Wojtek Mazolewski

Pierwszą płytę nagrał po trzydniowej orgii muzycznej, połączonej ze spożyciem grzybków halucynogennych. W tym roku mija 30 lat na scenie i 40 lat życia Wojtka Mazolewskiego, muzyka, ojca, najlepiej ubranego mężczyzny w Polsce i lidera formacji Pink Freud i Wojtek Mazolewski Quintet.

Jesteś nazywany produktem eksportowym polskiej kultury, jakie to uczucie?
Zlepek wrażeń, emocji. Poza słowem produkt, wszystko w tym pytaniu mi się podoba. Jeśli ludzie lubią naszą muzykę, czują dumę że jeździmy po świecie i reprezentujemy polską kulturę to świetnie. Naszą główną motywacją jest podnoszenie słuchaczom poziomu satysfakcji z bycia tu i teraz, przypominanie o sile marzeń i motywowanie do twórczego działania. Muzyka ma taką moc, produkt nie. Chodzi o połączenie serca, umysłu i praktyki, by rzeczy nie działy się tylko w wyobraźni, ale realnym życiu.

Na czym polega podnoszenie satysfakcji z bycia tu i teraz?
Ofiarowując swój czas, energię i talent chcemy wywołać w ludziach jak najwięcej dobrych wrażeń. A tym samym obudzić w nich radość życia i motywację do spełniania swoich pragnień. Muzyka daje energię, a ta pozwala znaleźć w życiu swoje miejsce. Czasem to impuls by wrócić do malowania czy pisania. Wiemy od słuchaczy, że tak się zdarza. Opowiadali nam historie jak na nowo okrywali namiętność, miłość a nawet płodzili dzieci przy naszych płytach. Albo kiedy w pracy, z muzyką na uszach, uruchamiali turbo kreatywność. To najlepsze recenzje i wielka motywacja do pracy.

A co podnosi twoją satysfakcję z bycia tu i teraz?
Ten moment, w którym jestem bez obaw i oczekiwań. Kiedy nie martwię się tym co nadchodzi ani nie przejmuję tym co minęło.

I udaje się?
Czasami.

Korzystasz wciąż z odosobnień medytacyjnych?
Tak. To dobre narzędzie do zachowania świeżości i siły w tym co robię, mówię. Odosobnienie pozwala zatrzymać się, przemyśleć co mam do wyrażenia, ułożyć priorytety, odnaleźć spokój. Medytacja to dbanie o higienę umysłową, zbliżanie się do rzeczywistości takiej jaką ona jest, a nie takiej jaką chcemy ją widzieć. Zawód muzyka niesie w sobie sporo niestabilności, nieregularności, także pokus, zagrożeń ze strony używek, nałogów. Ciężko utrzymać jakąkolwiek dietę będąc w trasie.

Polka

Zrezygnowałaś z kaszy jaglanej?
Absolutnie nie! Nie sztuką jest być na diecie, ale ze zdrowego odżywiania uczynić nawyk i akurat w tym przypadku mi się udało. Osiem lat temu spróbowałem wegańskiej diety, odstawiłem nie tylko mięso, ale wszystkie produkty odzwierzęce. To zmieniło moje myślenie o jedzeniu, o tym co dobre dla mojego ciała. Jak wracam do domu to na śniadanie robię jaglankę. Zapach prażonej kaszy to dla mnie zapach domu, przyjemności. Momentalnie puszczają w moim ciele napięcia, wiem że oto jestem w swojej jaskini, nic złego nie może się stać.

A jak to jest z tymi używkami? Powiedziałeś kiedyś, że stosujesz je po to by tonizować, a nie stymulować.
Używam ich po to, żeby się zatrzymać. W amoku tworzenia czasem blisko jest do szaleństwa. Robiąc taki brutalny reset wracam na ziemie. Szukając drogi środka, harmonii w życiu i muzyce, czasami czuję się zmuszony poznawać ekstremalne światy, skrajności. Pewnie dlatego z jednej strony kasza jaglana, medytacja i rozwój duchowy, z drugiej strony używki, pęd, niedojadanie, przekraczanie granic. Niebezpieczne to wahadło, ale daje wiele tematów do grania.

To wahadło słychać na najnowszej płycie Pink Freud „Autechre” – mozaika dźwięków. Poproszę o przykład przekraczania granic.
Największą satysfakcje mam z przekraczania tych muzycznych. Dobrym przykładem jest wspomniana przez ciebie nowa płyta. Trochę mi niezręcznie przyznawać się do wybryków poza sceną, ale doświadczenie różnych, ekstremalnych stanów dało mi motywację do odważnego grania.

To się nazywa wymijająca odpowiedź.
No dobrze, to opowiem ci o pierwszej płycie, którą wydałem pod swoim nazwiskiem.

I pod tytułem „Grzybobranie”, mam nadzieję, że to historia o magicznych grzybkach.
Bardziej o tym jak przy pomocy grzybków powstała płyta. Zaprosiłem kwiat młodego pokolenia, muzyków jazzowych, improwizujących. Szukałem ludzi otwartych na eksperymenty, cechujących się wyrazistą postawą wobec świata, którą wyrażają przez muzykę. To było kilkanaście osób urodzonych w latach 70. i 80. zebranych z całej Polski. Razem z Piotrem Taraszkiewiczem, z którym od tamtej pory regularnie współpracuję, zbudowaliśmy duże studio nagrań. Wierzyłem, że takie spotkanie może być dobrodziejstwem, szansą na poznanie i stworzenie nowej jakości. Wzięliśmy grzyby halucynogenne i przez trzy dni byliśmy ze sobą. Trzypiętrowy dom, studio, czas by rozmawiać, a przede wszystkim grać. Taka permanentna…

…orgia?
Muzyczna, oczywiście.

Jakie to było przeżycie?
Zupełnie nowe doświadczenie psychodeliczno-muzyczne. Występowałem tam w roli animatora, mistrza ceremonii czy demiurga. Czułem się odpowiedzialny, więc po raz pierwszy bardzo mocno kontrolowałem ten stan. Nagrania były bardzo spontaniczne. Muzykę, która wejdzie na płytę planowałem od początku zrobić w postprodukcji. Chodziło mi przede wszystkim o spotkanie tych ludzi ze sobą, zbudowanie związków karmicznych i uwolnienie energii. Taka inicjacja, na kształt tych, które prowadzą indiańscy szamani. Symboliczne namaszczenie nas wszystkich na muzycznych wojowników. Rytuały i obrzędy interesują mnie od dawna. Dobrze u nas znane to peyotl o którym grał już Tomasz Stańko czy ayahuasca mająca podobno moc wyzwalania świadomości, otwierająca na wszechwiedzę, uruchamiająca uśpione moce. Indianie arizońscy mają swoje szałasy pary, takie iglo z drewna, a bardziej sauna, w której temperatura dochodzi do 100 stopni. Kapłan sypie zioła, rozlewa różne substancje, opowiada o mistycznych istotach, które w końcu przychodzą do szałasu. Mają w prezencie dary dla młodzieńca, który przechodzi rytuał i od tej pory staje się mężczyzną mającym dostęp do świata duchów.

Skąd ta fascynacja rytuałami?
Duchowość towarzysza mi od najmłodszych lat. Pamiętam jak dziadkowie uczyli mnie opowieści z Biblii. Wierzę w rytuały, wydają mi się ważne. One pozwalają doskonalić siebie, ale być też dostępnym dla innych. Nie pamiętam kiedy to się zaczęło, ale świat duchowy zawsze był dla mnie istotny, ten pogański i religijny. Brzmi banalnie, ale poszukiwanie sensu życia, i tego dlaczego chleb nazywa się chleb a masło nazywa się masło, a nie odwrotnie, zajmuje mnie od dawna. Być może jesteśmy absolutem zgubionym we własnym umyśle a może tylko komórkami w dużo większym organizmie.

pink fre

Porozmawiajmy chwilę o twoich początkach, miałeś siedem lat i założyłeś formację „Nóż”.
Długo nie trwała, bo zmieniłem klasę, a w związku z tym kolegów i zespół się rozpadł. Byłem wtedy zafascynowany rock&rollem, otaczała mnie muzyka, do tego namiętne słuchanie listy przebojów Trójki. Później TSA, Zeppelini, Talking Heads. Bardzo podobała mi się polska grupa Siekiera, więc jako siedmiolatek swój zespół nazwałem Nóż. Pisałem jakieś teksty, zbieraliśmy z kolegami makulaturę i butelki by mieć pieniądze, za które kupowaliśmy plastikowe zabawki. Nie graliśmy muzyki tylko bawiliśmy się w zespół. Wszystko zmieniło się gdy miałem10 lat, zacząłem występować w punkowej formacji „Iwan Groźny” – licealnym zespole mojego brata Mazzola. To dla mnie oficjalna inicjacja i czas, od którego mogę liczyć swoje życie na scenie.

Zatem to rok jubileuszowy – 30 lat na scenie i 40 lat życia.
Wyjątkowy rok, chcę go celebrować. Szykuję w maju specjalny koncert ze Zbigniewem Namysłowskim, autorem genialnej płyty „Winobranie”, do której bezpośrednio nawiązywałem przy swojej płycie „Grzybobranie”. Co ciekawe, „Winobranie” pojawiło się w 1972 roku, po siedmiu latach ciszy. Pan Zbigniew był w szczycie formy, miał pomysły i wspaniały zespół, ale system mu zabronił, pozamykali wytwórnie. I kiedy ten wentyl się zwolnił to muzyka z niego eksplodowała i powstała mocna płyta. Oni wtedy walczyli o wolność, coś wygrali w 1989 roku. Ale teraz ponownie siedzimy w więzieniach, kapitalizm zakłada niewidoczne kajdany materializmu, posiadania. Żeby artyści pozostali autentyczni muszą być wolni.

Czujesz się wolny?
Absolutnie. Mam syna, rodzinę, ale nie przeszkadza mi to zachowywać wolności. Może to się komuś nie mieści w głowie ale tak jest. Blisko mi do tego co mówił Platon, że wolność to istnienie dobra. I o to chodzi, by swoim istnieniem nie szkodzić innym, dzielić się tym co cenne, ale nie siedzieć do śmierci w więzieniu, klatce, ograniczeniach czy nudnej pracy. A jak już sięgamy po starych filozofów, to Kant powiedział coś ciekawego, że wolność stanowi warunek autonomii woli na gruncie moralności. To pięknie uaktualnia sens majowego koncertu Big Bang, o którym wspomniałem.

Czego ci nie wolno?
Mam wiele bezpieczników, jeszcze niepoprzepalanych, ale nie znoszę tej myśli, że czegoś mi nie wolno. Nie wiem jak to się dzieje, ale nigdy nie wyłączyła się w mojej głowie taka narracja: wszystko jest możliwe.

Dorastałeś w Gdańsku, podobno tam, w czasach PRLu płyty Johna Coltrane’a, Milesa Davisa, Alberta Aylera, ale też Stonesów i Zeppelinów można było zamówić u marynarzy.
Faktycznie naszymi dobrymi wróżkami byli marynarze. Trójmiejska scena muzyczna słusznie obrosła legendą, tam była dobra energia. Muzyka służyła do wyrażania buntu, sprzeciwu wobec ustroju. Poza tym pozwalała coś stwarzać, dawać. Wszyscy, którzy chcieli grać byli mile widziani, ludzie łączyli się w różnorodne grupy. Do tego doszła Solidarność, Lech Wałęsa, roznosząca się po Polsce charyzma.

Co to jest nionio?
Wszystko to co kochasz. Nawet jak zadawałeś pytanie to się uśmiechnąłeś, tak to działa. Słowo wytrych, przypomnienie o tym, że zawsze może być fajnie. Zaczęło się tak, że sąsiad Asi Dudy z naszego kwintetu, miał kotka, którego nazywaliśmy Nionio. Podczas prób, imprez, spotykaliśmy się u Asi, kotek przychodził, przytulał się. A że my w zespole też lubimy się przytulać zaczęliśmy na siebie mówić nionio. Lubimy dobrze zjeść, więc na wszystko przepyszne mówiliśmy nionio. Słodkie z dużą ilością bitej śmietany jest nionio. Pyszne trunki są nionio. Piękne kobiety i piękni mężczyźni są nionio. Uczucia, gesty, relacje. W ogóle Asia dużo wniosła do naszego zespołu. Wraz z nią pojawił się ten namacalny pierwiastek kobiecy, pełnia, harmonia

Męski duet, albo kobiece trio nie może stworzyć harmonijnej pełni?
Może, o ile te osoby odnajdą w sobie obie płci. Jest we mnie kobiecy pierwiastek, temu poświęcony zresztą został album „Polka”. Chodzi o zrównoważenie energii jing i jang. Szukając harmonii w zespole, pełni właśnie, odnalazłem ją po tym jak dołączyła do nas kobieta. Wszyscy faceci z kwintetu mają w sobie sporo testosteronu i sporo wrażliwości, sporo męskości i kobiecości. Asia również łączy w sobie to co męskie i kobiece, potrafi rozpuścić słuchaczy w dźwiękach i rzucić szklanką o ścianę. Dobrze gdy to jest w odpowiednich proporcjach.

A dlaczego Pink Freud? Skąd ta nazwa?
Chodzi o rebus. Nigdy nie tłumaczyłem nazwy zespołu, po to by wypowiadający te słowa zachował świeżość, by nadawał znaczenie. Kiedy byłem młodszy to miałem z tą nazwą seksualne skojarzenia, teraz jest ich o wiele mniej. Lubię gdy słowa niosą pozytywną energię. Pink Freud ma w sobie zachętę, by otworzyć w głowie takie malutkie drzwi. Często pytamy ludzi co dla nich znaczy ta nazwa. Kiedyś po koncercie wracaliśmy na lotnisko z dwoma paniami, jedna była policjantką, a druga jej córką. Chciały wiedzieć co znaczy Pink Freud. Odbiliśmy pytanie i dowiedzieliśmy się, że dla nich nazwa zespołu to filozofia miłości, spodobała mi się ta interpretacja.

W różnych rankingach zwyciężasz jako najlepiej ubrany mężczyzna z Polsce. Moda jest dla Ciebie ważna?
Bawię się nią. Trochę tak jak muzyką, chociaż ta bywa również pracą. Lubię się podobać, przede wszystkim swojej dziewczynie, ale też współplemieńcom. Jestem estetą, chciałem w młodości być malarzem, jestem bardzo wrażliwy na kolory, kształty. Pięknej rzeczywistości chcę się odwdzięczyć za te wszystkie wrażenia i nie kłuć w oczy. Moi idole, gwiazdy ze świata muzyki, zawsze bezpośrednio łączyli modę z muzyką. Miles Davis powtarzał, że szpan musi być. W moim odczuciu ten powinien iść z zabawą. Udowodnili to Thelonious Monk, Kraftwerk czy Dawid Bowie. Niektórzy wciąż twierdzą, że męskość to niedbałość. Bzdura.

Czego ci życzyć na 40 urodziny?
Wolności i zdrowia. Chociaż wiem, że to co nas czeka to suma naszych wcześniejszych działań, to wierzę także w moc dobrych życzeń.

 

Wojtek Mazolewski (ur. w 1976 roku w Gdańsku) –  kompozytor, gitarzysta basowy i kontrabasista jazzowy, współtwórca „yassu”, lider zespołów „Pink Freud” i „Wojtek Mazolewski Quintet”. Zdobył nagrodę III Programu PR za „Monster of Jazz”, trzykrotnie nagrodzony przez Jazz Forum w kategorii najlepszy zespół elektryczny. Właśnie pojawiła się najnowsza płyta jego formacji Pink Freud – „Autechre”.

Wywiad został opublikowany w magazynie Zwierciadło nr 5/2016, Robert Rient.