Tomasz Raczek

Uczucie może się wypalić, że nie jest się razem ale nie można powiedzieć „już Cię nie kocham”. Nie rozumiem w ogóle takiego zachowania. A tacy co często i szybko mówią „kocham”, zwykle też często i szybko zmieniają tych, których kochają, to niepoważne – mówi Tomasz Raczek, dziennikarz.

 

Kiedy pomyślał pan o Zygmuncie Kałużyńskim jak o przyjacielu?
To było wtedy gdy Zygmunt dowiedział się, że ma raka, jakieś trzy, cztery lata przed jego śmiercią.  Zrozumiałem, że jest dla mnie kimś więcej niż zawodowy partner i zauważyłem, że on mnie też traktuje jak przyjaciela. Ale nigdy nie zostało to powiedziane.

Zbliżająca się śmierć pomogła inaczej spojrzeć na relacje?
Uświadomiłem sobie, że łączy nas więcej prywatnych nici, niż wcześniej myślałem. Poczułem odpowiedzialność i potrzebę bycia przy nim. Dotarło do mnie mnóstwo rzeczy, które nigdy nie były zwerbalizowane, określone. W momencie zagrożenia stało się jasne, że one wewnątrz mnie są wyklarowane i pewne, że nie mam wątpliwości co do naszej przyjaźni, tyle że wcześniej nie było potrzeby wyciągać tych myśli na wierzch, nazywać ich.

O uczuciach w ogóle nie rozmawialiście?
Nie. Rozmawiałem z nim na różne tematy, w sumie codziennie opowiadałem mu co się u mnie dzieje. Jak wydarzyło się coś trudnego myślałem sobie – pójdę do Zygmunta, ciekawe co on powie.
Ze mną jest taki kłopot, że nie mówię o emocjach, ani w przyjaźni, ani w miłości. Mama mi to zarzuca. Nie dość tego, nie ufam ludziom, którzy nazywają szybko uczucia i mówią „kocham Cię”. Raz w ciągu wieczora to wytrzymam, ale jeśli „kocham” padnie kilka razy to wszystkie dzwony u mnie biją.

Dlaczego?
Bo myślę, że to nie może być prawda. Nazywane uczucia potwornie szybko się złuszczają.

Można zagadać miłość, skończyć ją w ten sposób?
Absolutnie. Mówienie kocham to jest podgrzewanie herbaty.  Po pierwsze gorzej smakuje, po drugie szybciej się kończy. Mam to po ojcu, wszyscy mówili, że był Skandynawem, chociaż to nie  prawda. Ale rozumiem tamtą mentalność, świetnie się czuję w Skandynawii, a zupełnie choruję we Włoszech czy Hiszpanii. Takiej dużej zewnętrznej ekspresji, z ciągłym dotykaniem po prostu fizycznie nie znoszę, a przede wszystkim jej nie wierzę. Od razu posądzam o aktorstwo, małpiarstwo, o uleganie powierzchownym emocjom, niepowiązane z odpowiedzialnością. Bo jak już mówię kocham to nie wchodzi w grę, żeby potem się z tego wycofać.

Z miłości, przyjaźni?
Tak, chociaż rozumiem, że uczucie może się wypalić, że nie jest się razem ale nie można powiedzieć „już Cię nie kocham”. Nie rozumiem w ogóle takiego zachowania. A tacy co często i szybko mówią „kocham”, zwykle też często i szybko zmieniają tych, których kochają, to niepoważne.

Czyli jak pan kocha to woli zrobić herbatę?
Patrzę w oczy.

I?
I nic, mówię na inne tematy. O uczuciach nie rozmawiam.

To mnie pan zadziwił.
Ale sprawdzam, często sprawdzam.

Jak?
Oczami.

Nie pyta pan?
Nie. Jeśli się zbyt wiele pyta jest się skazanym na słyszenie kłamstw.

Tak jest bezpieczniej?
To nie jest kwestia bezpieczeństwa, po prostu w uczuciach nie ma ostrych kantów, jasnych linii. Uczucie nie jest zero-jedynkowe.

To co łączyło pana z Kałużyńskim to było uczucie?
Przyjaźni nie nazywam uczuciem, to jest stan. Bywają różne przyjaźnie. Inna jest między dwoma chłopakami, którzy razem chodzą do szkoły, przechodzą wspólnie kolejne etapy życia, spotykają się co jakiś czas, tacy przyjaciele na zawsze. A inna jest przyjaźń pomiędzy dwoma facetami, którzy spotkali się w celach zawodowych, których dzieli 40 lat życia ale znajdują w sobie wiele cech wspólnych i to dla nich jest bardzo odkrywcze, fascynujące, uspokajające i sprawiające, że dobrze się ze sobą czują.

Często mieliście panowie różne zdanie na temat tego samego filmu.
Jeśli się z kimś we wszystkim zgadzam, to nie ma takiej możliwości żebym się zaprzyjaźnił, czy w ogóle zbliżył do takiej osoby.

Bo to jest jałowe?
Totalnie jałowe. Fascynują mnie osoby, z którymi się różnię.

Musi być coś do otarcia, wyszlifowania.
I można się boksować, a to uwielbiam. Takie poczucie, wie pan, kto kogo.

Rywalizacja?
Nie, raczej zapasy emocjonalne, niemal zmysłowe doświadczenie.

Czym to się różni od rywalizacji?
W niej chodzi o to by wygrać przed światem albo partnerem, w zapasach by być w zwarciu, dotykać się psychicznie, mocować. Nie ma znaczenia czy ktoś na to patrzy czy nie, wygrana również nie ma znaczenia.

Czyli chodzi o pozostawanie w kontakcie?
Tak.

Co panów łączyło, co było wspólne?
Temperament, chociaż zupełnie inaczej się manifestował.

Pan spokój, on ogień?
Mój spokój nie jest naturalny, on jest nabyty. Jestem ekstrawertykiem tylko stonowanym. Zainteresowania nas łączyły, intuicyjnie wyczuwaliśmy siebie, nie zwierzaliśmy się ze swojego intymnego życia, nie wiedzieliśmy o sobie wszystkiego, a mimo to bardzo się wyczuwaliśmy. Pewnych rzeczy dowiedziałem się o nim po jego śmierci. Ewidentnie różniło nas to, że on był heteroseksualny a ja homoseksualny. Szalenie irytowało go, że o tym nie rozmawiamy, a kiedy był zirytowany dawał to odczuć, chociaż wobec mnie był niepoprawnie wyrozumiały, bardziej niż mój ojciec. Cenił mnie ponad moją wartość. To powodowało u mnie niezwykłe poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli za każdym razem mówiłem mu, że nie ma racji i żeby tak nie mówił, bo się kiedyś rozczaruje jak nie spełnię jego oczekiwań.

Żeby czego nie mówił?
Że jestem wyjątkowy.

Bo trudno się tego słucha?
Bo przesadzał, nie sądzę by miał rację, ale to było miłe, czułem w nim wielkie oparcie.

Akceptację?
Absolutną. To działało w dwie strony. Jak ktoś próbował coś złego do mnie powiedzieć o Zygmuncie, to nie miał żadnych szans. Nawet jeśli ktoś się niecierpliwił i zaczynał na niego nadawać, nigdy nie zmieniało to mojego myślenia o nim. Wielokrotnie proponowano mi bym kontynuował „Perły z Lamusa” z kimś innym, ale zawsze odpowiadałem „nie”. Bo to miało sens tylko z nim. Ja w ogóle nie lubię duetów, on też nie szukał stałych partnerów zawodowych. Jedyny raz w życiu to się zdarzyło, bo dwóch indywidualistów znalazło w tym jakąś chemię.

Faktycznie nie rozmawialiście o pana homoseksualizmie?
Złościł się z tego powodu. Wiedział o mnie doskonale, przedstawiłem mu mojego partnera Marcina.

I nie miał pan potrzeby o tym rozmawiać?
Nie miałem ani potrzeby ani problemów z tego powodu. Nigdy nie przeżywałem poczucia zachwiania swojej wartości z powodu homoseksualizmu, czy lęku o to co się stanie gdy o tym komuś powiem. Nie czułem więc potrzeby ogłaszania tego światu, traktowałem ‚coming out’ jako tłumaczenie się. W pewnym momencie zrozumiałem, że ujawnienie tego publicznie odblokowuje coś w relacjach społecznych. To też się stało dzięki Zygmuntowi. Po jego śmierci opracowywałem nasze ostatnie rozmowy, które nie dotyczyły filmu, ale innych ważnych, życiowych kwestii. Gdy je spisywałem dostrzegłem u niego wielopoziomową koherentność, on identyfikował się z tym co mówił, potwierdzał swoje słowa na każdym kroku. Zrozumiałem wtedy, że w tym co ja mówię brakuje kilku warstw. I dopóki tych warstw nie będzie to znaczy, że stawiam budowlę na glinianych  nogach, potrzebowałem wylać ten fundament.

Którym będzie opowiedzenie o całej swojej tożsamości?
Dopiero w konfrontacji z postawą Zygmunta dostrzegłem, że w tym co mówiłem wcześniej zawsze była pewna interesująca forma, czasem błyskotliwa, ale brakowało ważnego składnika, budującego wiarygodność. Dotarło to do mnie po latach i postanowiłem ujawnić się jako gej.

Mówi pan o koherentności, spójności pana Zygmunta. Tymczasem on wymyślał swoją przeszłość, miał kilka życiorysów, podobno w jednej ze swoich książek powołuje się na nieistniejącego krytyka francuskiego Fargeleta.
Fargelet to słowo „telegraf” pisane wspak, faktycznie robił takie rzeczy. Aleksander Ford uwiódł i poślubił jego drugą żonę, Eleanor Griswold. Nie dało się na ten temat z nim rozmawiać. Nie znosił Forda i miał do niego żal do samego końca, chociaż za bardzo się do tego nie przyznawał. Całe życie mi mówił, że Eli to wariatka, zwariowana aktorka. Chciałem by dał mi do książki zbudowanej z naszych rozmów chociaż jedno zdjęcie Eli, mówił, że nie ma żadnego, że wszystkie wyrzucił. A jak umarł, znalazłem karton, a w nim zdjęcia Eli i listy, z których wynikało, że jej odejście było dla niego wielkim ciosem, którego nigdy tak naprawdę nie zneutralizował w sobie.

Nie poczuł się pan okłamany?
To nie było tak, że miał tę tajemnicę przede mną, bo zdecydował, że po śmierci klucze do jego mieszkania mają trafić do mnie. Poznałem jego tajemnice, bo on tego chciał. Ale w naszych rozmowach jej nie było, prawdopodobnie nie życzył sobie przeżywać tej relacji, wracać do niej. Pewnie założył że prawdy dowiem się w swoim czasie.

To prawda, że miał bliską relację z Liv Ullmann?
Kiedyś jak się dowiedział, że jadę do Oslo, w którym wszystko było bardzo drogie, powiedział, że  da mi telefon do swojej znajomej. Miałem do niej iść, pozdrowić od niego, a ona mi ugotuje obiad, tak mówił. Dał mi numer na kartce papieru, zacząłem pytać jak się nazywa. Nie chciał powiedzieć, tylko powtarzał żebym ją pozdrowił, powiedział od kogo przyjeżdżam, bo to taka dobra kobieta, która ugotuje mi obiad i oprowadzi po mieście. W końcu okazało się, że ta dobra kobieta to Liv Ullman. Po śmierci z korespondencji z Liv dowiedziałem się, że byli co najmniej w serdecznych, przyjacielskich stosunkach.

A inne historie? Przecież wymyślił kilka faktów na temat tego skąd pochodzi, podawał nieistniejące dane o swojej rodzinie.
Ale ja nigdy go o takie sprawy nie pytałem, więc nigdy nie byłem okłamany. Nie miałem potrzeby żeby poznać jego przeszłość, bo nie ma ona żadnego znaczenia. Dla mnie człowiek rodzi się w chwili, w której go poznaję. Jako reżyser z wykształcenia miał umiejętność i narzędzia do wymyślania różnych sytuacji. Lubił grę jako taką, sam był graczem.

Dlatego miał dziury pod pachami w marynarce?
Nie miał ich zawsze, pojawiły się gdy stał się abnegatem. Gdy zamknął kwestię kobiet w swoim życiu, bo to one wcześniej dbały o jego wygląd. Dziury w swetrze i marynarce miał nie dlatego, że lubił dziury, tylko dlatego że sam nie umiał ich zacerować, a krępował się kogoś o to poprosić. Nie uwielbiał dziur.

Ale podobno uwielbiał jeden krawat z plamą, w którym często występował.
Dorabiał do tego teorię.

To nie była kreacja?
Nie, świetnie to rozumiem bo sam do wszystkiego dorabiam teorie. Potrafię do każdej straty, do każdej przykrości dorobić usprawiedliwiającą to teorię i sprawić, że przestaje mi to przeszkadzać. Ta plama wynikała stąd, że nie miał jak się jej pozbyć, a nie lubił wydawać pieniędzy na ciuchy, tym bardziej jeśli w jakimś swetrze dobrze się czuł. Widział, że ludzi zaczęły interesować, niepokoić te dziury, niechlujny ubiór więc zaczął tym grać. Traktował to jak zabawę, która czasami go przerastała. Gdy stworzył teorię brudu to stało się to tak popularne, że niemal przesłoniło jego inne dokonania.

Jak nie na ciuchy to na co lubił wydawać pieniądze?
Na komiksy, miał ich ogromną kolekcję i na płyty, ale tylko winyle. Miał ich tysiące. Uważał, że kompakty mordują muzykę, nie dał się do samego końca namówić na CD, nawet wtedy gdy pewne nagrania, których szukał nie były już dostępne na czarnych płytach. Wolał w ogóle nie słuchać jakiegoś utworu niż odtwarzać go z kompaktu. Nie chciał odtwarzacza.

Bardziej był uparty czy wierny sobie?
Jedno i drugie.

A co było dla niego najważniejsze?
Wolność, zawsze to powtarzał. Ten brud też podciągnął pod wolność od konwenansów, obyczajów, nakazów utrzymywania czystości.

Dla pana też wolność jest najważniejsza?
Tak.

A teraz gdy go nie ma, czego najbardziej panu brakuje?
Rozmów. Wiem, że mogę spotkać się z setką ludzi, ale z nikim nie przeprowadzę takiej rozmowy jak z Zygmuntem. To nie jest do zastąpienia.

Podobno pod koniec życia przestał słuchać muzyki.
To się stało na kilka dni przed śmiercią, nie mógł się  na tyle uspokoić, pewnie ból był zbyt silny by słuchać muzyki. Wyjął wtyczkę, demonstracyjnie odrzucił ją na środek pokoju, zrozumiałem to jako jego zgodę na umieranie.

Do ostatnich chwil był świadomy?
W ostatnich godzinach, co jakiś czas, już tylko na kilka sekund odzyskiwał świadomość.

Towarzyszył mu pan?
Nie przez cały czas, ale tak, byłem w szpitalu. Trwało to kilka dni. Po tym jak wyjął wtyczkę pojechał do szpitala i z każdym dniem tracił swoje kolejne funkcje.

A co się wtedy działo z panem?
Jak zawsze w takich sytuacjach, ze zdumieniem, z kamiennym zdumieniem obserwuję jak wygląda umieranie. Jestem spokojny, zachowuję pełną świadomość i totalnie wyłączam emocje. Nie płaczę, prawie w ogóle tego nie robię, chyba, że na głupim filmie, wyciskaczu łez, co tylko dowodzi jak mechaniczny jest u mnie płacz. W ważnych sytuacjach mam suche oczy i czasem złość. Tak było gdy umarł mój ojciec. Do dziś mam złość do księdza, który wygłaszał kazanie na pogrzebie i w większości poświęcił je na mówienie o tym by dawać pieniądze na budowę kościoła. Chciałem wstać, pójść na ambonę i powiedzieć by przestał, mama ostatkiem sił złapała mnie za rękę i powiedziała – błagam Cię nie rób tego. Prawdopodobnie całą wściekłość wyładowałbym na nim. Żałuję, że tak się nie stało, bo było mi to potrzebne. Poza tym zrobiłbym dobry uczynek, bo to kazanie było bezczelne. W takich sytuacjach mam przeraźliwy, krystaliczny dar obserwacji. Mam zablokowane uczucia, wszystkimi zmysłami wchłaniam w siebie to co widzę, w taki lodowaty sposób. Zostaję na kilka tygodni zamkniętą bryłą lodu.

Emocje gdzieś pod spodem buzują czy jest spokój?
Nie jest to spokój, ale nie ma też emocji. Niczego nie zagłuszam, jestem skamieniały.

A jak wygląda odmrożenie?
Powoli. Wracam do życia, do pracy, bardzo nie lubię wtedy rozmów, unikam ludzi.

A sprzątanie mieszkanie pana Zygmunta?
Robiłem to razem z Marcinem, sam nie dałbym rady. Zygmunt miał okrutnie zagracony dom, w wielkim bałaganie, gdybym był tam sam myślę, że z bezsilności mógłbym się rozpłakać. Byłem właściwie nieużyteczny, Marcin przejął dowodzenia. Wiele godzin siedziałem w milczeniu. Zresztą do dzisiaj tak potrafię. Jestem i myślę, wielu nie wierzy, że to jest bardzo intensywne działanie. Siedzę bez ruchu i myślę, to nie jest nudne i to nie jest brak działania, bywam po tym bardzo zmęczony. Medytuję. To jak układanie kostki rubika w głowie, przymierzanie różnych sytuacji.

Udaje się w tych chwilach wyłączać myśli?
Nad tym jeszcze pracuję.

Tomasz Raczek – (ur. 15 czerwca 1957 w Warszawie) krytyk filmowy i publicysta, wydawca (Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego), autor licznych  programów radiowych i telewizyjnych, w tym słynnego cyklu „Perły z Lamusa” współtworzonego ze swoim przyjacielem Zygmuntem Kałużyńskim.

Wywiad został opublikowany w magazynie Sens, „Rzecz o męskiej przyjaźni” w kwietniu 2013 roku, Robert Rient.