Sławomir Fabicki

Czasami wyznanie prawdy, miłości dobrze zrobić w planie ogólnym, a nie jak radzą podręczniki: na zbliżeniu. Tak zrobiłem zresztą w „Miłości”. Całe wyznanie żony o gwałcie jest nakręcone w szerokim, statycznym planie. Dopiero po – na ciszy pokazuję bardzo ciasne zbliżenia twarzy bohaterów. I robi to piorunujące wrażenie – mówi Sławomir Fabicki.

 

Sporo mówisz o tym, że wartościowe jest to co w jednej chwili dotyka emocjonalnie i intelektualnie, a teraz co cię porusza?
Nie ma w tej chwili jakiegoś nurtu, idei, czy też programu artystycznego, który poruszałby mnie jakoś wyraźnie. To są raczej impulsy, chwile, zdarzenia.  Byłem niedawno z córką w Paryżu, w muzeum Orsay, obok mnie nagle pojawił się Vincent van Gogh. Nie płaski, nie zdjęcia, ale obrazy nakładane grubą farbą, gra światłem. Czułem te emocje, które towarzyszyły twórcy. Docierał do mnie ten emocjonalny komunikat. Poruszał umysł i serce. Nie zdefiniuję tematów czy sfer, bo to jest subiektywne odczuwanie, chociaż z czasem widzę, że to się u mnie zmienia. Kiedyś w mojej pracy najważniejsza była warstwa społeczna i ona jest wciąż istotna, gdy opowiadam filmem historię, ale bardziej skupiam się na głębszym wejściu w człowieka, na relacjach człowiek – człowiek, a nie człowiek – świat.

Dlatego powstał film „Miłość”?
Myślę, że to uczucie najbardziej determinuje nasze zachowania. Pod nie podporządkowujemy wiele sfer życiowych, od samego początku. Miłość do rodziców, przyjaźnie, pierwsze zakochanie, to że ktoś z powodu chłopaka lub dziewczyny przeprowadził się do innego miasta, albo nie poszedł na studia.

Masz wrażenie, że z wiekiem to się zmienia?
Raczej ewoluuje.  Kocham swoją żonę, dzieci, rodzinę, jest to inna miłość niż wcześniej, uspokojona, ciepła. To miłość bardziej tolerancyjna, w której łatwiej oddawać sobie wzajemnie przestrzeń, odpuszczać oczekiwania.

fabicki

Szukałem łącznika twoich wszystkich filmów, począwszy od „Męskiej sprawy” nominowanej do Oscara i na pierwszy plan wysuwał mi się ból. Jak to jest zanurzać się na długie dni w tak gęste tematy?
To cholernie męczy. Pracując nie zdaję sobie sprawy jak bardzo jestem wykończony. Później odchorowuję i długo dochodzę do siebie.  Ale kocham to, zwłaszcza kontakt z drugim człowiekiem. Bardzo lubię pracować z aktorami, ich emocjami. Tworzenie postaci jest najciekawsze. Już na poziomie budowania historii zaczynam od człowieka, bohatera. Pomysł na „Miłość” wziął się z przeczytanego reportażu na temat seksafery w Olsztynie, w którą zamieszany był prezydent miasta posądzony o molestowanie swojej pracownicy. Bardzo interesujące wydało mi się podejście autorki do tego tematu. Znaczna część reportażu była poświęcona mężowi ofiary. W głowie pojawiły się obrazy, zacząłem je rozwijać razem z Markiem Pruchniewskim. Na początku próbowaliśmy opowiedzieć historię kobiety, ofiary, ale dramaturgicznie ciekawszy okazał się oczywiście jej mąż, stający przed wyborem, wyzwaniami. Interesowało mnie co się dzieje z małżeństwem w takiej sytuacji.

Film jest dwugłosem, historię zaczyna opowiadać kobieta, kończy mężczyzna.
Amerykanie mówią, że są dwa sposoby opowiadania historii: character telling, czyli opowiadanie przez postać i story telling, czyli opowiadanie przez historię. Ja zdecydowanie wolę ten pierwszy styl. „Miłość” otwieram przez postać żony i to z nią prowadzę widza przez film. To leading character. Po 30 minutach powoli zmieniam środek ciężkości przenosząc go na męża – main character, czyli główną postać, o której film opowiadam. Ten zabieg był mi potrzebny, by poprzez przedstawienie żony, widz zrozumiał mężczyznę. Żona to jego lustro. Chciałem by wiedza widza była większa od wiedzy głównego bohatera. I tak z początku jest. Wydaje się, że racje są oczywiste. Ale im dalej w las, tym ciemniej. Nic już nie jest takie proste. Okazuje się, że sytuacja i uczucia w tym małżeństwie są bardzo pokomplikowane. Małżeństwo na nowo musi zdefiniować swój związek, nazwać uczucia, które ich łączą i dzielą jednocześnie.

Co myślisz o mężczyznach?
Obserwuję ich, siebie, to co się dzieje w Polsce, w mediach, które są zmaskulinizowane. Kobieta sukcesu jest połączeniem obiektu seksualnego z wielką inteligencją i przedsiębiorczością, przy okazji będąc zaprzeczeniem człowieczeństwa. Z kolei mężczyzna powinien być z jednej strony macho, ale i czuły, pełen empatii, ważne by przynosił pieniądze i miał czas ugotować obiad, zajmować się dziećmi, powinien być wszystkim, jakimś uniwersum. Tak się nie da. Obecny mężczyzna zagubił się i wycofał z życia, oddał podejmowanie decyzji kobietom.

Twoi bohaterowie są często bezradni, agresywni, a pod spodem pełni lęku, zagubieni. Oberwałeś od znajomych mężczyzn za swój film?
Słyszałem, że to film anty-męski, a potem że to film anty-kobiecy. Ludzie reagują bardzo różnie. Filtrują go przez siebie, przez własne doświadczenia. Niektórzy mówili, że chcą się zastanowić nad wizerunkiem faceta, siebie. Lubię bohaterów dociśniętych do ściany, którzy nie wiedzą co ze sobą zrobić, a sytuacje w których się znajdują nie mają dobrego – jednego wyjścia. To trochę tak jak z Van Goghiem, chodzi o emocje, poruszenie.

Na początku jest marzenie związane z filmem a później powstaje film, jak duża jest różnica między tymi dwoma momentami?
W głowie zawsze jest film idealny, potem przychodzi aktor ze swoim ciałem, głosem, wrażliwością i zawsze trochę odbiega od wyobrażenia. Są pewne niedostatki względem wizji, ale ważne jest to, że pojawiają się plusy, nowa wartość. Wykorzystuję maksymalnie to co jest w aktorach, zmieniam często z nimi dialogi, próby są bardzo istotne. W „Męskiej sprawie” napisany był początkowo trochę inny chłopiec, silniejszy. Gdy zaczęliśmy robić próby okazało się, że on nie jest w stanie pewnych rzeczy wykonać. W scenariuszu bohater przymuszał dzieciaki do kopania innych – był takim małym przemocowcem. Na planie okazało się, że nie może tego zrobić autentycznie, bo on taki po prostu nie jest. Nie walczyłem z tym, pomyślałem, że skoro tak, to może oni powinni jego przymuszać, wyszło świetnie. Na planie bardzo istotne jest obserwowanie.

To w ogóle pomysł na życie, obserwowanie?
Lubię przyglądać się ludziom. Uczę się w ten sposób, inspiruję. Często powtarzam studentom, że nie ma jednej metody pracy z aktorami, trzeba wypracować swoją, nie bać się, być otwartym. Czasami potrzeba delikatności, innym razem zdecydowania.

Jak się łączy intuicję z warsztatem?
Nigdy nie piszę scenopisu, nie robię w głowie inscenizacji, na kartce też nie. Buduję inscenizację pracując z aktorami i operatorem. Wiem co w danej scenie jest najważniejsze, o czym ona jest, kto jest bohaterem, jaki jest klimat. Do każdej sceny mam notatki na scenariuszu np. „wejście do piekła”, taki emocjonalny kierunek. To dla mnie mieszanka intuicji z warsztatem, ale to nie jest matematyka, nie ma konkretnych rozwiązań. Czasami wyznanie prawdy, miłości dobrze zrobić w planie ogólnym, a nie jak radzą podręczniki: na zbliżeniu. Tak zrobiłem zresztą w „Miłości”. Całe wyznanie żony o gwałcie jest nakręcone w szerokim, statycznym planie. Dopiero po – na ciszy pokazuję bardzo ciasne zbliżenia twarzy bohaterów. I robi to piorunujące wrażenie na widzach. Świetnie działa na emocjonalność historii.

Mówiłeś, że film powinno się robić raz na trzy lata.
Zaczynając pracę nad fabułą muszę znaleźć temat, na który będę gotowy poświęcić dwa lata życia. Inspiruję się rzeczywistością, jej fragmentami. To mozolny proces, pracuję na kolejnych wersjach scenariuszy. Potem szukanie obsady, próby, okres zdjęciowy. Następnie montaż, w którym uczestniczę od samego początku, i nie pozwalam sobie na to, by być nieobecnym chociaż przez jeden dzień pracy montażysty. To dla mnie bardzo ważne, poza tym lubię to. Ale z filmów nie da się wyżyć. Na co dzień zarabiam robiąc reklamy, czy serial. Moja rodzina jest spokojna o przyszłość. Poza tym, przy pracy nad serialem można się sporo nauczyć, sprawdzić np. aktorów.

Twoja praca nie przeszkadza być w bliskich relacjach?
Czasami tak i niekiedy bywam oddalony. Uczę się jednak odstawiać pracę. Tworząc „Miłość” , zastanawiałem się co by było, gdyby ktoś skrzywdził moją rodzinę. Obserwuję jak dorastają moje dzieci. Mam takie momenty gdy zastanawiam się czy nie wpajam swoim córkom czegoś złego. Mam wrażenie, że niekiedy pokazuję im świat zbyt idealistycznie, mówiąc że trzeba być dobrym. Jest we mnie wątpliwość czy w ten sposób nie kształtuję potencjalnych ofiar. Czy będą przygotowane na spotkanie z agresorem, z kimś kto jest zły? Dużo rozmawiamy o tym z żoną, dziećmi.

Córki oglądały twoje filmy?
Młodsza ma osiem lat i jest jeszcze za mała na takie obrazy. Starsza, szesnastolatka widziała „Męską sprawę” i moje filmy szkolne. Zabieram ją czasem na plan filmowy. Ostatnio powiedziała: tato, chce zostać reżyserką.

O jakim projekcie do zrealizowania teraz marzysz?
Nie ma takiego konkretnego filmu. Tematy do mnie same przychodzą. Chociaż, poczekaj, jest coś… Może nie konkretnego, ale bardziej w idei. Chciałbym móc kiedyś zaadaptować jedną z książek napisanych przez żonę.  Jej ostatnia powieść: „Second hand” zrobiła na mnie niebywałe wrażenie. To połączenie surrealizmu z melodramatem i naturalizmem – istna emocjonalna mieszanka wybuchowa. Czegoś takiego jeszcze nie próbowałem stworzyć. Chciałbym aby nasze wrażliwości artystyczne się ze sobą zderzyły – spotkały. Ciekawe, jaki powstałby z tego film.

Sławomir Fabicki (ur. 5 kwietnia 1970 roku w Warszawie) – reżyser, scenarzysta. W 1995 roku ukończył Studium Scenariuszowe, a w 2002 roku Wydział Reżyserii PWSFT w Łodzi. Wykładowca Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Andrzeja Wajdy i Gdyńskiej Szkoły Filmowej. Jego film dyplomowy  „Męska Sprawa”  otrzymał  nominację do Oscara w kategorii film fabularny krótkometrażowy. Pełnometrażowy debiut fabularny„Z odzysku”, zrealizowany w 2006 r. zdobył sobie uznanie widzów, krytyków i dziennikarzy na całym świecie. Został wyróżniony specjalną nagrodą Jury Ekumenicznego na festiwalu w Cannes i został nominowany do nagrody Europejskiej Akademii Filmowej w kategorii „Odkrycie”. Był też polskim kandydatem do Oscara. W 2007 r. jego projekt filmu familijnego „Bonobo Jingo” wygrał New Cinema Network na festiwalu w Rzymie jako Najlepszy Projekt Europejski. Zrealizowana w 2012 r. „Miłość” zdobyła kilkanaście nagród na festiwalach na całym świecie. Mąż pisarki Joanny Fabickiej, tato dwóch córek.

Wywiad został opublikowany w magazynie Sens w 2014 roku, Robert Rient