywiad został opublikowany w Magazynie Coaching 2015, Robert Rient

cudowna

„Cudowna,” Piotr Nesterowicz, Wydawnictwo: Dowody na Istnienie