chrzest1

Żadnej krwi

Decyzje o tym, że odetnie swojego penisa podjął w drodze do szkoły. Zaraz po modlitwie. Poprzedniego wieczoru Bóg widział jak się masturbuje. Przyjemność szybko została zagarnięta przez poczucie winy, które trwało aż do przeprosin. Unikał tej rozmowy, rozmowy ze swoim ojcem w niebie, chociaż tylko z nim mógł porozmawiać o wszystkim. Czasami pozwalał sobie na trzy dni masturbacji, a dopiero potem klękał przy łóżku, albo w lesie pod brzozą i przepraszał, dopóki nie poczuł, że przeprosił. Głowa nisko pochylona, bo tak się mówi do Jehowy. Długo to trwało. Po rozmowie czuł się czysty i zdecydowany nigdy więcej nie masturbować. Najdłużej wytrzymał sześć tygodni. „Jeśli więc gorszy cię twoja ręka lub twoja stopa, odetnij ją i odrzuć od siebie; lepiej jest dla ciebie wejść do życia kalekim lub kulawym, niż z dwiema rękami lub dwiema stopami zostać wrzuconym w ogień wieczny. Także jeśli cię gorszy twoje oko, wyłup je i odrzuć od siebie”[1] – tak zapisał ewangelista Mateusz słowa Jezusa. Jego penis go gorszył. Decyzja zapadła. Wieczorem zamknął się w łazience z nożem, przyłożył go u nasady penisa. Lekko przeciągnął ostrzem, bolało. Czerwona stróżka krwi. Nie potrafił powtórzyć ruchu. To był początek walki, ale już wtedy przeczuwał, że przyjdzie dzień, w którym będzie musiał zabić Łukasza Zamilskiego. Nie wiedział jednak, że miało nastąpić zmartwychwstanie.

Prawda

„Prawdę” przywiózł do nich pradziadek, wracając z Argentyny; był misjonarzem i Badaczem Pisma Świętego. Obecnie obowiązująca nazwa Świadkowie Jehowy została przyjęta w 1931 roku. Trzy lata później, 7 października1934 Adolf Hitler powiedział w Berlinie: „Tę hołotę w Niemczech wytępię.” W obozach koncentracyjnych zarezerwowane były dla nich fioletowe trójkąty. Historia ruchu religijnego rozpoczęła się w 1870 roku, w Stanach Zjednoczonych. Obecnie liczba wyznawców na całym świecie liczy 8 milionów, z czego około 125 tysięcy żyje w Polsce. Dwutygodnik „Strażnica” wydawany jest jednocześnie w 212 językach i ukazuje się w przeciętnym nakładzie 45 944 000 egzemplarzy, co czyni je czasopismem o najwyższym nakładzie na świecie. Działalność Świadków jest ograniczona prawnie lub zakazana w wielu krajach islamskich (m.in. Afganistan, Arabia Saudyjska, Irak, Iran, Kuwejt, Malediwy, Syria), komunistycznych (Chiny, Korea Północna, Laos i Wietnam), w buddyjskim Bhutanie, a także w Singapurze.

Więzienie

Jego tato był jedynym w mieści „starszym zboru” – to stanowisko porównywalne z proboszczem w Kościele Katolickim. Gdy miał dziewiętnaście lat, został wezwany do odbycia obowiązkowej służby wojskowej – odmówił. Przydzielono mu, jak i dziewięciu innym sądzonym tego dnia, obrońcę z urzędu – odmówił. Dostał trzy lata, pozostali po dwa i pół roku. „Myśleć o Tobie, jest to jeden temat, który nigdy się nie wyczerpuje” – pisał z więzienia do swojej przyszłej żony, którą przed odsiadką poznał na ośrodku pionierskim. Młodzi ludzie pakowali plecaki, namioty, jechali na odległe wioski i każdego dnia chodzili od domu do domu głosząc Dobrą Nowinę. Czasami ktoś donosił na nich milicji, niekiedy poszczuł psem, zdarzały się aresztowania. Większość po krótkiej wymianie zdań zamykała z niechęcią drzwi, tak jest do dzisiaj. A oni się zakochali, na dobre. Ośrodki pionierskie są dla młodych świadków Jehowy okazją do poznania partnera. Małżeństwa ze światusami albo z filistynami, bo tak nazywają innowierców, są niebezpieczne i źle widziane w zborze, mogą odciągnąć od „prawdy”, poza tym tworzą problemy wychowawcze, gdy pojawiają się dzieci. Ona była córką nadzorcy obwodu, będącego odpowiednikiem katolickiego biskupa. Jej brat też siedział w więzieniu za odmowę służby wojskowej, urodziła się w rodzinie Świadków Jehowy, podobnie jak jej tato i jak jej syn Łukasz. W 1974 w Polsce Ludowej ogłoszono amnestię, skazany wyszedł z więzienia. W przyszłym roku będą obchodzili czterdziestą rocznicę ślubu.

Łukasz

Pierwszego dnia ostatniego miesiąca 1980 roku urodził się Łukasz. Miał być dziewczynką, Martą, albo chociaż psem, czego życzył sobie jego starszy brat. Zamieszkali w starym poniemieckim domu. Ona szyła ubrania, on malował samochody. Poza tym była krowa, jakieś kury, szklarnia z sałatą, pomidory. Na strychu działała nielegalna drukarnia prasy religijnej. Wtajemniczonych było kilka osób. Drukarze mieszkali na poddaszu, wychodzili nocą. Gdy do domu przyjeżdżali goście, maszyny drukarskie trzeba było wyłączyć i pozostać bez ruchu, bo drewniane stropy oddawały każdy ruch. Czasami trwało to kilka godzin. Podczas niezapowiedzianej wizyty, domownicy naciskali dzwonek, który informował tych na górze o przerwie w pracy. Wyprodukowana literatura trafiała do zborów Świadków Jehowy, gdzie była studiowana podczas cotygodniowych zebrań. Nazywali ich kocią wiarą. Całe miasteczko wiedziało kto chodzi ulicami miasta ze „Strażnicą” w dłoni. W zborze nie było ich więcej niż pięćdziesięciu. Nazywali się braćmi i siostrami. W zerówce miał przygotować laurkę dla babci – zabrakło czasu, bo w zborze naliczył ich więcej niż osiem, a do tego jeszcze te dwie co urodziły rodziców. Witali się podaniem ręki; lubił czasami przyjść przed samym rozpoczęciem zebrania, wtedy musiał podejść do tych pięćdziesięciu rąk i wszystkie uścisnąć.

Spalony dom

Był taki dzień, w którym wszystko się spaliło. I jest to jego pierwsze, wyraźne wspomnienie. Posadzili go na fotelu, przykryli kołdrami, musiało ich być ze dwadzieścia, tak to pamięta. A przed nim coraz wyższe płomienie zajmowały dom. Gorąco się robiło. Przez okno w salonie tato wyrzucał ciuchy, mama stała na zewnątrz. Nagle zaczęła je wrzucać z powrotem, bo były nieposkładane, bo nocą nie wyrzuca się ubrań przez okno. Kilka godzin wcześniej w metalowej wannie chodzili z bratem boso po kapuście, śmiejąc się w głos. Nie zdążył dobrze usnąć gdy dom zaczął płonąć. Zrzucił z siebie kołdry i zaczął biec. Po kilkuset metrach dogonił go brat, zaprowadził przed dom, posadził na fotelu i przykrył kołdrami. Po pół godziny przyjechała straż pożarna, niewiele już zostało do gaszenia. Potem tułali się po znajomych, dostali kwaterę w ośrodku wychowawczym, jakaś duchowa siostra zza granicy wysłała paczki z ciuchami, aż tato wybudował nowy dom, naprzeciwko pogorzeliska. W czarnej aktówce Łukasz zamknął co najcenniejsze, trzymał ją pod łóżkiem, żeby w razie pożaru zabrać ze sobą nie tylko siebie, jak wtedy. Ma ją do dzisiaj, pełną.

Sala

12 maja 1989 roku Świadkowie Jehowy w Polsce zostali oficjalnie zarejestrowani, ich działalność wydawnicza jak i związana z nawracaniem stała się legalna. Rodzice Łukasza oddali na rzecz organizacji działkę znajdującą się obok ich domu, gdzie powstała pierwsza w mieście Sala Królestwa Świadków Jehowy. Budowali ochotnicy, przyjeżdżali z całej Polski. Wszystkie materiały zostały zakupione z dobrowolnych datków.

Wiersz Roberta

W szkole podstawowej szybko dowiedział się, że jest inny. Nie częstował i nie przyjmował cukierków gdy ktoś w klasie świętował urodziny, na plastyce nie rysował flagi Polski, na muzyce nie śpiewał kolęd, na apelu nie wstawał do hymnu, a na języku polskim odmówił uczenia się „Bogurodzicy”. 14 nisan, pierwszego miesiąca w żydowskim kalendarzu religijnym (przełom marca i kwietnia) obchodzili jedyne święto, Pamiątkę Śmierci Jezusa Chrystusa. Podczas godzinnego wykładu przypominano wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat, Ostatnią Wieczerzę i zabicie Jezusa. Boże Narodzenie odpadało. Czasami za nim miauczeli. Gdy religię przenieśli z kościoła do szkoły, jako jedyny z całej klasy siedział pod salą, czekając czterdzieści pięć minut aż wspólnie pójdą na lekcje historii. Gdy wracał do domu, lubił zamykać się w swoim pokoju, słuchał muzyki, tańczył, albo patrzył przez okno na zgliszcza spalonego domu, którego nikt poza czasem nie dotykał. Mając jedenaście lat, w zeszycie z szarą okładką, napisał wiersz i podpisał go: Robert Rientowski. Bo Łukasz nie miał prawa pisać, to zajęcia dla tych ze „świata”. Życie Łukasza przestało być jedynym. Każdym odrzuceniem można było obdzielić Roberta, który odzywał się coraz częściej. Tak powstało kilkaset kiepskich wierszy i opowiadań, a później kilka tomów dzienników, których nie przestał pisać do dziś.

Szatan już wie

Gdy skończył czternaście lat zdecydował, że chce się ochrzcić. Ta decyzja zawsze jest dobrowolna, poprzedzona spotkaniami ze starszymi zboru, którzy weryfikują wiedzę przyszłego sługi Jehowy, jego motywację. Jedynymi starszymi zboru byli jego tato i dziadek. Spotykali się co kilka dni. Próbował im zaimponować wiedzą, odczuwając przy okazji ogromny wstyd. Egzaminy z wiary są trudne. W końcu, na stadionie miejskim w Wałbrzychu, został ochrzczony wraz z kilkuset innymi wyznawcami poprzez całkowite zanurzenie w wodzie. Gratulacje i kwiaty. Od teraz był odpowiedzialny za swoje zbawienia, od teraz Szatan wiedział o jego istnieniu i będzie wystawiał go na próby. „Jeżeli świat was nienawidzi, wy wiecie, że mnie znienawidził wcześniej niż was. Gdybyście byli częścią świata, świat kochałby to, co jest jego własnością. A ponieważ nie jesteście częścią świata, ale ja was ze świata wybrałem, dlatego świat was nienawidzi. Pamiętajcie o słowie, które wam powiedziałem: Niewolnik nie jest większy od swego pana. Jeżeli mnie prześladowali, was też będą prześladować”[2].

Garnitur i Biblia

W liceum miało być inaczej. Trzymał z chłopakami, najgłośniejszymi w klasie. Przynależał przez chwilę. Jakaś wódka w opuszczonym samochodzie, papierosy. A potem powrót do domu, trzy zebrania w tygodniu, do nich garnitur i Biblia. Poczucie winy za akceptację, przynależność za grzech i samotność za karę. W żadnym świecie nie był prawdziwy, chociaż niczego od prawdy bardziej nie szukał. Uczył się trochę za dobrze, ale czasami napisał za kogoś wypracowanie, nawet styl pisma umiał podrobić, czuł się lubiany. Po pierwszej klasie pojechał na dwutygodniowy ośrodek pionierski. Las, namioty, kuchnia polowa, wieczorem ognisko, długie rozmowy. Zakochał się w tych ludziach, w Bogu się zakochał. Nie wrócił do domu, zapakował brudne ciuchy w plecak i pojechał na następny ośrodek. Każdego dnia wyjścia do służby polowej czyli głoszenia. Wieczorem wspólny posiłek, śpiewanie, sen w szopie na sianie, z innymi takimi jak on, z którymi nie trzeba uzgadniać języka. Sześćdziesiąt godzin spędzonych na chodzeniu od domu do domu. Ktoś mu groził nożem. Dobrze się to później opowiadało. Zyskał w końcu dowód, był jak apostołowie. Z tym samym plecakiem pojechał na trzeci ośrodek, rodzicom wysłał kartkę z Zakopanego. Mieli trzy dni wolnego, poszli na Orlą Perć, spali w kamiennych szałasach. Nigdy nie był szczęśliwszy, pustka zniknęła. Za wszystko Boga przepraszał, a ten mu wybaczał. „Moje królestwo nie jest częścią tego świata”[3].

Światusy

Armagedon przyjdzie, zostało mało czasu i trzeba ostrzec wszystkich żyjących w „świecie”, w „Babilonie Wielkim”. Nie było nic ważniejszego od głoszenia. Na wybranych przez Jehowę czekało życie wieczne, wierni którzy umarli zmartwychwstaną, a cała rzesza „światusów” zostanie zgładzona. Ich trzeba uświadomić. „Bo aniołom swoim wyda nakaz co do ciebie, by cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, byś nie uderzył stopą o kamień. Po młodym lwie i kobrze będziesz stąpać; podepczesz młodego grzywiastego lwa i wielkiego węża. Ponieważ mnie pokochał, więc i ja go ocalę”. [4] Teraźniejszość nie była istotna, życie w organizacji oznaczało życie dla przyszłości, dla życia wiecznego. Świadkowie Jehowy nie odbywają służby wojskowej, nie uczestniczą w wyborach, nie mogą zajmować ważnych, publicznych stanowisk, unikają wszelkiego zaangażowania, które odciągnęłoby ich od „prawdy”, bez względu na to czy jest to sport, kultura czy biznes. Poza tym zaangażowanie w życie zboru zabierało cały wolny czas. Trzy zebrania, do tego „zbiórki polowe” rozpoczynające głoszenie. „A jak działo się za dni Noego, tak też będzie za dni Syna Człowieczego: jedli, pili, mężczyźni się żenili, kobiety wydawano za mąż, aż do owego dnia, gdy Noe wszedł do arki i nadszedł potop, i zgładził ich wszystkich. Podobnie jak działo się za dni Lota: jedli, pili, kupowali, sprzedawali, sadzili, budowali. Ale w dniu, w którym Lot wyszedł z Sodomy, spadł z nieba deszcz ognia i siarki i zgładził ich wszystkich. Tak samo będzie w owym dniu, w którym Syn Człowieczy ma być objawiony. (…) Kto by usiłował zachować dla siebie swą duszę, ten ją straci, lecz kto by ją stracił, ten ją zachowa przy życiu. Mówię wam: Owej nocy dwaj będą w jednym łóżku; jeden będzie wzięty, a drugi pozostawiony”.[5] W liceum – zgodnie z zaleceniami – swoje życie towarzyskie kończył z ostatnim dzwonkiem. Szukał szczęścia, które znalazł wysoko w górach, w otoczeniu takich jak on, tylko że „świat” mu przeszkadzał. Rozumiał, że nie może przynależeć, ale chciał przynależeć, i rozumiał, że odrzucenie jest dowodem, ale wstydził się gdy pokazywano go palcami. Mówił w klasie, gdy wszyscy chwalili się prezentami, że on dostaje prezenty przez cały rok, ale chciał chociaż raz poczuć to, co można czuć, gdy się świętuje urodziny.

Pionier stały

Coraz więcej głosił, w końcu został „pionierem pomocniczym”, każdego miesiąca poświęcał sześćdziesiąt godzin na chodzenie od domu do domu. Po kilku miesiącach został pierwszym w zborze „pionierem stałym”, tym razem po każdym miesiącu musiał rozliczyć się z dziewięćdziesięciu godzin spędzonych na nauczaniu. Ulice, bloki, klatki i domy miast są dokładnie rozdzielone pomiędzy głosicieli. Każdy ma swój przydział z narysowaną mapą terenu, za który odpowiada, z każdej wizyty sporządza się notatki. Gdy ktoś przyjmie czasopisma należy dokonać u niego „odwiedzin ponownych”, gdy było zamknięte należy przyjść ponownie, jeśli ktoś nie jest zainteresowany, należy zachęcić go do dalszej rozmowy, a jeśli to nie zadziała odwiedzić ponownie po dłuższym czasie. O tym, jak to robić, Świadkowie Jehowy uczą się podczas cotygodniowej Teokratycznej Szkoły Służby Kaznodziejskiej. Odbywają się wtedy scenki, ktoś udaje niezainteresowanego katolika albo buddystę, druga osoba grająca świadka Jehowy ma go przekonać do rozmowy. Celem jest rozpoczęcie studium Biblii, taki kurs trwa minimum pół roku, czasami kończy się chrztem „zainteresowanego”. Najłatwiej przyciągnąć samotnych, chorych, pozbawionych nadziei – w organizacji dostają nową rodzinę i nowe marzenia, w tym to o życiu wiecznym. Sprawnie działający system samopomocy, na który mogą liczyć „bracia” i „siostry”, przyciąga niekiedy udających zainteresowanie religią. Niektórzy wierzą, że wyznawcy otrzymują dolary z Ameryki. Nic takiego się nie dzieje, ale zawsze można dostać ciepły posiłek, pomoc w wypieleniu ogródka czy naprawie płotu, szczególnie gdy jest się samotnym lub w podeszłym wieku. Gdy w listopadzie 2013 roku tajfun na Filipinach zniszczył wiele domów wyznawców, zorganizowano zbiórki pieniędzy, tymczasowe kwatery, a grupy młodych ludzi z całego świata pomagały w remoncie i odbudowie zniszczonych gospodarstw. Taka forma wsparcia jest normą dla Świadków Jehowy.

Mównica

Głosił coraz więcej. Na początku trzeciej klasy liceum technicznego przeniósł się do liceum ekonomicznego dla dorosłych, zjazdy w weekend, co dwa tygodnie. Wychowawczyni zapytała, ile miał jedynek na koniec roku w poprzedniej szkole. Żadnej. A dwój? Żadnej. Wszyscy na niego spojrzeli. Tróje? Żadnej. To dlaczego? Znowu nie pasował, ale teraz wiedział, że to kolejny dowód na życie w „prawdzie”. Dwa miesiące by zaliczyć przedmioty sprzed dwóch poprzednich lat, w tym język rosyjski i maszynopisanie. Materiał nadrobił i zyskał czas, który przeznaczył na głoszenie. Postanowił ograniczyć telewizję, a w końcu w ogóle z niej zrezygnował. Jeśli w zbliżającym się roku poświęci na nauczanie tysiąc godzin zostanie zaproszony na „kurs pionierski”, otrzyma podręcznik, którego nie będzie mógł udostępniać zwykłym głosicielom ani swojej rodzinie. Udało się. Nieco ponad dziesięć osób z całego województwa, każdego dnia wykłady i dyskusje. Wieczorami na dyktafon nagrywał do siebie listy, w których prosił samego siebie by zawsze pamiętał o Bogu, by już więcej nie grzeszył, by nigdy się nie masturbował. Wrócił do domu i zaczął nauczać również bliskich, rodziców, brata, kuzynów. Nikt z nich nigdy nie uczestniczył w „kursie pionierskim”. Oceniał ich wysiłki jako niewystarczające, nie rozumiał jak mogli oglądać telewizję gdy za chwilę przyjdzie Armagedon. Czuł się lepszy. „Kto bardziej kocha ojca lub matkę niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto bardziej kocha syna lub córkę niż mnie, nie jest mnie godzien”[6]. Coraz częściej stawał za mównicą na cotygodniowych zebraniach, zapraszano go na ogólnopolskie zgromadzenia, by opowiadał o swoich doświadczeniach.

Przywileje

Czasami w gazecie pojawiało się ogłoszenie: „Przyjmę do pracy Świadka Jehowy”. Było powszechnie wiadomo, że nie kradną, nie oszukują, mają szacunek do życia. Chociaż niektórzy uważali, że przesadzony. Życie było święte i święta była krew, transfuzje nie były dozwolone. Z dumą nosił w portfelu oświadczenie „Żadnej krwi”, w którym deklarował, że odmawia przyjęcia krwi również w sytuacji zagrożenia życia. Widział przed sobą przyszłość. Zostanie sługą pomocniczym, potem starszym zboru jak jego tata, potem nadzorcą obwodu albo misjonarzem i wyjedzie nauczać za granicę, na wschód. Miał szczęście, że był mężczyzną, mógł prowadzić zebrania, zbiórki, wykłady, mógł prowadzić modlitwy, mógł awansować. Kobieta, czyli „szyja” podtrzymująca „głowę”, którą był mężczyzna mogła głosić, poza tym miała inne „przywileje” jak cotygodniowe, rozłożone na dyżury sprzątanie Sali Królestwa. „Kobieta niech się uczy w milczeniu, z pełną uległością. Nie pozwalam kobiecie nauczać ani sprawować władzy nad mężczyzną lecz ma zachowywać milczenie”.[7]

Wstyd

Jednak im bardziej się angażował, im bliżej był Boga, tym mniej było Łukasza. Chwile szczęścia we wspólnocie przeplatane były okresami samotności. A wtedy odzywała się tęsknota za życiem bez strachu, bez oczekiwania i wstydu, tęsknota za czymś beztroskim, zwyczajnym i bardzo teraźniejszym. Armagedon nie przychodził. Bóg nie zabił tych wszystkich, którzy go wyśmiewali, którzy zatrzaskiwali mu drzwi przed nosem. Głosił pewnego razu na miejskim osiedlu; na drzwiach przeczytał nazwisko swojej polonistki. Zadzwonił, chociaż wolał uciec. Przez chwilę chciał się modlić o to, by nie otworzyła. Ktoś spojrzał przez judasza; to musiała być ona, mieszkała sama. Nie otworzyła drzwi, odszedł z wdzięcznością. Idąc miastem, w którym dorastał, czuł wstyd. Garnitur, krawat, ciężka torba z Biblią, czasopismami i książkami, notatnikiem. Unikał wzroku kolegów z byłej podstawówki. Wstyd opadał gdy zamykał się w swoim pokoju, a Robert zaczynał pisać.

Skóra

Kolejny ośrodek pionierski, on i grupa do niego podobnych, natchnionych. Kupili piwo, wieczorem gdy wszyscy poszli spać, długo rozmawiali. Kochali Boga, to było oczywiste, już udowodnione, mogli zatem rozmawiać o tym jak wielki może być lęk, gdy żyje się w „świecie”. I samotność. Każdy z nich myślał o śmierci, z nadzieją. W kuchni przeciął nożem skórę. Później kilka razy powtarzał ten zabieg. Cichł wtedy krzyk ze środka, bolała tylko skóra, bolała po cichu i zabierała samotność. Raz wziął nóż do smarowania chleba, bo tak dłużej przecinało się skórę. Do psychologa nie powinien chodzić, chyba że Świadka Jehowy, takie były zalecenie. Bo ten ze „świata” nie zrozumie jego problemów, będzie próbował go odciągnąć od „prawdy”.

Poznań

Zdał maturę, przed nim były dwie drogi: zostać w zborze i studiować polonistykę, albo wyjechać ponad trzysta kilometrów do Poznania, na wymarzoną pedagogikę. Wyjechał, chociaż ostrzegali go, że to wymysł Szatana, że studia zabiorą cenny czas. Bał się do tego przyznać, ale wiedział, że mają rację. Wiedział też, że musi uciec od tego co znane jeśli ma być wolny, bo o wolności marzył, nawet jeśli karą za nią miała być śmierć w Armagedonie. Coraz bardziej lubił to, co działo się obok, smaki lubił, taniec, podróże, lubił jak go chwalą, doceniają, jak ktoś na niego patrzy. Od nadziei na życie wieczne, od tych wszystkich kolorowych obrazków ze „Strażnicy” bardziej lubił to, co działo się teraz. Zamieszkał u dalekiej rodziny, ale szybko przeprowadził się do mieszkania studenckiego. Wieczorem umówił się z innymi świadkami by głosić na dworcu kolejowym, bo w Poznaniu prawie wszystkie ulice były już rozdane. Ci, którzy chcieli, mogli nawracać wszędzie tam, gdzie są ludzie, nazywało się to „służbą nieoficjalną”. Zwierzył się znajomej ze studiów; szybko rozeszło się, że Łukasz chodzi na dworzec ze „Strażnicą”. Postanowił, że to był ostatni raz. Gdzieś pod skórą, którą przecinał, wiedział, że „prawda” musi się łączyć ze szczęściem i że czekanie szczęściem nie jest. Nawet jeśli się czeka na raj. Coraz rzadziej chodził na zebrania. Przyszli do niego starsi zboru, ostrzegali, że oddala się w kierunku demonów i Szatana. Pomodlili się za niego, z nim się modlili. Został z wiarą, która umierała. Przestać czekać, gdy czekało się całe życie, to jak wyskoczyć z pędzącego pociągu.

Demony

Przyszła wolność, a z nią lęk. Ci, którzy odchodzą od „prawdy”, są gorsi od „światusów”. Wiedział, że rodzina się od niego odwróci, a „bracia” i „siostry” nie powiedzą mu dzień dobry, gdy go spotkają na ulicy. Taki mają status wykluczeni z organizacji. Religia dawała bezpieczeństwo i ramy. Wiedział jak się ubierać i na czym polega sens życia, wiedział jakich słów nie należy używać i co się dzieje po śmierci. Z każdym miesiącem, z każdym utraconym przekonaniem i każdym utraconym człowiekiem tracił oparcie. Czuł to fizycznie w ciele, jakby go wyrzucano raz za razem z łóżka, tylko nie było podłogi; pozostawało spadać i spadać. Demony nie przychodził, chociaż może to właśnie były one.

Drzwi

Studiował dwa kierunki, przez chwilę nawet trzy, pracował, spróbował narkotyków, poznawał coraz więcej ludzi, budował przyjaźnie, ale cały czas czekał na coś, co wypełni pustkę. Chodził na szkolenia, i kursy. Zaczął terapię. Spotkał się wtedy ze swoim duchowym „bratem”, wysoko postawionym, nadzorującym rozwój organizacji w Polsce. Poszli na spacer. W pewnym momencie „brat” podniósł duży kamień i pokazał Łukaszowi, jak robaki uciekają od światła słonecznego. To są ludzie ze świata – powiedział mu „brat” – którzy cię otaczają. Poczuł niesmak i gniew, bo w ostatnich latach znalazł ludzi, tych ze świata, na których mógł liczyć. Być może jedyne co mu wyszło w życiu to przyjaźń, teraz tak myśli. Miejsce wstydu zajął lęk, był obok niego cały czas. Struktura przekonań, myśli, nawyków, słów opisujących świat pękała latami. Stale czekał na karę. A skoro ta nie przychodziła, sam zaczął ją sobie wymierzać. Wystarczało mu wyznać miłość, by odwrócił się na pięcie i uciekł, chociaż miłości chciał jak kiedyś „prawdy”, zarazem wiedząc, że na nią nie zasługuje. Pewnego ranka postanowił się zabić. Gdy myśl ta stała się pewna, pustka zniknęła. Znowu znał cel i sens. A to dobre uczucie, zakrywa wszystko. Była niedziela, wszystkie apteki obok mieszkania były pozamykane; kupił kilka opakowań aspiryny na stacji benzynowej, w domu miał tabletki nasenne. Napisał trzy listy, bo jeszcze wtedy nie wiedział, że samobójcy tak długich listów nie piszą. Połknął tabletki i popił je alkoholem. Mieszkał sam na poddaszu. Drzwi zostawił otwarte, bo chciał żeby ktoś go znalazł, zanim nie będzie nikogo do znalezienia. I przyszedł jego kuzyn. A później urządził swoje pierwsze urodziny, trwały trzy dni.

Zasady

W końcu odważył się opuścić organizację, napisał list. „Moja decyzja jest świadomym wyborem opuszczenia religii, którą uważam za fałszywą, wierząc cały czas w Boga. Podaję niektóre powody, które skłoniły mnie do podjęcia decyzji, są one w moim odczuciu i rozumieniu owocami, które świadczą o całym drzewie: traktowanie ludzkiej interpretacji jako wskazówek samego Boga; dyskryminacja kobiet; przyzwalanie na przemoc wobec dzieci (pomimo niedawnej zmiany interpretacji słów o „rózdze karności” wciąż istnieje przyzwolenie na bicie dzieci w Salach królestwa oraz na zgromadzeniach); hierarchia i władza ponad miłość i miłosierdzie”. Dwustronicowy list zakończył słowami „Proszę o odczytanie treści niniejszego listu podczas ogłaszania informacji o moim odłączeniu się od organizacji Świadków Jehowy (pozostaję jednak świadomy, że prośba ta może nie zostać zrealizowana, ponieważ zachęcanie wyznawców do samodzielnego myślenia zagraża rozpadowi religii świadków Jehowy)”. Od tego czasu oficjalnie przestał być świadkiem Jehowy. Nikim nie był. A to bolało jak strata nogi. Bóle fantomowe trwały latami. Na pogrzebie ukochanej babci po jednej stronie stał on i grupa kuzynów, którzy odeszli z religii. Po drugiej ci, z którymi spędził wiele lat na wyjazdach, spotkaniach, bliskości. Po uroczystości z wyciągniętą ręką podszedł do ukochanej kuzynki; spojrzała na niego, nie podała ręki i powiedziała: „Znasz zasady”. Spróbował jeszcze z ciotką, kochał ją nie tak dawno i tak bardzo mocno. Odwróciła się na pięcie. Do rodziców miał szczęście, wbrew temu co głosiła organizacja najważniejsi dla nich byli zawsze synowie, dopiero potem Bóg. Również wtedy gdy nad nich i wszystko inne Łukasz postawił Boga. Nie odpłacili mu nigdy tym samym.

Pierwsza osoba liczby pojedynczej

Zaangażował się w psychologię, ukończył własną terapię i szereg szkół, zdobył rekomendację drugiego stopnia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Przez lata był wyznawcą nowej religii, która nazywała się „komunikatem ja”. Zmienił narrację, którą opisywał i rozumiał świat, ale mechanizm pozostał ten sam. Wymagał od bliskich rozmów o emocjach, wypowiadania się wyłącznie w pierwszej osobie liczby pojedynczej, oczekiwał zrozumienia sam go nie dając. Znowu wiedział jak żyć, jak mówić, co robić by być szczęśliwym. To jeden z powodów, dla których rozpadł się jego sześcioletni związek, pierwszy samodzielnie zbudowany dom. Z czasem psychologia zmieniła się z nowej religii w praktyczne i nieinwazyjne narzędzie do radzenia sobie z problemami, rozumienia fragmentów świata. Później przyszedł czas na sprawdzanie innych religii, chodził przez chwilę do kościoła, potem do buddyjskiej wspólnoty, zainteresował się judaizmem. Inna scenografia, te same narzędzia nacisku, ten sam brak prawdy i absolutne przekonanie o monopolu na nią. Ten sam obłęd wyznawców.

Rient

Ponad dwa lata temu założyłem nowe konto mailowe, imię: Robert, nazwisko: Rient. Współpracowników i bliskich poprosiłem by mówili do mnie Robert, rodzina i przyjaciele wciąż się przyzwyczają, pytają dlaczego. Bo Łukasz umarł, tak odpowiadam. Zacząłem pisać i przeprowadzać wywiady z ludźmi, których podziwiałem. W opowieściach Nosowskiej, Myśliwskiego, Tochmana, Fangora, Glińskiej, Raczka, Konopki, Rojka, Lipnickiej i wielu innych szukałem prawdy. Pierwszą powieść zatytułowałem „Chodziło o miłość”. Znam dobrze to miejsce w sobie, głodne i niespokojne. Właśnie przeprowadziłem się dwudziesty pierwszy raz. Cały czas mam w sobie rys fanatyka, który rzuca się na nieznany świat, czasami go plądruje i porzuca, czasami tylko zwiedza, ale jeśli jest tam zalążek prawdy muszę zanurzyć się cały. Bliscy mówią mi, że jestem radykalny, że skrajny. Teraz to lubię, pewną formę ślepej uczciwości, chociaż czasami okazuje się, że jest to tylko ślepota. Już nie wierzę, w nic nie wierzę, bo nie potrafię, i coraz mniej chcę uwierzyć. Chyba, że na chwilę. Bo nie ma prawdy, albo to ja, wciąż nie umiem przestać szukać.

 

Reportaż został opublikowany w magazynie Duży Format 2014.09.11 „Żadnej krwi”

 

[1] Ewangelia Mateusza 18:8,9 – wszystkie cytaty pochodzą z Pisma Świętego w Przekładzie Nowego Świata.

[2] Ewangelia Jana 15: 18,19

[3] Ewangelia Jana 18:36

[4] Psalm 91: 11-14

[5] Ewangelia Łukasza 17: 25-34

[6] Mateusza 10:37

[7] 1 Tymoteusza 2:11,12