Szczepan Twardoch

Nie chcę występować pod niczyim sztandarem. Chcę grać w jednoosobowym klubie. Gdy zmęczyłem się identyfikacją prawicową i nie chciałem w niej być dłużej, w naturalny sposób stałem się atrakcyjny dla środowisk lewicowych – mówi Szczepan Twardoch, pisarz.

 

Czym jest męskość?
Nie mam jednozdaniowej definicji, to złożona sprawa. Jest wiele efektownych aforyzmów, ale z natury rzeczy są to zwykle charakterystyki jednowymiarowe.

O bohaterze swojej książki napisał pan, że jest kiepskim mężczyzną, co to znaczy być kiepskim mężczyzną?
Męskość jest dla mnie kwestią praktyki, wiąże się z odpowiedzialnością za siebie, swoje czyny.  Nie lubię używać sformułowania „w dzisiejszych czasach”, bo zwykle służy do uzasadniania złudzeń, że „kiedyś było lepiej”, ale w tym przypadku rzeczywiście mam wrażenie, że dziś mężczyźni wyrzekają się odpowiedzialności za swoje życie, bardzo chętnie godzą się z myślą, że są determinowani przez dzieciństwo, ludzi których spotykają, historię, pecha czy szczęście. I jakoś irytuje mnie to powszechne wycofywanie się z odpowiedzialności za cokolwiek. Ale ja w ogóle łatwo się irytuję.

Co pana irytuje?
Im jestem starszy, tym więcej spraw mnie gniewa, ale tak samo jak szybko się ten gniew rozpala, tak szybko gaśnie. Taki raczej sangwiniczny jestem. I ponieważ coraz więcej spraw mnie gniewa, to staram się od tego odcinać. Nie czytam gazet, nie oglądam telewizji, nie słucham radia, nie chcę być zanurzony w ten świat.

A w spotkaniu z drugim człowiekiem, co irytuje?
No, nie wiem dokładnie, ale z założenia raczej nie lubię ludzi, dopóki ich nie poznam. To nie jest tak, że trzeba się starać o moje względy, bo chyba łatwo się zaprzyjaźniam, ale tak to wygląda. Ludzi dzielę tak dla siebie, roboczo na żywych albo martwych – metaforycznie, oczywiście, bo to się odnosi do ludzi biologicznie żywych. Chodzi o to, czy wewnętrznie żyją. Lubię ludzi żywych.

Jacy to są ludzie?
Potrzebuję tej metafory, bo inaczej tego nie umiem wyrazić, nie umiem wyrazić tego wprost. Lubię tych, którzy mają w sobie jakiś ogień, nie przepadam za tymi, którzy wygaśli.

Czym jest ten ogień u pana?
To głód, chęć życia, wieczne nienasycenie. Nie mogę być zaspokojony, gdyby tak się stało oznaczałoby to, że nie żyję. Zawsze chcę czegoś nowego i chcę więcej.

Do końca studiów mieszkał pan u rodziców, potem się ożenił i zamieszkał z żoną, potrzebuje pan obecności innych?
Gdybym mieszkał sam to bym oszalał. Potrzebuję momentów samotności, wyjścia, potrzebuję czasem wyjechać na dwa tygodnie i być tylko ze sobą. Ale to są momenty zaprzeczające prawdziwemu życiu, takie wakacje od domowego zgiełku albo praca twórcza. Jak każdy potrzebuję czasami samotności, by usłyszeć własne myśli, ale nigdy w życiu nie mieszkałem sam.

Od 15 lat jest pan w związku…
…Proszę pana ja nie jestem w związku, ja w ogóle nie rozumiem co to jest związek. Jestem żonaty, to jest małżeństwo, nie żaden związek. Związek to może być radziecki, albo zawodowy, proszę mi wybaczyć, ale słowa są dla mnie ważne. Nienawidzę słowa „związek” w tym kontekście tak samo, jak nie cierpię określeń „partner” i „partnerka”.

Dlaczego?
Bo to ustawia relacje ludzi jakby to była spółka jawna, cywilna a najczęściej z ograniczoną odpowiedzialnością. W tym nie ma życiowej odpowiedzialności, konkretności, romansu. Są ustalone granice, wzajemne zobowiązania. Jak ludzie zostają kochankami to nie po to by spisać intercyzę, tu mnie możesz dotknąć, tutaj pocałować, to mi zrobić, a ja ci zrobię to. Coś potwornego, wszystko ustalmy, nazwijmy, wypowiedzmy, nie ma w tym przyciągania. To nie mój problem, ale samo nazewnictwo, związek, partner ustawia relacje międzyludzkie w sposób nieludzki.

Do grona słów, których pan nie lubi należy również „samorealizacja”, dlaczego?
To potworne słowo. Ludzie nie żyją dla siebie, człowiek nie przychodzi na świat by siebie zrealizować. Jestem przekonany, że ludzie są raczej winni światu i innym ludziom, niż świat i inni ludzie są winni im. Samorealizacja to jest ładne słowo by pozwolić sobie w życiu kierować się egoizmem. Ludzie najczęściej go używają gdy chcą uciec, porzucić swoje obowiązki względem innych. Mówię to ze świadomością, że sam jestem potwornym egoistą, każdy człowiek ma w sobie pokłady samolubstwa, chociażby na najprostszym, biologicznym poziomie. Ale warunkiem człowieczeństwa jest wyrzekanie się siebie, swojego egoizmu, zaprzeczanie sobie, bycie dla innych. Człowiek nigdy nie jest sam. Człowiek sam, na bezludnej wyspie, pozostaje w stanie natury, jest zwierzęciem. Człowieczeństwo realizuje się w cywilizacji, wspólnocie, stajemy się człowiekiem dopiero gdy przeglądamy się w innej twarzy. Jaźń odzwierciedlona jest jaźnią prawdziwą. Nie mamy swojego ja gdy nie mamy się w kimś przejrzeć. Dlatego sensem jest bycia z, i dla drugiego człowieka.

Naprawdę pan uważa, że ludzie z natury są źli?
Oczywiście. Bo co to jest natura ludzka? Organizują ją podstawowe, biologiczne instynkty, takie jak głód, pożądanie, pragnienie władzy. Od początku swojej historii występujemy w stadach, nie jesteśmy jak samotnicze zwierzęta, jak, nie wiem, lamparty. Człowiek, który całkowicie poddaje się tym biologicznym instynktom jest bestią, a to właśnie jest nasza prawdziwa natura. Naga małpa staje się człowiekiem gdy zaczyna tym instynktom zaprzeczać. U zarania człowieczeństwa prawdopodobnie dla dobra stada, nie wiem, nie jestem antropologiem, ale tak mi się wydaje.

A nie myśli pan, że jest odwrotnie, że to cywilizacja i my w niej kreujemy struktury władzy, stwarzamy owe bestie wypełnione pożądaniem, zawiścią, a z natury jesteśmy dobrzy?
Nie no, nie myślę, wystarczy spojrzeć na ogromne pokłady okrucieństwa w społecznościach bliższych naturze. Wierzy pan, że ludzie żyjący w nietkniętych cywilizacją związkach plemiennych są lepsi od tych w cywilizacji?

Nie podoba mi się słowo lepsi, ale myślę że owoc cywilizacji jest gorszy od tego pochodzącego z natury.
Nowojorski makler z Wall Street niewiele się różni od syberyjskiego łowcy w podstawowych instynktach, odruchach, zachowaniach. Cywilizacja o wiele bardziej potrafi okiełznać okrucieństwo, zamknąć je w określonych kanałach, bo ludzie w stanie natury przegryzają sobie nawzajem gardła. Wie pan, większość plemion żyjących w tak zwanej zgodzie z naturą z zasady zabija napotkanych obcych. Pierwszy odruch to zabić obcego, bo on nie jest nasz, w drodze cywilizacji człowiek jest w stanie wyrzec się tego instynktu, a może raczej nie wyrzec, ale go skanalizować, ujarzmić.

I obcego zniewolić, wykorzystać
Zaprząc do wyższych celów. Człowiek nigdy zupełnie nie pozbędzie się tego odruchu. To nie jest metafizyczna wiara, ale mocne przekonanie, że tak jest, taki mój osobisty sąd antropologiczny.

A to przekonanie nie powoduje, że źle pan o sobie myśli?
Ja się spod tego sądu nie wyłączam. Podlegam tym samym prawom.

To co pan o sobie myśli?
Mam dużo myśli o sobie, uważam że człowiek, a już na pewno artysta musi najpierw poznać samego siebie. Ale niekoniecznie mam ochotę się nimi dzielić ze światem.

A jakie drogi prowadzą do tego poznania, na przykład terapia?
Nie wiem, nie znam się na kwestiach terapeutycznych. Ja nigdy nie byłem. Pewnie z pięć lat temu wygłosiłbym lekceważącą tyradę na temat psychologii w ogóle, ale mądrzeję z wiekiem, wyrzekam się radykalnych sądów i dziś wydaje mi się, że terapia czasem ludziom pomaga i jest potrzebna. To po prostu chyba nie jest droga dla mnie. Poznaje siebie w innych ludziach, w tym jak różne są moje relacje, w jak różnych rolach występuje, a nawet jak różny potrafię być występując w tej samej roli.

Nie rozumiem.
Na pewno inaczej jestem ojcem dla mojego sześcioletniego syna i dla mojego dwuletniego syna, i to nie tylko ze względu na ich wiek, ale fakt, że są różni. Dla każdego jestem trochę innym ojcem.

Bycie ojcem jest męskie?
To element życia mężczyzny, nie każdego, bo przecież można być mężczyzną, nie mieć dzieci i świetnie sobie radzić. To nie jest element konieczny. Z drugiej strony dzieci to dobry powód by w ogóle chciało się wstać z łóżka. W dzieciach przedłuża się istnienie, widzę w tym sens. Jeśli w ogóle w życiu jest sens, a nie jestem o tym przekonany, bo wydaje mi się, że samo pojęcie „sensu” to rozpaczliwa ludzka kategoria przyłożona do życia, która zaciemnia obraz tego czym życie jest. Jeśli jednak miałbym wskazać jakiś sens to właśnie trwanie, przedłużenie egzystencji. To zdecydowanie lepsze przedłużenie egzystencji od książek.

Poszukuje pan sensu?
Nie, sensem życia jest ono samo. Nic więcej, żadnego porządku, żadnego „wyższego sensu” nie widzę. Kategoria życia, pisanego z dużej litery jest dla mnie bardzo ważna. Interesuje mnie ono artystycznie, w ogóle, jako całość ludzkich spraw w swojej dynamice rozpostartej na osi czasu w relacji do innych osi, innych ludzi.

Bohater z pana książki ratuje się pytaniem „kim jestem”, pan znalazł odpowiedź?
Myślę, że tak. Bóg zwraca się do człowieka po imieniu, mówi Abrahamie, Mojżeszu i nie chodzi mi o kontekst religijny, ale fakt, że imię jest niezwykle ważne. Dlatego na pytanie kim jestem odpowiadam sobie, że jestem Szczepanem Twardochem. Nie dlatego że jestem przywiązany do mojego trochę dziwnego imienia i raczej pospolitego nazwiska, ale dlatego, że to jestem ja a to jest moje imię. I gdyby Bóg do mnie mówił, mówiłby po imieniu. Imię jakoś pozwala pamiętać o tym, że nie trzeba siebie szukać w innych, większych identyfikacjach.

Zawłaszczony przez prawicę, a potem przez nią odrzucony, przygarnięty przez lewicę i ponownie przez nią odtrącany. Nie boi się pan, że wyląduje na ziemi niczyjej?
Bardzo chcę być na ziemi niczyjej. Wiem, że piasek, który wpada między koła zębate wylatuje jako pył, ale dam sobie radę. Nie chcę występować pod niczyim sztandarem. Chcę grać w jednoosobowym klubie. Gdy zmęczyłem się identyfikacją prawicową i nie chciałem w niej być dłużej, w naturalny sposób stałem się atrakcyjny dla środowisk lewicowych. Ale nie po to porzuciłem jedną identyfikację by przystąpić do drugiej. Nie chcę zmienić barw klubowych tylko je porzucić, wyrzec się ich. Nie przeceniałbym też swojej wartości, nie jestem tak cenny, żeby ktoś o mnie walczył zażarcie. Po prostu codzienność polityczna w jej polskim wymiarze przestała mnie interesować.

Mnie bardziej interesują emocje, pan lubi uczucia?
Jestem bardzo emocjonalny. Mam potrzebę rozmawiania o uczuciach. Jestem skłonny do afektów, porywczy, łatwo się denerwuję.

W jakich warunkach najlepiej się panu pracuje nad książką, pisze?
Nie mam jednego modus operandi. To się cały czas zmienia, przez kilka miesięcy potrafię pisać tylko rano, wstaję o piątej i do dziesiątej mam zamkniętą pracę twórczą. Czasami piszę w nocy, czasami w ciszy, albo z muzyką w słuchawkach, niekiedy piszę ciągiem, innym razem dwa zdania i się odrywam. Wiem, że wielu pisarzy ma jeden model pisania, rano, z kawą, herbatą, na trzeźwo, po pijaku. Nie mam konkretnego rytuału.

Co jest najprzyjemniejsze w pana pracy?
Przelew. I może jeszcze moment gdy kapitalikami, rozstrzelonym drukiem piszę słowo koniec. Mam wtedy poczucie, że zamykam kilka miesięcy, lat ze swojego życia. Gdyby to miało sprawiać przyjemność to ludziom płacono by za możliwość pisania książek, a nie pisarzom płacono by za książki. Nie narzekam, mam najlepszą pracę jaką mogę mieć, ale gdybym nie musiał pisałbym jedną powieść na pięć lat, to by zaspokoiło moją potrzebę wyrażania siebie.

Szczepan Twardoch (urodzony 23 grudnia 1979) –  pisarz. Studiował socjologię i filozofię na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Opublikował pięć powieści, w tym „Wieczny Grunwald”  i „Morfinę” nominowaną do nagrody literackiej Nike, laureat Paszportu Polityki za rok 2012 w kategorii literatura. Prywatnie mąż i ojciec, mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku.

Wywiad został opublikowany w magazynie Sens, „Jeśli życie ma sens” w kwietniu 2014 roku, Robert Rient.