Tomasz Schuchardt

Tomasz Schuchardt nie boi się mówić o tym w co wierzy, jak powinniśmy zareagować na uchodźców, nie boi się opowiadać o swoich porażkach i tym jak nie poznał Keanu Reevsa, nie boi się złości, chociaż wstydzi się smutku.

 

Lubisz na siebie patrzeć?
Gdybym powiedział, że nie, wszyscy uznaliby, że kokietuję. Ale z oglądaniem siebie mam problem, bo jestem bardzo krytyczny. Za pierwszym razem nigdy nie podchodzę do filmu obiektywnie, skupiam się na tym co zrobiłem źle. Co chciałem wykonać, co sobie założyłem i co ostatecznie z tego wyszło. To przeszkadza dostrzec całą filmową historię, jej niuanse. Zazwyczaj mam sobie sporo do zarzucenia.

Poszukujesz błędów, nie zachwytów, dlaczego?
Bo później udzielam wywiadu i chcę być przygotowany. Wszystkie błędy w roli, które znajdę, wykorzystuję jako linię obrony, nikt mnie nie zaskoczy.

Od dawna używasz tej strategii?
W szkole podstawowej chłopcy się wyzywają. Kiedyś usiadłem z kartką papieru i wypisałem wszelkie obelgi, wyzwiska, epitety które mogłyby mnie trafić. Że jestem sierotą, dupowaty, pedał, że moja stara to, a mój stary tamto. Twórczo podszedłem do tematu, później faktycznie nie udało się nikomu wybić mnie z pewności siebie. Ktoś rzucał wyzwisko, a ja sobie myślałem – tylko na tyle cię stać, znam to. W filmie, życiu, jeśli uda mi się znaleźć maksymalną ilość wad w samym sobie, mogę przygotować się na krytykę. Mogę je też w przyszłości poprawić.

Podobno gdy ktoś na ciebie krzyczy, np. reżyser na planie, działa to na ciebie motywująco.
Dobrze działam pod wpływem stresu, chociaż równie często udaję cwaniaka. Krzyk nie powoduje, że się zamykam, chowam, uciekam. Właśnie przeciwnie, najpierw zaczyna się długi proces myślowy, potem postanawiam udowodnić tej drugiej stronie, że się myliła. I biorę się do pracy. Czasami zdarza się, że pracuję z kimś, kto uzurpuje sobie prawo do wszechwiedzy, z kimś kto nie jest twórczy. Wtedy wytykam palcami, zdarza się, że z przekleństwami, głośno, tak by wszyscy słyszeli. Szanuję ludzi, pracę, ich czas. Nie spóźniam się z założenia i tego samego oczekuję. A gdy zdarza się, że druga strona, powiedzmy reżyser, popełnia błędy – nie boję się o tym mówić.

tomas

Demon to dla mnie film o nostalgii, ballada o tęsknocie, dopiero później thriller czy horror. A dla ciebie?
Taki był pierwotny pomysł, że to będzie horror, bo jest niszcząca siła nadprzyrodzona, demon. W trakcie pracy Marcin trochę zmienił koncepcję, czerpał też z nas, aktorów i możliwości, które dawał scenariusz. Ty mówisz o nostalgii, blisko mi do tego, bo dla mnie to film o pamięci. O kwestii żydowskiej. Historia nie jest opowiadana dokumentalnie, jeden do jednego. Film pokazuje styk kilku kultur w małym miasteczku.

Bohaterowie mówią po angielsku, polsku, niemiecku, rosyjsku i w jidysz.
Bo to wszystko u nas było, albo jest obecne cały czas, w Polsce, na naszych terenach. Do tego dochodzą Mazurzy, Białorusini. Kiedyś synagogi były obok kościołów. Nasz kraj, będąc w centrum Europy, przeżył niejeden huragan, niejedną wojnę. Tym ważniejsze wydaje mi się zabieranie głosu w sprawie uchodźców, którzy płyną do Europy. Powinniśmy wziąć historię na swoje barki i pomóc, cierpią ludzie w potrzebie, ludzie którzy żyli z bombami. Straszymy się muzułmańskimi przestępcami, ale to kwestia tego jak media opisują rzeczywistość, przecież nagłówki gazet nie piszą o matce, chrześcijance, która zabiła dziecko, o polaku chrześcijaninie, który skatował rodzinę, lub o innych chrześcijanach, którzy siedzą w więzieniach. Wydaje mi się ważne, byśmy osobiście, ale też w filmach, przyznawali się do wszystkich aspektów naszej historii. Mamy u siebie bohaterów, występujących w obronie innych, skrzywdzonych i mamy u siebie tych, którzy krzywdzą i wypowiadają się rasistowsko, ksenofobicznie. Gdy oglądałem „Demona” znalazłem w sobie żal, tęsknotę.

Za społecznością żydowską, która żyła w Polsce, po której została wyraźna blizna?
Tak, bo uważam, że można żyć obok siebie pomimo różnych poglądów, religii. Żałuję, że to się nam nie udało, że zawiedliśmy.

Dybuk to postać z folkloru i mistycyzmu żydowskiego, duch władający ciałem innej osoby. Wierzysz w magię, dybuka?
Tak. W ogóle jestem osobą wierzącą, pomimo tego, że mam ścisły umysł, logiczny. Metafizyka,  siła nadprzyrodzona istnieje, a może potrzebuję by istniała by wytłumaczyć sobie to wszystko co przekracza logikę. Niewielu Żydów pozostało w Polsce, może dlatego dybuk powraca? Sporo Polaków utożsamia się z nostalgią, stratą naszych sąsiadów, napisami na murach tworzonymi przez Betlejewskiego: „Tęsknię za Tobą Żydzie”.

Jasny, którego grasz, brat  panny młodej, ostatecznie okazuje się uległym synem, ile z siebie dałeś tej postaci?
Uległość pejoratywnie kojarzy się negatywnie ze zniewoleniem, nie identyfikuję się z tym. Słucham swoich rodziców, kocham i szanuję ich, chcę sprawiać im przyjemność. To wcale nie oznacza uległości. Jasny chce przypodobać się swojemu ojcu, bo ten nie traktuje go poważnie, nie ma dla niego dobrych słów.

Twoja mama podobno była zła, że powiedziałeś kiedyś w wywiadzie, że w Waszym domu nie mówiło się o miłości, chociaż miłości się doświadczało.
Bo nie pamiętam słów, ale pamiętam miłość, to ważniejsze. Zresztą nie potrzebuję tak bardzo słów, gdy chodzi o miłość.

Czego się nauczyłeś od rodziców?
W kwestii moralności nauczyłem się od nich wszystkiego. Mama wiele lat pracowała jako pielęgniarka na oddziale ostrych zatruć, grzybiarze, narkomanii, alkoholicy. Często ludzie umierali. Opowiadała historie, przejmowała się nimi, uczestniczyliśmy w tym. Czasami sromotnik działa podstępnie, wydaje się, że człowiek zdrowieje, za chwilę zostanie wypisany, mija kilka godzin i umiera. Tego się nauczyłem, że życie jest kruche, a śmierć zawsze jest blisko. Trzeba żyć, to kolejna lekcja, że warto próbować, korzystać z okazji, próbować nowych rzeczy. Kolejna nauka dotyczy tego by nie gnieździć w sobie emocji, by nie być pamiętliwym. Mam bardzo szybki zapalnik, gdy coś mnie dotknie reaguję natychmiast, wybucham, a następnego dnia nie pamiętam. Wyrzucam z głowy co złe. Jestem optymistą, który siedzi po uszy w gównie, ale nie traci hartu ducha i zadziornie bulgocze – gdzieś to przeczytałem. Żyję w świecie, ale szkoda mi czasu by spędzać zbyt dużo czasu na konflikty. Wolę słowo lepiej od słowa gorzej. To dla mnie ważne by zastanawiać się nad motywami i powodami, które kierują ludźmi.

tomas2

 

Złość wyrzucasz, a jak jest ze smutkiem?
Łatwiej mi przeżywać przy mężczyznach, mam dwóch przyjaciół, gdy jest smutno, siedzimy obok siebie, milczymy. Bardzo niefilmowa sytuacja, ale potrzebna, oczyszczająca. Żona ma do mnie czasami pretensje, że nie mówię, że coś ukrywam. To ci się teraz przyznam do pewnej głupoty. Wstyd mi powiedzieć przed kobietą, że jestem słaby. Wiem, że to bzdura, smutek nie jest słabością, każdemu to powiem, ale nie sobie. Przyjaciela poklepię po plecach i powiem: płacz, to jest w porządku. I naprawdę tak myślę. Gdy sam się smucę zaraz odzywa się ten głos w głowie – po co obciążasz tym innych, po co zarzucasz problemami.

W maju ożeniłeś się z Kamilą Kuboth, co obrączka zmieniła w twoim życiu?
Przyniosła większy spokój. Z Kamilą jesteśmy razem od ośmiu lat, bywało burzliwie. W końcu się oświadczyłem. Gdy byłem w szkole aktorskiej poświęciłem się temu zupełnie, korzystałem z dodatkowych zajęć, pracowałem u studentów reżyserii wgryzałem się w  fach. Zaowocowało tym, że mam pracę. Potem uznałem, że teraz potrzebny mi dom, miejsce w którym moglibyśmy żyć. Następne były oświadczyny, w przyszłości może dziecko. Taki miałem plan, nie wszystko się udało, bo domu nie mam, ale okazało się, że wynajmowanie wcale nie jest takie złe. Ślub kościelny był dla nas ważny, symboliczny. Zawierzyliśmy komuś poza nami, Bogu, mocy stwórczej. Poczułem, że zeszła ze mnie część ciężaru. Od ślubu kłótnie są krótsze, to właśnie ten spokój. Może ktoś pomyśli, że ceremonia zadziałała jak placebo, ale to nie ma znaczenia. Ważne, że szybciej niż kiedyś potrafię się wyciszyć, wrócić do „my” od zranionego „ja”.

W filmie „Chemia” grasz faceta zakochanego w swojej żonie umierającej na raka. Z jednej strony to infantylny dzieciak, z drugiej oddany i czuły mężczyzna. Odnajdujesz siebie w tym opisie?
Cholera, odnajduję. Czasami zdobywam się na dorosłość, na męskość, która oznacza odpowiedzialność, gotowość do rozumienia, bycia. Czasami bywam debilem, urywającym się na imprezę, tracącym kontrolę, żałującym. Nie wiem czy kiedyś naprawdę dorosnę, powoli to idzie. Nie wiem też czy bym chciał, pielęgnowanie tego dziecka we mnie jest ważne, również dla gry aktorskiej.

Chociaż nie marzyłeś o aktorstwie.
Pamiętam, że uczyłem się wierszy na pamięć. Stawałem przed lustrem i deklamowałem. Lubiłem sobie iść w samotności i mówić wiersz, może zakrawa na onanizm, ale zachwycało mnie jak słowa potrafią opisać świat, jakieś stworzenie. Sam zacząłem pisać. Egzamin do liceum poszedł mi lepiej na profil matematyczno-fizyczny niż humanistyczny, więc wybrałem ten pierwszy. W podstawówce uczyłem się świetnie, byłem prymusem, a w liceum okazało się, że jestem przeciętny, przepaść między wsią a miastem była duża.

Sobowidz, wieś w której żyje około 1 300 osób, jak wspominasz dzieciństwo?
Wspaniale. Z jednej strony była nauka, lubiłem ją. Wakacje na wsi były genialne, tato pracował na Bizonach, kombajnach. Jeździłem nimi, dla dzieciaka to była frajda.

Podobno kiedyś w szkole organizowane były dwie wycieczki: do Pragi i do Paryża. Rodzicom powiedziałeś tylko o Pradze, żeby nie musieli pożyczać na Paryż.
W domu była nas czwórka, mam dwie siostry i brata. W sierpniu, gdy wszyscy mieliśmy zaraz pójść do szkoły, rodzice musieli nieraz brać kredyt, na wyprawkę. Wiem, że gdybym im powiedział o Paryżu, że chcę, to zapożyczyliby się, ale wydawało mi się to przesadą. Rodzice dobrze nas wychowali, mamy z rodzeństwem kontakt, zwyczajny, to mnie ustawia do pionu. Przeczytam Ci SMSa od mojego brata: „Jestem po seansie w kinie. I „Karbali” mówię duże TAK. Pozdro, brat”. I wszystko. Już wiem co sobie Pawełek pomyślał o filmie, za SMSem był uśmiech z przymrożonym okiem. Nie uważam, że istnieją zawody lepszy i gorsze. Aktorzy istnieją w społeczeństwach od zawsze, są potrzebni, przynoszą rozrywkę, pozwalają zapomnieć o codzienności, czasami przybliżają duchowość. Ale nie zgadzam się z wynoszeniem aktorstwa ponad inne zawody. Jesteśmy powiązani z kostiumami, strojami, makijażem, dojazdem, fotografią, rekwizytami – za tym wszystkim stoi sztab ludzi, bez których nasza praca nie byłaby możliwa. Nie rozumiem zadufanych w sobie dupków, którzy pogardzają makijażystkami czy scenografami, gramy do tej samej bramki. Dorastanie na wsi na pewno pomogło trzeźwiej patrzeć na świat.

Powiedziałeś kiedyś, że jako nastolatek byłeś brzydkim blondynkiem z piegami, zawstydzonym wyglądem.
I jeszcze miałem fryzurę na garnek. Rysy twarzy mi się zmieniły, piegi wyparowały. Na pierwszym roku studiów, zdziwiło mnie, gdy jakaś dziewczyna powiedziała, że jestem przystojny. Pewnie chodzi też o sposób myślenia o sobie, trochę bałem się dziewczyn, trochę mnie do nich ciągnęło. Na studiach, gdy pracowałem z silnymi, mądrymi kobietami: Hajewska, Fudalej, Segda, Polony, Dymna, częściowo wyleczyłem się ze swoich kompleksów.

Jakie masz aktorskie marzenie?
„Biesy” Dostojewskiego, „Bracia Karamazow”. Stawrogin to postać wymarzona, teatr albo film. Nie chciałbym utknąć w jednej formie, lubię zmiany, serial, teatr, film, dubbing, tego ostatniego jeszcze nie próbowałem. Ostatnio pracuję bardzo dużo, ale pamiętam długie miesiące gdy telefon milczał i nie robiłem nic.

Gdybyś spotkał siebie na planie filmowym – za co byś siebie polubił?
Nie wiem, może za bezproblemowość, za bycie w kontakcie, a raczej umiejętność bycia w kontakcie, autentycznego zainteresowania ludźmi.

To na koniec powiedz jak to było, gdy nie poznałeś Keanu Reevsa, a do Macieja Zienia mówiłeś Zienio.
Widzisz, bo ja nie wiedziałem do jakiego świata idę. Zaprosili mnie na festiwal Camerimage w Bydgoszczy. Dali wielki pokój, dwa ogromne łóżka, ale taka była impreza, że spałem pomiędzy nimi. Wychodzę rano, w gaciach, na kacu, przed hotel, odpalam papierosa. Ktoś mnie poprosił o ogień. Podałem. Odwracam się a to Keanu. Spaliliśmy w milczeniu po fajce. A z Zieniem to było podczas festiwalu w Gdyni, pierwszy raz pojechałem, więc nie wiedziałem czego się spodziewać. Miałem odebrać nagrodę. Dostałem SMSa, że mam zadzwonić do „p. Zienia”. To zadzwoniłem i mówię, panie Zienio, bo myślałem, że to taki pan Józek, czy Henio, no i mówię, panie Zienio miałem dzwonić, ale nie wiem po co. No i pan Zienio mówi, że skoro do niego do pewnie w sprawie garderoby. Później okazało się, że chodzi o Macieja Zienia, projektanta.

Tomasz Schuchardt ur. 18 września 1986 w Starogardzie Gdańskim –  aktor filmowy, telewizyjny i teatralny. Absolwent PWST w Krakowie. Na ekrany kin właśnie weszły filmy: „Mur”, „Demon” , „Karbala” i  „Chemia”, w którym gra główną rolę. Odtwórca tytułowej roli w serialu „Bodo”, który pojawi się w 2016 roku.

Wywiad został opublikowany w magazynie Zwierciadło nr 11/2015, Robert Rient.