Witold Szabłowski

Pojechał na miejsce zbrodni, by znaleźć dobro – tych, którzy ocaleli i tych, którzy ratowali. Witold Szabłowski, reporter, szukał tego co łączy współczesnych bohaterów, sprawiedliwych zdrajców i spisał ich historie. Pierwsza taka opowieść o Wołyniu.

„Od dziecka widziałam, że coś jest ze mną nie tak” – tym zdaniem zaczyna się Twoja najnowsza książka. Jak dotarłeś do pani Hani?
Gdy wymordowano mieszkańców wioski Gaj, Ukraińcy znaleźli dwuletnie dziecko. W jednym ręku trzymała kubek, w drugim chusteczkę ze swoimi inicjałami. Banderowcy kazali mordować nawet dzieci, ale mimo tego mieszkańcy wioski postanowili ją ocalić. Jej pierwsze wspomnienie z dzieciństwa jest takie, że leży z matką pod łóżkiem, a po mieszkaniu chodzą mężczyźni z bronią. Hania ma trzy lata i rozumie, że jeśli ją znajdą to umrze. Leżała przykryta kapą i wiedziała, że musi być cicho, nie może płakać. Co ważne, przez całe życie czuła się niezwykle kochana przez swoich ukraińskich rodziców i od nich nigdy nie dowiedziała się, że została ocalona. Nikt jej o tym nie chciał opowiedzieć, chociaż prawie cała wioska wiedziała – dlatego gdy zbierałem materiał dotarłem do niej bardzo szybko, z polecenia.

Kiedy po raz pierwszy pojechałeś do Wołynia?
Często jeżdżę do Lwowa, mam tam przyjaciół. Trzy lata temu pojechałem inną trasą, przez Wołyń właśnie. Zrozumiałem wtedy, że Wołyń jest dla mnie hasłem, które wrzuciłem do worka z tym wszystkim co mnie nie interesuje. Mam alergię gdy słyszę, że znowu ktoś, gdzieś tam, nam Polakom, robił krzywdę. Wiedziałem tyle, że nas mordowali, że politycy mówią o tym co jakiś czas, że martyrologia. Nigdy nawet nie poczytałem o tym co tak naprawdę się tam wydarzyło. I gdy jechałem przez Wołyń to bardzo mi się spodobała natura, sporo czarno-granatowych jezior, piękne lasy, ciekawa architektura. To rozbudziło moją ciekawość, wróciłem do domu i zacząłem szukać.

Czego?
Na początku po omacku. Wpisując w Google „Wołyń” pojawią się obrazy zabitych, lista ponad dwustu metod zadawania cierpień, potworne i krwawe historie. Brnąc przez to wszystko trafiłem na tekst o sprawiedliwych Ukraińcach i „Kresową Księgę Sprawiedliwych” wydaną przez IPN, a w niej relacje uratowanych Polaków. Przeczytałem te historie i zapaliła mi się w głowie reporterska lampka. W tych relacjach było wszystko: miłość, nienawiść, zdrada, kłamstwo, poświęcenie. Poczułem, że to może być zalążek scenariusza filmowego, albo książki właśnie. Jeden brat należy do bojówki UPA, która morduje Polaków, a drugi ich ratuje i ukrywa. Takie historie. W tym morzu zła, w środku ludobójstwa, pojawili się ci, którzy znaleźli w sobie ludzkie odruchy. Żydzi, którzy zostali uratowani z Holocaustu zadali sobie dużo trudu, by odnaleźć tych, którzy pomagali, by ich uczcić, symbolicznie docenić.

szablowski_sprawiedliwi-zdrajcy

Nikt nie podziękował sprawiedliwym Ukraińcom?
Poza jedną tablicą pamiątkową nie zostali uhonorowani. Prawie nikt nie jeździ do tych ludzi, często żyją w  skrajnej biedzie. Otrzymują pokołchozowe emerytury, w przeliczeniu na nasze jakieś 150 zł. Więc zacząłem do nich jeździć ja.

Po co?
Szukać dobra. Nasi dziennikarze jeździli relacjonować wojnę w Jugosławii, ludobójstwo w Rwandzie. Okazuje się, że pięć godzin jazdy samochodem z Warszawy mamy swoją Srebrenicę, prawdopodobnie bardziej brutalną.

Paweł Goźliński nazwał Cię specjalistą od zadań specjalnych – myślisz tak o sobie?
Raczej bym powiedział, że jestem bezczelny. Gdy myślę o ilości pułapek, na jakie można się natknąć opisując relacje ukraińsko-polskie, to dochodzę do wniosku, że trzeba być trochę bezczelnym.

Nie chciałeś zdemaskować sprawców, opowiedzieć o Wołyńskich zbrodniarzach?
Miałem przez moment taką pokusę, wiedziałem gdzie żyją, kim są. Gdybym jednak zajął się złem powstałaby zupełnie inna książka. A ja bardzo chciałem dowiedzieć się jak to jest możliwe, że w samym środku nienawiści pojawiają się ludzie, którzy noszą jedzenie, ukrywają sąsiadów w snopkach siana.

Dlaczego?
Często byłem pierwszym który przyjechał do tych, którzy ratowali. Dawało mi to poczucie, że zajmuję się tym co ważne, a to przyjemne uczucie. Po drugie, mam wrażenie, że gdy opowiadamy o wojnach i zbrodniach, skupiamy się na generałach, przywódcach oblężeń, powstań, zapominając o bohaterstwie zwyczajnych ludzi. W każdym konflikcie pojawiają się ci, którzy ratują, a my wciąż skupiamy się na tych, którzy zabijają. Kilka lat temu byłem u Gruzinki, która uratowała rosyjskiego żołnierza. Zobaczyła przy swoim domu rannego chłopaka, wzięła go do chlewika i ocaliła, chociaż logika podpowiada, że powinna go uznać za wroga. Takie przypadki były również pomiędzy Hutu i Tutsi. Ci ludzi zasługują na swoje miejsce w naszej pamięci.

Skąd się biorą sprawiedliwi?
Nie znalazłem algorytmu. Trafiłem na historię banderowca, który zabił kilkanaście osób, a w pewnym momencie zaczął ratować. Na pewnym polu uratował się chłopiec, bo jeden z tych, którzy mordowali przyłożył pistolet obok jego głowy, zrobił to specjalnie – dlaczego? Nie wiadomo. Petro  Parfeniuk razem ze swoim bratem Pawko uratowali kilkadziesiąt osób z Kisielina i okolic. Najpierw pojechali z banderowcami zabijać i gdy zobaczyli na czym polega taka akcja, zaczęli z wielką determinacją ratować swoich sąsiadów. Powinni dostać nie tylko medal, ale ich imieniem powinno się nazwać ulicę w Zamościu, w którym jest pochowany Petro. Tylko Petro, bo Pawko razem z żoną i czteroletnią córeczką zostali za to pomaganie Polakom zabici.

screen-shot-2016-09-13-at-12-40-00

Czym jest dobro?
Wojna w Wołyniu było jedną z najbardziej brutalnych, hitlerowcy, sowieci, komuniści, do tego wszystkie możliwe partyzantki. Ukraińcy, Żydzi, Polacy, Czesi, którzy do pewnego czasu żyli w pokoju, a później zaczęli na siebie napadać. Dobro jest postawą wobec życia, którą znalazłem u moich bohaterów. Dobro oznacza, że nie szkodzę innym, a jeśli mogę to pomagam.

Tak jak Alojzy Ludwikowski, który uratował ponad 30 Żydów.
Przez dwa lata nosił im jedzenie, ukrywał ich przed Niemcami, Ukraińcami i Polakami. Wybudował w ziemi schrony i pomógł przeżyć. Jeden ze schronów Niemcy mu wybili tydzień przed wyzwoleniem. Do końca życia sobie tego nie mógł wybaczyć. Niektórzy z moich bohaterów, tak jak pan Alojzy, rozciągnęli definicję dobra w sposób niewyobrażalny.

Próbowałeś się dowiedzieć dlaczego pomagał, skąd miał w sobie to dobro?
Niedaleko Przebraża, w którym mieszkali, była żydowska wioska Zofiówka. Tam pracował szewc Elo Potasz, który w ramach rozwijania biznesu stworzył obwoźny zakład szewski i jeździł po wioskach. Szył też buty Ludwikowskim. I kiedy przyszła wojna przyszedł do Alojzego po pomoc, której ten mu udzielił. Banalna historia. Ludwikowski nie odmawiał ludziom w potrzebie.

Nie zrobić nic, zamknąć drzwi, odwrócić się – to już zło?
Nie chcę się wymądrzać. Ukraińcy, którzy ratowali Polaków narażali nie tylko swoje życie, ale też życie swoich rodzin, dzieci. Jedna wnuczka jednego z dobrych sąsiadów z Wołynia powiedziała o swoim dziadku, że był bohaterski, ale głupi.

Hannah Arend pisała, że zło rozprzestrzenia się jak zaraza, ale jest płaskie, płytkie i że jedynie dobro posiada głębię.
Leon Popek, inny bohater książki, opowiadał jak siedział podczas biesiady przy jednym stole z mordercą. Po którymś kieliszku ten podniósł się, powiedział, że zabił siedmiu Polaków i nie żałuje. Myślę, że ciężko wyplenić zło. Gdy ktoś się nim zainfekuje to często choruje przez wiele lat. Dobro na pewno jest trudniejsze, więcej wymaga, może więc jak mówiła Arendt jest głębsze. Chociaż nie wydaje mi się by zło było banalne. Zło jest silne w gromadzie, a dobro często realizuje się indywidualnie, nie potrzebuje tłumu, by mogło się wydarzyć.

Co się stało w Przebrażu?
To była warownia, do której zjechali się Polacy, gdy Ukraińcy zaczęli atakować polskie wsie. Pojawił się tam komendant wojskowy i cywilny. Jednak samoobrona w Przebrażu była możliwa dzięki chłopskiemu sprytowi. Stoi to w opozycji do tej heroicznej polskiej postawy, która rzuca się z lancą na czołg. Ludzie w Przebrażu nie bronili Ojczyzny wyimaginowanej, ale swoich bliskich, żon, dzieci, rodzin. Musieli dogadywać się z radziecką partyzantką, z Niemcami i z Ukraińcami. Bywało tak, że jeden oddział Polaków udawał banderowców i napadał Hitlerowców, ci się bronili, ponosili jakieś straty. W tym momencie ratował ich drugi oddział Polaków z Przebraża. Sami pozorowali ataki i z tej opresji ratowali, tylko po to by dobrze żyć z okupantem. Mieli rozwinięty zwiad, który jeździł po lokalnych wioskach. Dzięki tej postawie uratowano tam sporo ludzi przed rzezią wołyńską, a później Armią Krajową, która przybyła z żądaniem przyłączenia wszystkich mężczyzn do partyzantki. Chłopi nie zgodzili się zostawić swoich bliskich.

Znalazłeś wspólny mianownik tych, którzy pomagali?
Sztundyści, czyli świadkowie Jehowy, Adwentyści, Zielonoświątkowcy i inni wyznawcy z ruchów protestanckich zazwyczaj pomagali. Mówimy o ludziach, którzy mieli bardzo silne przekonania, może było im bliżej do Ewangelii? Poza tym ich religia nie była upolityczniona. Reagowali na cierpienie człowieka, a nie cierpienie Polaka czy Żyda.

„Chrześcijaństwo to miłość. To pomoc drugiemu, nieważne, kim jest, z jakiego jest kraju, jakie ma poglądy” – mówi pastor Jelinek, kolejny bohater Twojej książki.
I dodaje, że gdyby chrześcijanie spotkali Hitlera w potrzebie to powinni mu pomóc. Jednocześnie ten czeski duchowny jest patriotą z lekką nutką nacjonalizmu. Mówi wprost, że Czesi są najlepsi, powiela stereotypy. Nie przeszkadzało mu to pomagać Polakom, Żydom, później Niemcom, a nawet rodzinie UPAowca, której zagrażała polska partyzantka. Przesłanie ze swoich kazań miał bardzo uwewnętrznione. Gdyby zliczyć dzieci i wnuków tych, których uratował, mówilibyśmy o setkach.

A Ty, w co wierzysz?
W moc opowiadanych mi historii i to, że jest siła, która mnie prowadzi. Gdy wysłałem książkę do wydawcy dowiedziałem się, że moja prababcia w czasie II wojny światowej ratowała Żydów. Poczułem jakby pomachała mi z nieba. Długo myślałem, że ten Wołyń pojawił się w moim życiu przypadkowo, ale teraz uważam, że coś mnie prowadziło.

Bóg?
Jesteśmy w trakcie ustalania naszej relacji, tego na czym ma ona polegać. Ale tak, wierzę w Boga.

Co chciałeś osiągnąć publikując „Sprawiedliwych zdrajców”?
Chciałem żeby książka była pomocą w porozumieniu się, spotkaniu Polaków z Ukraińcami. Interesuje mnie rozmowa o Wołyniu, która nie będzie wyliczanką, która nie będzie dzieliła.

Książka to kakofonia historii, miejsc, nazwisk, zbrodni. Łatwo się zgubić podążając za narratorem, chciałeś osiągnąć taki efekt?
Nie, ale chciałem napisać książkę napisaną z perspektywy dobra, zawierającą w pigułce historię rzezi Wołyńskiej. Pomyślałem, że jeśli ktoś sięgnie tylko po tę książkę to otrzyma sporo informacji o Wołyniu.

Na Trupim Polu, zbiorowej mogile w Wołyniu, stoi krzyż, a na nim zawsze uprana ukraińska chusta – jakie znaczenie mają takie gesty?
Kolosalne, bez takich gestów będą się jednały tylko elity. Pani Szura od lat dba o polskie groby, jest w tym wyjątkowa. Myślę, że jej pracę można porównać do symbolicznego uściśnięcia sobie dłoni przez prezydentów. Przyglądam się sprawiedliwym, bo to ważne szczególnie dzisiaj, gdy każdego dnia słyszymy o kolejnych konfliktach. Dobra można się uczyć.

Witold Szabłowski (ur. 1980 w Ostrowi Mazowieckiej) – reporter i dziennikarz, właśnie pojawiła się jego najnowsza książka „Sprawiedliwi zdrajcy” (wyd. Znak). Nominowany do Nagrody Literackiej Nike 2011 za książkę „Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji”.

 

Wywiad został opublikowany w magazynie Zwierciadło nr 10/2016, więcej tutaj.