Róisín Murphy

Po ośmiu latach od spektakularnego sukcesu „Overpovered” Roisin Murphy wróciła z nowym albumem „Hairless Toys”. Nam opowiada o rozwodzie swoich rodziców, o tym jak poderwała Mark Brydona, z którym założyła Moloko, czym jest wolność podczas tworzenia i jak to jest być mamą.

Powiedziałaś kiedyś, że wychodząc na scenę w T-shircie i dżinsach komunikowałabyś: zobaczcie jaka jestem wyluzowana, jak bardzo mi nie zależy. Strój, scenografia, obraz jest tak samo ważny jak muzyka?
Muzyka jest pierwsza, chociaż uwielbiam to co wizualne. Nigdy nie chciałam być piosenkarką, zostałam nią przez przypadek. Kocham zabawę obrazem, tworzenie teledysków, to dla mnie ogromna frajda, ale jeżeli muzyka nie jest dobra, jeżeli nie pochodzi z prawdziwego i naturalnego miejsca we mnie to obrazy i cała ta wizualność w niczym nie pomogą.

Miłość do mody podobno zaszczepiła w tobie babcia.
Ona przede wszystkim, ale również mama i jej siostra, moja szalona ciotka. Żadna z nich nie była aż tak zafascynowana ciuchami, ale każda z nich mnie inspirowała. Babcia była niezwykle silną kobietą. Jej mąż umarł gdy była młoda, przejęła jego biznes. Zakładała płaszcz, malowała usta na czerwono i wszyscy się jej bali, ja nie, podziwiałam ją. Gdy jako dziecko patrzyłam na moich rodziców wydawali mi się kreatywni, wyprzedzali swoją epokę.

Gdy miałaś dwanaście lat przenieśli się z Irlandii do Manchesteru w Anglii, jak to wspominasz?
Rodzice aspirowali do lepszego życia niż większość otaczających ich ludzi. Przeprowadzka była dla mnie genialnym doświadczeniem, dużo trudniejszym dla mojego starszego brata, który zapuścił już trochę korzeni w Irlandii. Ale dla mnie to było absolutnie dobre. Potwornie się nudziłam w Arklow, tym uroczym, ale małym irlandzkim miasteczku. Anglia okazała się pełna możliwości. Chociaż jak teraz myślę to widzę, że trochę idealizuję swoich rodziców.

Po kilku latach rozwiedli się i wrócili do Irlandii, ale ty zostałaś w Anglii, dlaczego?
Byłam wtedy cała zanurzona w Sonic Youth i tych wszystkich zespołach, które co chwilę  występowały w Manchesterze. Pochłonęła mnie sztuka, kino, chodziłam do galerii, to wszystko z moimi ukochanymi przyjaciółmi, których wtedy poznałam. Znalazłam pokrewne mi dusze, swoją grupę dziwaków, byłam bardzo szczęśliwa. Nie chciałam wracać do Irlandii, tam wtedy wszyscy byli zapatrzeni w AC/DC, nie przeżyłabym tego.

To rozumiem. Zatem rozwód rodziców nie był dla ciebie żadnym dramatem?
Byłoby bardziej dramatycznie gdyby mama naciskała, żebym wróciła do Irlandii. Miała wtedy mniej lat niż ja teraz – to dziwne gdy o tym myślę. Oni oboje, moi rodzice, mieli to coś zwane kryzysem wieku średniego. Mama potrzebowała nadać znaczenie samej sobie, znaleźć siebie, czułam instynktownie, że nie mogę z nią jechać, bo nie potrafiłaby się mną zająć. Poza tym byłam już prawie dorosła.

roi

 

A potem przeniosłaś się do Sheffield, gdzie rozpoczęła się twoja kariera.
Pojechałam tam ze studentem architektury, w którym byłam zakochana, plan był taki, że będziemy ze sobą żyli. Długo to nie trwało. Na szczęście trafiłam w Sheffield na jeszcze większych dziwaków, ludzi którzy nie tylko słuchają muzyki i potem zostają psychiatrami, tak jak w Manchesterze, ale tych, którzy muzykę naprawdę tworzą. To było w 1994 roku, przeznaczenie, los, jakkolwiek to nazwać –  na jednej z imprez pojawił się Mark Brydon. Podeszłam do niego i zapytałam: „Podoba Ci się mój obcisły sweter? Zobacz jak opina moje ciało”. A on na to: „Coś Ty powiedziała?”

Tej nocy poszliśmy do jego studia i zaczęliśmy nagrywać wspólne kawałki. „Podoba ci się mój obcisły sweter?” to nazwa debiutanckiej płyty, którą wydaliśmy rok później jako Moloko.
W wielu wywiadach powtarzałaś, że wszystkiego co ważne nauczyłaś się od Marka, wszystkiego czyli czego?
Gdy zdobyłam się na odwagę by do niego podejść, wydarzyło się to, co powszechnie nazywane jest miłością od pierwszego wejrzenia. Mark zawsze starał się by rzeczy były lepszymi niż są, by były bardziej interesujące, popychał świat do przodu, wspierał mnie. Powtarzał bym słuchała własnego głosu. Gdy czytał moje teksty czasami mówił, że zbyt często używam słów: ja i ty, chciał bym inaczej opisała intencje, swoją pierwszą myśl. To czego mnie nauczył wykorzystuję do dzisiaj.

Minęło osiem lat od twojego ostatniego albumu „Overpovered”, dlaczego tak długo?
Stworzenie albumu zabiera prawie cały dostępny czas, prawie całe codzienne życie. W końcu zdecydowałam się na współpracę z Eddiem Stevensem, z którym znamy się jeszcze z czasów Moloko, prawie dwadzieścia lat. Wspólna historia pomogła w stworzeniu kreatywnej, intymnej atmosfery podczas tworzenia „Hairless Toys”. Ale w ostatnich ośmiu latach byłam również zaangażowana w mniejsze muzyczne projekty, pojedyncze piosenki, chociaż oczywiście nie pochłaniało mnie to jak praca nad płytą.

roi3

 

I urodziłaś dwójkę dzieci, jak to doświadczenie cię zmieniło?
Nie pamiętam tak naprawdę jak było przedtem. Należałem do tych osób, które czekały na dzieci, spodziewały się potomstwa. Dlatego ich pojawienie się nie było niespodzianką czy szokiem, ale czymś bardzo naturalnym. Pochodzę z rodziny, skupionej od pokoleń na rodzeniu i wychowywaniu dzieci. Nigdy nie było pytania o to czy się zdecyduję na dzieci, jedynym pytaniem było – kiedy. Bycie mamą okazało się również naturalne, zresztą miałam wtedy trzydzieści pięć lat, czułam się gotowa zostać rodzicom.

W pierwszym utworze na płycie „Gone fishing” śpiewasz o rzadkim poczuciu sensu, o cierpliwym uczeniu się różnicy pomiędzy byciem a umieraniem – jaka jest różnica?
Piosenka powstała po tym jak zobaczyłam film „Paris Is Burning”, który pokazuje alternatywne sposoby chronienia siebie przed zagrożeniem. To film o wyrzutkach, tych wszystkich, którzy nie płyną z głównym nurtem, nie należą do tak zwanego normalnego społeczeństwa. W końcu to film o tańcu, początkach muzyki house w czarnym, gejowskim środowisku, tworzonym w latach osiemdziesiątych przez tych wszystkich, którzy muszą uporać się z cierpieniem, rasizmem czy homofobią. Każda sekunda filmu wydawała mi się ważna, pewnie przez różnorodne przesłanie, ukryte w kolejnych obrazach. Dzieciaki z tamtych lat, często wyrzucone z domu za swoją orientację, prześladowane i rozczarowane systemem zbudowały własny świat, wybrały ekstrawagancki, kwiecisty sposób na radzenie sobie i wyrażanie siebie, nie tylko swojej seksualności. Dlatego w „Gone fishing” napisałam o instynktownych mechanizmach, które uruchamiaj się wtedy gdy zaczynamy się bać.

„Rzadko spotykany sens, tak pięknie ubrany” – śpiewasz w tym utworze.
Kiedy występuję, zakładam na siebie wyszukane stroje i zaczynam śpiewać, chcę by mój performance był kompletny, ale też różnorodny, skomplikowany. Bo bycie człowiekiem to jednak dosyć skomplikowana sprawa. Na scenie lubię mówić sprzeczne rzeczy albo prezentować sprzeczne postawy, lubię być bardzo silna, a za chwilę zabawna, albo nawet śmieszna, by potem stać się przez chwilę smutna. Dwie, pozornie sprzeczne ze sobą ideę mogą iść w parze, mieszkać obok siebie głęboko we wnętrzu człowieka. Tym dla mnie jest ów pięknie ubrany sens, ale i samo piękno, harmonią i chaosem w tym samym czasie.

Kim są ludzie ze szklanych domów, o których śpiewasz?
To opowieść o kruchości, słabości, ludziach którzy są otwarci, podatni na zranienie. Ale jak mam być szczera to biograficzny utwór. Mieszkałam wtedy w Sheffield z moją przyjaciółką, właśnie rozpoczęła się przygoda z Moloko. Nazywałyśmy siebie dziewczynami ze szklanego domu, uznawałyśmy politykę otwartych drzwi, imprezy trwały non stop. To był piękny czas, jeden z lepszych w moim życiu.

„Każdy jest sam i wygląda na to, że wszyscy są zajęci, kontaktują się ze mną oczy, które unikają kontaktu” – śpiewasz na nowej płycie, to również biograficzny utwór?
Tak, ale dotyczy zupełnie innego okresu, tego sprzed chwili, w której nagrałam płytę. Sporo było w tym czasie czekania, czekania i czekania. Na coś znaczącego, na to coś czemu mogłabym nadać znaczenie. Opiekując się dziećmi czekałam na właściwy moment, nie miałam tak naprawdę nic do zrobienia, włóczyłam się. Ta samotność, czekanie, było nieproszonym gościem, nie była to tragiczna samotność, a raczej codzienna samotność. To doświadczenie mnie zmieniło, prawdopodobnie bardziej niż jakiekolwiek inne, pomogło zbliżyć się do rzeczywistości, spojrzeć realniej na świat. Nie ma we mnie już tej naiwności, którą miała w sobie podczas zakupów, biegając spocona od sklepu do sklepu. Rzeczy jakby straciły na swoim pięknie, nie świecą już takim blaskiem jak wcześniej. A teraz znowu przyszedł czas na pracę, jestem zajęta i doceniam, że mogę pracować.

Nie często jest okazja stworzyć taki album jak „Overpovered”.
Jego produkcja kosztowała miliony funtów, podróżowałam od studia w Australii, przez Anglię do Filadelfii. Każda piosenka to była grupa ludzi, pisarzy, różne studia, różni producenci. Ciekawe doświadczenie, uczące, ale również bardzo wyczerpujące. Podczas Moloko, gdy tworzyłam z Markiem, byliśmy tylko we dwoje, bez presji. Matthew Herbert, producent płyty „Overpovered” oczekiwał ode mnie, że będę przychodziła na jedenastą i wychodziła o szóstej, pięć dni w tygodniu, dopóki nie skończymy.

Jak odnalazłaś się w takiej dyscyplinie?
Całkiem dobrze. Przy „Overpovered” nauczyłam się poruszać w tym biznesie, to było wyzwalające. Podążanie wyłącznie za natchnieniem, za inspiracją, bycie tego typu artystą to bzdura. W pewnym momencie musisz się zabrać do pracy, zamiast siedzieć w nieposprzątanym pokoju i powtarzać sobie w kółko, muszę się wziąć do pracy, muszę się wziąć do pracy. Gapienie się na pustą kartkę papieru jest trudniejsze od zapisania jej.

roi2

 

Artysta to nadużywane słowo, często pozbawione znaczenia. Kim dla ciebie jest artysta?
Nie ma definicji, albo są różne dla różnych artystów.

A dla ciebie?
Koncentracja wydaje mi się kluczowa. Moja córka Clodagh chodzi do Szkoły Montessori, w której istotą jest pozwoleniu dziecku na uczenie się tego czego chce i w czasie, w którym chce. Nie ma przymusu i jest więcej wolności niż w normalnej szkole. Przez pierwsze lata nauki dziecko może chodzić od stanowiska, przy którym uczy się czytać do tego, przy którym będzie pisało, albo liczyło, wszystko to w połączeniu z zabawą, radością. Clodagh jest bystra, ale niechętna uczenia się czytania, ona już wie, że to wymaga koncentracji, a koncentracja w pewnym sensie boli. To jak ćwiczenie mięśni na siłowni, im bardziej boli tym większa koncentracja. Nie powiem jej, że koncentracja nie wymaga dyscypliny, że jest przyjemna. Tak samo jest ze mną. Pracując z Eddiem czasami w ciągu dnia musiałam usiąść i napisać dwie piosenki, skoncentrować się, to troszeczkę bolało. Ale to przecież mała cena, bo to co dostaję z powrotem jest niezwykle spełniające. Po dwudziestu latach zajmowania się muzyką wiem, że nie można być wyrachowanym. Niektóre utwory z dosyć niszowego albumu „Ruby blue” trafiły do mainstreamu, do którego czasami nie przebijają się wielkie popowe produkcje. Im więcej widzę i słyszę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nikt nie ma prawa mówić mi jaką płytę powinnam zrobić, albo jakiej mi nie wolno. Mogę robić co chcę. Najnowsze płyty Madonny nie są grane w największych komercyjnych rozgłośniach, a ona wciąż właśnie dla nich tworzy i martwi się, że jej tam nie słychać.

A ty się tym nie martwisz?
Nie mam zamiaru grać w tę grę. To żałosne. Kylie Minogue kontynuuje tworzenie popowych albumów. Myślę sobie –  zbliżasz się do pięćdziesiątki, co ty wyprawiasz, to oczywiste, że w ten sposób nie może się udać. Nie przejmuję się tym czego inni ode mnie oczekuję, czego się spodziewają. Jeśli spieprzę to co przychodzi mi naturalnie, to co naprawdę dzieje się obok mnie i zacznę wymyślać, wtedy mogę wszystko zniszczyć. Boję się być zbyt cyniczną, wyrachowaną, boję się być zbyt ambitną. Wtedy mogę naprawdę zniszczyć tę przypadkową, ale cudowną karierę, która została mi niejako dana w prezencie.

Brzmi jak wolność.
Zawsze udawało mi się ją zachować podczas tworzenia. Czuję się spełniona, towarzyszą mi uczucia jak te przy początku kariery, pewnego rodzaju czystość i ciekawość. Nie mogę uwierzyć, że wciąż mam fanów, po tych wszystkich latach.

Róisín Murphy (ur. 5 lipca 1973) – irlandzka wokalistka, współzałożycielka zespołu Moloko, który debiutował płytą „Do you like my tight sweater?”.  W 2005 rozpoczęła solową karierą wydając album „Ruby Blue” , a dwa lata później „Overpovered”. Właśnie pojawiła się jej najnowsza płyta „Hairless Toys”. Prywatnie mama Clodagh I Tadhga.

 

Wywiad został opublikowany w magazynie Zwierciadło nr 6/2015, Robert Rient.