Renata Przemyk

Piosenkarka i mama, patriotka i zwolenniczka równości, feministka i katoliczka. Renata Przemyk odnajduje siebie w wielu rolach.

Zaskoczyła mnie twoja nowa płyta, i singiel „Kłamiesz”, który ją promuje. Jest dynamiczniej niż wcześniej, mniej akustycznie, bardziej popowo, dlaczego tak?
Chciałam singlem sprowokować do posłuchania całości. Zawsze wybiera się na pierwszy ogień coś co zaintryguje. Piosenka „Kłamiesz” jest wzmocniona pulsującym rytmem, bo temat jest z tych  wiecznie powracających, jak w zaklętym kręgu. Na albumie jest jedenaście różnych utworów, swoim eklektycznym brzmieniem mają prowokować do wejścia głębiej w temat. Każda moja kolejna płyta jest inna.

Ale ta jest bardziej mainstreamowa od wszystkich poprzednich.
Obecnie tak wymieszały się gatunki, że ciężko określić co mieści się w mainstreamie. Często nie to co jest proste, populistyczne, ale to co jest popularne. Maria Peszek wydała popularną płytę, podobnie Kasia Nosowska, wiele z tego co robią jest popularne, ale to wcale nie znaczy, że komercyjne. Jeśli miałabym wpisać się w taki mainstream to z przyjemnością. Obecnie panuje ogromny eklektyzm, ale ja zawsze mieszałam gatunki.

Słucham cię od wielu lat, postrzegałem cię jako artystkę tworzącą różnorodne płyty, które jednak pozostawały w jednym, niezależnym świecie.
I to nadal jest mój świat.

Żadna rewolucja?
Każdy mój album jest formą rewolucji, wkładam w to maksimum emocji. Każdy zbudowany jest z tego co się właśnie wydarzyło w moim życiu, ale też na bazie wszystkiego co już zrobiłam, czego się przez te wszystkie lata i płyty nauczyłam, i kim jestem. Nie chcę ograniczać się do jakiegoś wąskiego muzycznego przedziału. Mam coraz większy ogródek doświadczeń, umiejętności, emocji i mogę z niego czerpać do woli. Przestrzeń, w której tworzę powiększa się. Nie zmienia się natomiast intensywność, nie potrafię podchodzić letnio do życia. Taka nadwrażliwość ma skutki uboczne w codziennym życiu, ale przekłada się pięknie na muzykę. Wszystko ma swoją cenę.

A nie boisz się, że…
Nie boję się.

Niczego?
Przerwałam ci, bo coraz częściej słyszę to pytanie. Domyślam się, że pytasz o muzykę. W sztuce strach jest największym wrogiem. Nie boję się porównań, ocen, tego, że coś się komuś nie spodoba. Stykałam się z tym wiele razy przy każdej nowej płycie. Jeżeli ktoś się boi to powinien zmienić fach. Mogę zrozumieć, że ktoś upodobał sobie jeden gatunek muzyki, ale jeśli w nim pozostaje tylko ze strachu, to taki ktoś sam siebie krzywdzi. Ryzykuje, że nie stworzy niczego nowego, że nie będzie się rozwijał. A o co chciałeś zapytać?

Gdy Agnieszka Chylińska po wielu latach ostrego, rockowego grania wydała beatową płytę musiała zmierzyć się ze sporą krytyką, nie boisz się że spotka cię podobny los?
Przyjrzyj się zjawisku. Przygodę z mocnym rockiem zaczynała jako nastolatka, przez kilka lat i płyt pozostawała w tym gatunku, i dobrze to robiła. Nagle ogłosiła światu, że zawsze marzyła o czymś innym, o czymś w stylu Modern Talking, którego słuchała w tajemnicy przed bratem rockmanem. Niepotrzebnie potraktowała dobre rzeczy, które robiła z O.N.A. jak coś przypadkowego. Gdyby wystartowała od razu z Modern Rocking byłaby pewnie przyjęta pozytywnie. Zrobiła dobrze jedno i drugie. U mnie sytuacja wygląda inaczej, zmieniam gatunki od zawsze, z płyty na płytę, od muzyki jarmarcznej, kabaretowej, teatralnej przez rockową, elektroniczną, kameralną. Ciągle idę naprzód. Uwielbiam się bawić dźwiękiem, słowem i w zależności od konfiguracji nadawać im nowych znaczeń. Cały album jest jednak różnorodny.

rzezba-dnia

 

Jesteś odważna?
Są dwa rodzaje odwagi. Jedna to ta, z którą się człowiek rodzi, jakiś pęd ku nieznanemu, neutralna cecha charakteru. Druga przychodzi z biegiem lat, gdy rozumiemy, że oceny innych nie mogą mieć wpływu na to co robimy, wtedy uczymy się nie poddawać sterowaniu otoczenia, bo i tak nigdy nie sprostamy wymaganiom świata.

A twój starszy brat jaką ci podrzucał muzykę?
Queen tam był, Omega, przez moment The Beatles, częściej Rolling Stones. Jako nastolatka byłam na koncercie Deep Purple, Maanamu, Republiki, ale słuchałam też Toma Waitsa. Mój brat niczego mi nie narzucał, jeśli o to pytasz.

Podobno chciałaś być kierowcą wielkiej, kolorowej ciężarówki.
To było dziecięce marzenie. Mój tato był samochodziarzem, kochaliśmy samochody, razem oglądaliśmy westerny, filmy drogi. Gdy widziałam te ogromne, amerykańskie tiry jeżdżące po preriach, to myślałam, że kierowanie nimi spełniłoby kilka moich pragnień. By jeździć samochodem, podróżować, zatrzymywać się gdzie mam ochotę, zwiedzić cały świat, mieć własny pokój, pobyć trochę samej. Wychowywałam się w ciasnym mieszkaniu, i ta potrzeba była silna. Plus jeszcze jedno z praw jogi, które mówi o tym by wybrać pracę, którą się kocha, bo wtedy nie będzie trzeba nigdy pracować. Nie śpiewałam przed lustrem z dezodorantem w ręku, marząc o byciu wokalistką.

Jak zatem weszłaś na tę drogę?
Od zawsze lubiłam śpiewać. Całe przedszkole było moje, należałam do tych, których raczej się uciszało niż zachęcało do otwierania buzi. Opanowałam sporo piosenek i trochę na siłę umilałam życie całej rodzinie. Do tego dochodziło recytowanie, jakieś teatrzyki.

Rodzice nie namawiali cię do pracy na etacie?
Namawiali. To nie była prosta ścieżka, bo chociaż bujam w obłokach to kiedy trzeba, równie mocno stoję na ziemi. Moi rodzice ciężko pracowali, żeby nam niczego nie brakowało. Próbowali mnie ściągać na ziemię, ale wynikało to z troski. Wiedziałam, że cokolwiek zrobię będę musiała osiągnąć stabilizację własnym wysiłkiem. Poszłam do liceum ekonomicznego, by mieć jakiś fach w ręku, chociaż nigdy nie wyobrażałam sobie pracy w biurze. A wybór studiów zawdzięczam nauczycielowi maszynoznawstwa, Mieczysławowi Siudzie. Wiedziałam, że muszę się dostać za pierwszym razem. Na psychologię, socjologię czy anglistykę nie czułam się zbyt dobrze przygotowana. Byłam niezła z polskiego i rosyjskiego. I tak trafiłam na slawistykę. Kierunek okazał się bardzo ciekawy i nigdy nie żałowałam wyboru. Tylko muzyka mogła mi stanąć na drodze.

Podobno nigdy nie byłaś na wagarach.
Tak, bo to kłopotliwe. Chwila pozornej wolności a potem nadrabianie i pretensje. Nienawidzę tłumaczyć się ze swojego życia, to nie jest kwestia krnąbrności, braku zaufania, ale pewnego rodzaju introwertyzmu, chęci ochrony intymności. Z wagarów musiałabym się tłumaczyć przed nauczycielami, rodzicami. Potem miałabym zaległości, byłabym kontrolowana. Wracałam przed dwudziestą drugą, przynosiłam dobre oceny a dzięki temu miałam wolność. Rodzice mieli spokój a ja robiłam co chciałam nie komplikując niepotrzebnie sytuacji.

Z tego introwertyzmu również wynika twoja niechęć do opowiadania o sobie, związkach, miłości?
Żaden ze mnie ekspert, żeby to miało komuś służyć za przykład. Niektórzy mają potrzebę dzielenia się szczegółami ze swego życia, ale to ma swoją cenę. Nie jest przecież tak, że niczego nie mówię. To co się u mnie dzieje pojawia się na płytach. Wiele w nich miłości, są wzloty i upadki. Są kołysanki. Gdy w Polsce wylała się fala nietolerancji postanowiłam zabrać głos i nagrałam płytę „Blizna”. Od tej pory przypięto mi łatkę feministki. Nie zależy od nas w jakiej religii się wychowaliśmy, jakiej płci jesteśmy, koloru czy orientacji seksualnej. Mamy natomiast wpływ na to co zrobimy z życiem. Błąd popełniają ci, którzy ze swojego życia robią komercyjny spektakl. Można zaprosić do swojego domu parę gości, ale gdy zaprasza się tłum to prędzej czy później pojawia się ryzyko demolki.

Ruch LGBTQ, szczególnie po wydaniu „Blizny” traktował cię jako orędowniczkę, głos walczący o równość. Później udzieliłaś wywiadu, w którym powiedziałaś, że jesteś przeciwna paradom równości a zwolenniczką „życia normalnie i bez rozgłosu”. W twoim kierunku posypały się słowa ostrej krytyki, nie żałujesz tej deklaracji?
A gdybym ci powiedziała, że w tej czerwonej  marynarce wyglądasz jak burak, to potraktowałbyś to jak konstruktywną krytykę czy nieuprawniony atak na ciebie? To zależy, prawda? Od tego czy wierzysz w moją życzliwość, jak bliskie są nasze relacje i od twojego przewrażliwienia na swoim punkcie. Są ludzie nastawieni na walkę, dla których każdy pretekst jest dobry, a każde narzędzie nabierze w ich rękach cech agresywnych. Tacy każde słowo będą obracać w rękach jak potencjalny granat. U mnie nic się nie zmieniło. Od urodzenia jestem za równością, która się należy każdemu zgodnie z konstytucją, ale i zwykłą przyzwoitością. Kluczowy jest dla mnie szacunek do siebie i drugiego człowieka. Uważam się za osobę tolerancyjną, bo wszyscy w moich oczach są równi, a dopiero ich zachowanie ma wpływ na nasze relacje. Nie wszystkie metody walki o równość są mi bliskie.

A to prawda, że jesteś za przemalowaniem tęczy na Placu Zbawiciela w Warszawie na biało-czerwony kolor?
To była ironia, próba nabrania dystansu do sytuacji z żonglowaniem symbolami. Byłby to równie wartościowy symbol jak tęcza. Jestem w ogóle przeciw agresji i niszczeniu. I robieniu z symboli oręża do wzajemnego zwalczania się.

Czym jest dla ciebie patriotyzm?
Bliżej nam do machania szabelką przeciwko czołgom, niż bycia dumnymi z naszego języka, literatury, historii. Praca u podstaw ma dla mnie duże znaczenie. Wzajemna pomoc, życzliwość. Patriotyzm to dla mnie radość z wolności. Radość z mieszkania w Polsce. Wywieszanie flagi z dumą, ale i uśmiechem, bez agresji wobec sąsiada z inną flagą. Niedawno była rocznica Powstania Warszawskiego, gdyby znowu coś takiego się zdarzyło, też bym pewnie nie mogła usiedzieć w domu. No i pewnie bym umarła, może ze strachu. Ale dość tych śmierci i ruin. Delektujmy się życiem, budujmy i urządzajmy parady radości.

Do tego jesteś feministką i katoliczką.
Jestem. Wiara jest dla mnie ważna. Również wiara w człowieka, w miłość i sprawiedliwość. Czuję się chrześcijanką i humanistką. Ważna jest też obrona słabszych. Wiara czyni cuda a są sytuacje, kiedy tylko cud może pomóc.

A polityka?
To jedna z takich sytuacji. Jeden raz zagrałam koncert z intencją, to był początek lat 90, chodziło o Tadeusza Mazowieckiego. Od tamtej pory nikt nie wzbudził we mnie takich emocji, i takiego zaufania. U władzy są w większości ludzie, dla których własne interesy są ważniejsze od interesów Polski. Zmienimy temat?

Chętnie. Opowiesz o tym jak sobie radzisz jako samotna mama?
Daję się ponieść miłości, jakby to górnolotnie nie brzmiało. Zawsze jej było dużo, nawet gdy nie wszystko układało się po mojej myśli. Jak już nie daję rady, widok mojego dziecka mnie rozbraja. Klara mnie uczy, że każdy dzień jest ważny. Miłość w wersji bezwarunkowej to niesamowite doświadczenie, które składa się właśnie na rzeźbę życia. Na dzieło sztuki każdego dnia.

Na nowej płycie śpiewasz „lecz jak już stąd wyjdę, to nie za mąż przecież”.
A dalej „chyba, że odgadniesz czego chcę naprawdę i naprawdę mi to dasz”. To jest o oczekiwaniach, którymi obciążamy drugiego człowieka. Doświadczyłam tego, im mniej trafione oczekiwania tym większe rozczarowanie. Nikt z zewnątrz nie uszczęśliwi nas jeśli sami tego nie zrobimy. Nie byłabym sobą bez minionych związków, one kształtują. Przeczytałam kiedyś, by w trudnym momencie, np. podczas kłótni, pomyśleć przez chwilę, że będziemy razem ze sobą całe życie. Patrzenie przez ten pryzmat pozwala zobaczyć więcej. Dzięki Klarze jestem bogatsza o tę lepszą miłość, o niestawianie spraw na ostrzu noża.

Jak jej opowiadałaś o tym, że była adoptowana?
Od samego początku o tym rozmawiałyśmy. Wierzę, że to jakaś wyższa, nadrzędna instancja decyduje o pojawieniu się dzieci. Mówiłam Klarze, że są dzieci z brzuszka i z serduszka, i że ona jest z mojego serca i z nieba. I głęboko wierzę, że jest aniołem. Jest mądrzejsza ode mnie. Dzięki niej musiałam odpowiedzieć na wiele pytań, których nikt inny mi nie zadał, również takich po co rośnie trawa, co to jest niebo albo dlaczego śnieg ma gwiazdki. Kilka lat temu umarł jej dziadek, mój tato, wcześniej ukochany pies i niektóre ryby w stawie, które miały imiona. Czy one są w niebie z dziadkiem –  pytała. Jasne! A co to jest śmierć? Jestem bogatsza o wiele pytań.

Podczas koncertów wciąż występujesz z walizką taty?
Tak. Dbam o nią, trzymam w niej instrumenty perkusyjne, czasami buty. Historia rodzinna mówi o tym, że tato dostał walizkę od swojej mamy, gdy miał osiemnaście lat i zapisał się na ochotnika do wojska, bo tylko tam można było zrobić prawo jazdy. Gdy wrócił, przywiózł w niej dwa kilo kiełbasy i zjadł ją chyba całą, nie z głodu, po prostu nigdy wcześniej nie miał okazji, żeby zjeść jej naraz tyle ile chciał. Ta walizka to dla mnie symbol wolności i nasycenia, tego by pamiętać i być w zgodzie ze sobą. Odziedziczyłam po ojcu chęć sprawdzania jak to jest, kiedy zaspokoisz jakieś długo noszone w sobie pragnienie. I czy później dalej się jeszcze pragnie.

Renata Przemyk (urodzona w 1966  w Bielsku-Białej) – piosenkarka, kompozytorka, autorka tekstów. W tym roku obchodziła dwudziestopięciolecie swojej pracy. Karierę rozpoczęła w 1988 r. na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie, rok później zdobyła tam Grand Prix i nagrodę dziennikarzy. Przez rok śpiewała w zespole Ya Hozna. W listopadzie 1990 r. rozpoczęła karierę solową. Właśnie pojawiła się jej najnowsza płyta „Rzeźba dnia”. Mama 12 letniej Klary.

 

Wywiad został opublikowany w magazynie Zwierciadło nr 11/2014, Robert Rient.